Welcome to Delicate template
Header
Just another WordPress site
Header

Bałkany (prawie)

Marzec 20th, 2012 | Posted by Michał Piec in Inne

Wielkimi krokami zbliża się czas majowego weekendu, a sprecyzowanych planów jak nie było, tak nie ma. Chciałem jechać do Grecji, by tydzień żyć pośród mnichów, wędrując od klasztoru do klasztoru w republice na półwyspie Athos, ale nie udało mi się załatwić zezwolenia. Wobec tego postanawiam pojechać stopem na Bałkany, tak pobieżnie odwiedzone w ubiegłym roku. Średnio chce mi się jechać samemu, więc przeglądam różne fora podróżnicze, gdzie ludzie szukają kompanów drogi. Na jednym z nich natykam się na ogłoszenie dziewczyny, która szuka towarzysza podróży do Bośni. Wyjazd w ramach nieformalnego autostopowego wyścigu. Chociaż plan wyjazdu nie do końca jest zgodny z moją wizją, to idę na pewne ustępstwa.


W Krakowie spotykam się z Agatą , bo tak ma na imię wirtualna znajoma z Wrocławia. Wieczorem udajemy się wspólnie do mieszkania Marcina, który jest pomysłodawcą wyjazdu. Przy browarku rozmawiamy na tematy szeroko pojętych podróży.
Z samego rana wyjeżdżamy komunikacją miejską w kierunku wylotówki na południe. Mamy plus-minus trasę, którą chcemy dotrzeć do miejscowości Jajce w Bośni – gdzie znajduje się meta. Przy dużym szczęściu uda nam się dotrzeć na miejsce jeszcze dziś wieczorem, a na spokojnie jutro.
Pierwszego stopa łapiemy chyba pół godziny i docieramy nim do Rabki. Z drugim jest już dużo lepiej. Zatrzymują nam się Węgrzy dwoma dostawczymi samochodami, którzy jadą w kierunku Budapesztu. Tak więc na dwa auta jedziemy na południe. Nasi kierowcy nie potrafią ani słowa po angielsku wyrzec, ani w żadnym innym, chociaż trochę zrozumiałym języku. Nie przeszkadza im to jednak życzliwie się uśmiechać. Trwa trochę droga do stolicy Węgier. Wynika to z faktu, iż nie jedziemy autostradą, tylko jakimiś hm, podrzędnymi drogami. Około czternastej jesteśmy w Budapeszcie. Miasto jest strasznie zakorkowane. Nie mamy pewności, czy kierowca dobrze nas zrozumiał, gdzie chcemy się dostać (albo wylotówka w kierunku Balatonu, albo stacja benzynowa jeszcze przed miastem, broń Boże nie centrum!). Jednak nasze niepokoje mijają w momencie, kiedy wydostajemy się po za miasto i docieramy do drogi, która biegnie w pożądanym przez nas kierunku. Żegnamy się z kierowcą, który nadrobił ładnych parę kilometrów(a ile czasu!) aby nas tutaj dowieźć.
Nie ma miejsca po prawej stronie pobocza, więc próbujemy łapać stopa z lewej strony. Mamy szczęście. Zatrzymuje się pierwszy samochód i jedzie w tym kierunku co my. Tak więc jakieś sto, może sto pięćdziesiąt kilometrów przejeżdżamy wzdłuż południowego wybrzeża jeziora Balaton i wyskakujemy by łapać dalej na południe w kierunku granicy najpierw z Chorwacją, a później z Bośnią. Robimy sobie chwilę przerwy na fotograficzną sesję panoramy, gdzie żółte pola rzepaku jaśnieją przed błękitną taflą jeziora.
Na raty autostopem pokonujemy kolejne kilometry w kierunku południa. Wreszcie jedziemy z mężczyzną, który świetnie włada angielskim. W biegu rozmowy, kiedy wskakujemy na tematy polityczne (zawsze powtarzam wszystkim – Viktor Orban – very good) okazuje się, że jest on europosłem. Mamy ogromne szczęście. Jest okazja do tego aby porozmawiać o różnych ważnych i interesujących kwestiach. Swoją drogą, nie wiedziałem, że europarlamentarzyści biorą na stopa!;- )
Nie widzę powodu, dla którego miałbym nie publikować tego jak się nazywa. Takie postawy są godne podziwu. Béla Glattfelder, europoseł z ramienia Grupy Europejskiej Partii Ludowej (Chrześcijańscy Demokraci), jedzie do miejscowości Barcs, tuż przy granicy z Chorwacją. Próbuje pomóc nam zorganizować nocleg. Przystajemy na ten pomysł. Dziś i tak już nie dojedziemy do Jajec, a nie ma chyba sensu robić jeszcze stu, może dwustu kilometrów więcej i spać gdzieś w polu, kiedy przed nami otwiera się taka opcja. Dojeżdżamy do miasta. Ledwo wychodzi z samochodu, a już z uściskiem dłoni wychodzi nam naprzeciw prezydent miasta. Będziemy nocowali na terenie Aquaparku. Możemy korzystać z infrastruktury, a jakbyśmy czegoś potrzebowali mamy dać znać stróżowi. No ładnie;-) Rozbijamy namiot w dogodnym miejscu , korzystamy z ciepłych pryszniców i zjadamy obiadokolację. Gotujemy na kostkach skondensowanej benzyny zupki chińskie, zajadając tym, co zostało nam jeszcze z domu. Po posiłku nie odmawiamy sobie przyjemności i wskakujemy do basenu z termalnymi źródłami. Super sprawa. Trochę kropi deszcz, ale raczej nam to nie straszne. Siedzimy grzejąc tyłki w wodzie prawie trzy godziny, gdy zbliża się północ. Rozsądek musi wziąć górę. Trzeba się wyspać by rano ruszyć dalej i dojechać do Jajec.

Z rana zgodnie z planem zbieramy się, jemy śniadanie, składamy namiot i wychodzimy. Do granicy jest tak blisko, że pokonujemy drogę z buta. Po kilku kilometrach przechodzimy kontrolę wyjazdową z UE. Przekraczamy most nad rzeką graniczną i podchodzimy do budki kontrolnej przy wjeździe do Chorwacji. Tutaj zaczynają się schody. Okazuje się, że dowód osobisty Agaty jest poszukiwany przez Interpol. Haha. Trzy tygodnie wcześniej, ktoś ukradł jej portfel z pieniędzmi i dokumentami. Sprawę zgłosiła na policję. Po jakimś czasie ktoś oddał portfel z dokumentami, jednak już bez pieniędzy. Zgłoszenie o odnalezieniu nie nastąpiło, stąd ten cały rozgardiasz. Bad luck, z Bośni nici. No trudno, będzie trzeba jakoś skorygować plany. Powtarza się sytuacja z ostatniego wyjazdu, kiedy celem była Ibiza, a przez spóźnienie samolotu wylądowaliśmy w północnych Włoszech. Taki stan rzeczy zamyka pewne możliwości, ale otwiera nowe opcje. Tymczasem trudzimy się ze żmudną procedurą wyjaśniania sprawy. W poczekalni nudzimy się oczekując odpowiedzi z Interpolu. Mamy zgodę na opuszczenie lokum i piętnastometrowy spacer do restauracji po Chorwackiej stronie przejścia. Wszystko to trwa trzy-cztery godziny. W naszej obecności następuje szczegółowe przeszukanie plecaków. Agata dostaje jakieś zaświadczenie, którym ma się teraz legitymować podczas gdy jej dowód zostaje zatrzymany i będzie odesłany na komendę do kraju.
Zastanawiamy się, gdzie wobec zaistniałej sytuacji się skierować. Wybór pada na Balaton. Jedziemy na raty stopem w kierunku ‘Węgierskiego Morza’. Tradycyjnie nie potrafimy się dogadać z kierowcami. Jeden z nich w plastikowej butelce podaje nam coś do wypicia, co wygląda jak woda mineralna. Ku naszej radości jest to jednak wyskokowy napój domowej roboty. Zaczyna przelotnie padać, a my spokojnie dojeżdżamy do miejscowości Siófok. Tutaj spacerując po mieście rozglądamy się za noclegiem. Zaczyna się ulewa. Przeczekujemy najgorszy deszcz pod daszkiem w centrum miasta. Jednak nie nadaje się on na nocleg. Czas opadów wykorzystujemy na konsumpcję chińskich przysmaków kuchni niskobudżetowej. Gdy woda z nieba ustaje przemaszerowywujemy miasto wzdłuż i wszerz aż wreszcie znajdujemy odpowiednie lokum na nocleg. Przeskakujemy przez płot i rozkładamy manatki na zapleczu opuszczonego budynku, gdzie znajduje się rozległy dach. Miejsce jest otoczone z każdej strony tak, że jest niewidoczne i komfort bezpieczeństwa mamy zapewniony.
Za kolejny cel drogi obieramy Budapeszt. Pogoda ciągle kiepska. Pada przelotnie. Wychodzimy na wylotówkę i dwoma stopami dojeżdżamy do centrum stolicy Węgier. Agata znajduje hostel, w którym za niedużą opłatą będzie nocowała. Ja jestem przyzwyczajony do korzystania z dobrodziejstw infrastruktury miasta, więc rozejrzę się za noclegiem na dziko. Spaceruję, spaceruję i okazuje się, że najciemniej jest pod latarnią. Mianowicie najlepsze miejsce znajduję na poddaszu czteropiętrowego budynku, w którym na parterze mieści się ów hostel, w którym nocuje Agata.
Dziś niedziela, więc udaję się na węgierską Mszę. Dodatkowo dziś dzień beatyfikacji JPII. Miłym akcentem jest polska flaga, która zawisła u dołu ołtarza. Ze Mszy oczywiście nic nie rozumiem, po za częściami stałymi, Alleluja i Amen. Wieczorem spacerujemy po mieście odwiedzając co ciekawsze miejsca, a spacer ten pieczętujemy magyarskim piwem. Kładę się na schodach poddasza delikatnie rozkładając wcześniej matę i śpiwór w taki sposób, by nie ściągnąć na siebie czyjej uwagi.

Około czwartej w nocy słyszę piętro pod sobą polskie głosy i wzdychania, ale pozostawię to bez komentarza. Rankiem wsiadamy do autobusu ‘na czuja’ i próbujemy wydostać się w kierunku wyjazdu na Miskolc i Košice, które są kolejnym celem naszej podróży. Z niemałą pomocą GPS udaje nam się dostać na stację benzynową u wylotu z miasta. Pewien kierowca BMW sam podchodzi i pyta gdzie chcemy jechać i tym sposobem mamy transport do Miskolca. Tam łapiemy rodaków, którzy jadą do Polski, ale opuszczamy ich w Košicach. Odwiedzamy studenta medycyny – Pawła, kolegę Agaty, który jest tutaj na Erasmusie. Paweł też jest zapalonym podróżnikiem. Mamy o czym rozmawiać bo też urzekła go Armenia i Gruzja. Wieczorem żegnam się z Agatą i Pawłem. Wrócą razem do kraju za niecały tydzień. Ja już jutro udam się do domu. Znajduję dość ustronne miejsce pod ścianą sporego gmachu. Plusem na pewno jest to, że łapię tutaj wi-fi.
Rankiem następnego dnia ruszam w kierunku Piekar. Pięcioma stopami dojeżdżam do Katowic. Akurat zaczyna pruszyć śnieg, gdy ulicami miasta mknę w swoich sandałkach. 3 maja wieczorem jestem w domu.
Wyjazd uznaję za udany, mimo iż nie udało się zrealizować pierwotnie zamierzonego planu. Cieszę się, że mogłem jechać z Agatą, a nie musiałem sam. Chociaż mamy trochę inny styl podróżowania to udało nam się wspólnie te kilka dni wytrzymać;-) Na Bałkany przyjdzie jeszcze czas.

You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 You can leave a response, or trackback.

One Response



Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *