Welcome to Delicate template
Header
Just another WordPress site
Header

Austria

Marzec 20th, 2012 | Posted by Michał Piec in Inne

Dawno o niczym nie pisałem, bo i specjalnie nie było ku temu okazji. Sezon raczej martwy, obfitujący z kolei w takie wyjazdy, o których za bardzo nie ma co pisać. Jednak naskrobię kilka słów w związku z tym, że dopiero co wróciłem z Wiednia. Za oknem zima, więc nie jest to dobry moment na jeżdżenie stopem. Ale nie trzeba jeździć stopem, kiedy można skorzystać z okazji i pojechać gdzieś autokarem. Katowice-Wiedeń-Katowice za 2 złote. Myślę, że godnie. Tak dobre promocje wrzuca polskibus.com.

Co więcej, autokary, które wchodzą w skład floty PolskiegoBusa są na prawdę na bardzo wysokim poziomie. Przestronne i wygodne fotele, a co najważniejsze – gniazdko przy każdym siedzeniu oraz darmowe wi-fi, póki co tylko na terenie Polski. Teraz wyjazd jak wyjazd, w zasadzie z jednym noclegiem w busie a drugim we Wiedniu. Głównym celem było odwiedzenie koleżanki – Sandry, która pracuje w austriackiej stolicy, a także zakup Don Simonów, czyli the best sangrii in the world. Niestety w Polsce nie ma możliwości zakupu Don Simona, więc trzeba co jakiś czas jeździć po niego chociażby do Wiednia. O tym wyjeździe nie będę się za bardzo rozpisywał, bo jak wspomniałem nie ma za bardzo o czym. Bo kogo np. interesuje to, że kolega z którym jechałem, w związku z awarią toalety w busie musiał siusiać do butelki? Dajmy temu spokój i sięgnijmy do wydarzeń, które miały miejsce we wrześniu ubiegłego roku. Nie pisałem o nich na stronie, bo nie wydawały mi się jakieś mega ciekawe, no ale teraz z braku laku coś o nich napiszę.
Rafał siedział u mnie w domu i rozkminialiśmy jak spożytkować wolny czas, który nam pozostał. Padały różne opcje, aż prawie ostatecznie zdecydowaliśmy się na Mołdawię stopem (z lekkim liźnięciem Ukrainy). Mieliśmy wyjechać dnia następnego, więc na ostatnią chwilę penetrowaliśmy Internet w celu uzyskania jakichś informacji na temat kraju, do którego chcieliśmy jechać. W międzyczasie na fb napisał do mnie kolega Paweł, który zapytał czy nie chcę jechać do Wiednia, bo ma dwa bilety za darmo do oddania (kupił właśnie w promocji po 1zł/szt – co najważniejsze nie są to bilety imienne więc nie ma kosztów związanych ze zmianą nazwiska!). Odpowiedziałem Pawłowi, że w sumie czemu nie, a kiedy ten wyjazd w ogóle jest? Na co on rzekł, że za trzy godziny z Katowic. Długo się nie zastanawialiśmy dając się porwać bratu spontanowi i siostrze improwizacji, po trzech godzinach siedzieliśmy już w mięciutkich fotelach PolskiegoBusa jadącego do Wiednia.
We Wiedniu skorzystaliśmy z tego, że mieszka tam mama Rafała, więc kwestia noclegu odpadała. Mogliśmy sobie za to na chilloucie pozwiedzać nie martwiąc się tym, że musimy zaraz znaleźć jakiś zaułek, gdzie się rozłożymy na kartonach. Pospacerowaliśmy po starym mieście i nie tylko, odwiedziliśmy katedrę św. Stefana i kilka innych ciekawych miejsc. Powrót z Wiednia mieliśmy dopiero za kilka dni, a nie chciało nam się spędzać całego czasu w jednym miejscu – więc postanowiliśmy odwiedzić Jozuego, znajomego od Rafała, który jako franciszkanin posługuje w jednym z miasteczek austriackich, leżącym niedaleko włoskiej granicy.
Wyjechaliśmy z miasta darmowym busem jadącym do centrum handlowego na południu Wiednia a stamtąd rozpoczęliśmy łapanie najpierw w kierunku Grazu, a później do Maria Lankowitz. Po chwili stania przy wjeździe na autostradę złapaliśmy Samera, który część trasy jechał w tym samym kierunku co my. Samer jest z pochodzenia Jordańczykiem, jedzie właśnie do swojego domu samochodem dostawczym, aby skończyć przeprowadzkę. Pyta, czy mamy trochę czasu i nie chcielibyśmy zarobić? Na nasze pytania odpowiada, że nie potrwa to długo może 2-3godzinki, dostaniem 10euro za godzinę roboty. W sumie czemu nie, powinniśmy zdążyć przed zmierzchem dojechać do Jozuego.
Cóż, okazuje się, że roboty jest więcej niż 2-3godziny. Zapieprzamy jak głupi, żeby skończyć tę przeprowadzkę. Kiedy Samer proponuje przerwę my gorączkowo sugerujemy, że szkoda czasu, skończmy wpierw robotę. Nie do pomyślenia – przy stawce za godzinę rwiemy się tak do pracy – chyba nie można być lepszym ambasadorem Polski za granicą. Po 4 godzinach udaje się dokończyć robotę. Bierzemy prysznic, zjadamy po bananie i Samer odwozi nas z powrotem na autostradę. Jedziemy mały kroczkami na południe. Łapanie stopa w dwóch facetów nigdy nie jest łatwe. Robi się ciemno, rzutem na taśmę udaje nam się dojechać za Graz. Nie pozostaje nam nic innego jak zadzwonić po Jozuego, z prośbą aby po nas wyjechał. Tym samym około 22 jesteśmy w klasztornej celi, bo jeszcze po drodze zatrzymaliśmy się na szybki posiłek zakrapiany szprycą(czerwone wino z gazowaną wodą).


Kolejny dzień spędzamy błogo włócząc się po okolicy, trochę czasu spędzając nad malowniczym jeziorkiem, a trochę spacerując wśród okolicznych gór. No, całkiem fajnie jest. Kolejnego dnia przypada niedziela, po Mszy Świętej ruszamy stopem w kierunku Wiednia. Najpierw z małżeństwem wracającym ze Mszy dojeżdżamy w okolice Bruck an der Mur, miasta, które znam dobrze, bo tędy stąpałem idąc pieszo do Rzymu w 2008r. Tutaj na tankszteli mamy lekkie problemy ze złapaniem czegoś, ale w końcu ze ‚sfaściolem’, chłopakiem, który cały wytatuowany jest dziwnymi znakami wracamy do Wiednia. Kasę, którą zarobiliśmy przy przeprowadzce wydajemy na Don Simony. Chyba, trochę przesadziliśmy, bo połamały nam się obywa kółka w wózku, którym je transportowaliśmy. W sumie dwadzieścia cztery 1,5-litrowe butelki udało nam się zabrać do Polski. Także wyjazd w pełni udany i na bogato.

 

You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 You can leave a response, or trackback.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *