Welcome to Delicate template
Header
Just another WordPress site
Header

część 1: W kierunku Iranu!

Zwiastun

Widząc jak czas przecieka mi przez palce postanawiam dłużej nie łudzić się, że uda mi się jeszcze znaleźć towarzysza. Wczoraj uzupełniłem brakujący ekwipunek, a mianowicie bidon, przednią lampkę i zapasowe szprychy. Wszystko przygotowałem do pakowania, aby dziś nie tracić na szukanie czegoś zbyt wiele czasu. Nie zwlekając zwlekam się z łóżka o szóstej i dokonuję ostatnich przygotowań przed wyjazdem. Żegnam się z rodzicami wiedząc, że nie prędko się zobaczymy. Mama nie jest najszczęśliwsza. Ruszam. Pod Bazyliką Piekarską wzdycham i ofiaruję się opiece MB. Pierwsze dwadzieścia kilometrów upływa pod znakiem przemyśleń, ‘o czym zapomniałem?’ Wymieniam w kantorze walutę, kupuję szczoteczkę do zębów(całą!) i łatki do dętek.
Wydostaję się z Katowic i pedałuję w kierunku Cieszyna zastanawiając się nad formą wyprawy. Jak dotrzeć w miarę szybko do Turcji, aby jak najkrócej męczyć się jadąc przez Europę południowo-wschodnią? Czy uda się z rowerem złapać tira na stopa? Dotychczas takie historie znałem tylko z opowiadań. A jeśli to możliwe to jak to zrobić? Stać przy drodze i machając robić z siebie idiotę czy może próbując bezpośrednio pytać kierowców na parkingach czy stacji benzynowej? Póki, co wybieram opcję drugą, a właściwie bieg wydarzeń mi ją podsuwa, kiedy to przyjeżdżając obok jednej ze stacji dostrzegam zaparkowanego tira. Nieśmiało pytam kierowcę czy istnieje możliwość zabrania się w kierunku granicy. Kierowca nie ukrywa swojego zdziwienia, ale bez zastrzeżeń otwiera pakę gdzie specjalnymi pasami zabezpieczamy rower. No to w drogę! Można by rzec, że pierwsze koty za płoty. Mój kierowca twierdzi, że będzie ciężko dostać się tym sposobem do Turcji, bo tam tiry jeżdżą zaplombowane, a tylko wewnątrz między krajami, które podpisały Schengen nie potrzebują plomb na pakach. Bez problemu docieramy do granicy, gdzie Adam, bo tak ma na imię kierowca, idzie kupić winietę na autostradę. Ja korzystając z okazji pytam innych kierowców, czy któryś z nich nie jedzie w kierunku Turcji. Znajduję jednego, który co prawda jedzie do Włoch, ale przynajmniej do granicy z Węgrami jego droga jest zbieżna z moją.

Przepakowujemy sprzęt. Rower mocujemy taśmami i zapięciem rowerowym wewnątrz naczepy, a sakwy idą do kabiny. Trochę to wszystko trwa, bo trzeba było odwiązać plandekę i ponownie ją zabezpieczyć specjalnymi linkami. Ruszamy. Szybko przejeżdżamy przez kawałek Czech i spokojnie przemierzamy Słowację mając na liczniku nie więcej niż 90km,/h, czyli tyle na ile pozwala ogranicznik prędkości popularnie zwany ‚kagańcem’. Od rana pochmurnie, ale bez opadów. ‚Karmelek’, bo taki pseudonim ma mój kierowca jedzie do włoskiej Rawenny. Poważnie rozpatruję opcję, aby pojechać z nim aż do Italii, ale ostatecznie rezygnuję z tego pomysłu. Byłoby to zbyt wczesne i radykalne nagięcie wizji, którą mam gdzieś w głowie. Wizji tego, aby w miarę szybko dotrzeć do tureckiego Trabzonu i tam spróbować wyrobić wizę Irańską.
Sprawnie mijamy Bratysławę i docieramy do granicy węgierskiej. Tu nasze drogi się rozchodzą, więc Karmelek próbuje przez CB radio znaleźć mi dalszy transport. Okazuje się to nade łatwe i już po dziesięciu minutach jadę dalej w kierunku Budapesztu. Tym razem musiałem wdrapać się na stertę kartonów pełnych pierników, aby tam położyć rower. Tomek ma rozładunek pod stolicą Węgier, więc do samego miasta nie wjeżdżam, ale ‚wyskakuję’ na stacji benzynowej przy obwodnicy zachodniej. CPN jest spory, ale Polaków tu nie ma. Znakomita większość objeżdża Budapeszt od drugiej strony.

Ponieważ dochodzi dwudziesta druga, a nie widzę w bliskiej perspektywie opcji transportu dalej, co więcej jestem trochę zmęczony- szukam miejsca na nocleg. Szału nie ma, podobnie jak dużego wyboru, więc nie zwlekając wchodzę w wysoką trawę nieopodal. Wydeptuję sobie legowisko, rozkładam matę i sprawnie wskakuję w śpiwór. Spryskuję siebie i najbliższe otoczenie środkiem na komary i inne robactwo. W pozycji horyzontalnej spożywam kolację i rozmyślam o dniach, które nadejdą. Oby tylko nie padało.
Wstaję po szóstej. Odrobina rosy na śpiworze nie przeszkadza by go spakować. Przecieram rękawem równie wilgotną matę. Po chwili jestem znów na stacji benzynowej. Nie ma naszych rodaków, więc w niewiadomo jakim języku pytam Węgrów o to czy nie jadą w kierunku Rumunii. Swą nieefektywność przerywam poranną higieną w toalecie i śniadaniem pod postacią, mam nadzieję nie tracących świeżości kanapek. Po dwóch godzinach bezowocnych prób znalezienia transportu, na stację zajeżdża polska ciężarówka. Kierowca niestety nie ma miejsca na naczepie, ale proponuje, aby włożyć sprzęt do kabiny! Mój rower korzysta z uprzejmości Marcina i razem z sakwami wyleguje się na jego łóżku. Jedziemy w kierunku Szeged. Marcin po chwili musi ‘kręcić’ pauzę. Za pomocą CB szuka mi na kolejnym parkingu dalszego przewozu. Nie ma źle, jestem już na trasie, którą uczęszcza większa liczba naszych rodaków. Po dwudziestu minutach przez radio zgłasza się kierowca, który zgadza się zabrać mnie dalej. Jedzie on ciężarówką na duńskich blachach, którą wiezie spory traktor. Nie bez trudu mocujemy rower linką do traktora. Droga mija nam pod znakiem wspólnych rozmów i monologów Katarzyny v.1.2. Nawigacja to przydatna rzecz, ale na pewno nie można polegać tylko na niej. Przed przejściem granicznym żegnamy się, bo Krzysztof ma przeładowaną maszynę i tak czy siak musi jechać na wagę. Orientuję się, iż zgubiłem gdzieś po drodze przednią lampkę, którą dopiero, co kupiłem przed paroma dniami i nie miałem jeszcze okazji użyć. Pierwszy raz wyciągam paszport, na polecenie pograniczników. Jestem w Rumunii. Odpędzam się od nachalnych cinkciarzy i bez zdecydowania jadę drogą w kierunku Aradu, co chwilę zerkając za siebie czy aby Krzysztof już nie ruszył. Mijam kilka wiosek i docieram pod Arad. Ten fragment trasy jest zbieżny z tym, który pokonałem w ubiegłym roku. Wtedy nocowałem tutaj u życzliwych franciszkanów. Ty razem mam nadzieję dotrzeć dziś dalej. Nie wjeżdżam więc do centrum, ale obwodnicą mijam miasto. Tam na stacji benzynowej widzę Polaka. Niestety jedzie w przeciwnym kierunku. Opowiada mi historię, jak to nabył złoty naszyjnik od miejscowych. Rodzina romska, rodzice z dziećmi przy samochodzie na poboczu drogi szybkiego ruchu wymachiwali wzywając pomocy. On zatrzymał się i za zdjęty z grymasem twarzy z romskiej szyi łańcuszek dał im sześćdziesiąt euro na benzynę, której rzekomo brakło. Nie trzeba być prorokiem żeby wiedzieć, że ten łańcuszek ma tyle ze złotem wspólnego, co Red’s z piwem. Na parking przy CPN zajeżdża także słowacki samochód dostawczy. Pędzę do kierowcy i pytam czy nie ma czasem miejsca na mnie i rower w kierunku Bukaresztu. Mam szczęście. Jedzie on do fabryki Dacii w Piteşti, czyli 450km stąd w stronę rumuńskiej stolicy. Krótko po tym jak ruszamy zapada zmierzch. Próbuję podtrzymywać konwersację, ale szybko poddaję się zmęczeniu i zasypiam.

Na miejsce docieramy około czwartej nad ranem. Ulubionym zwrotem tej nocy jest niewybredne ‘to je kokot’. Gabor rozładowuje towar, po czym idziemy spać na sporym parkingu nieopodal fabryki. Po godzinie ósmej w łazience fabrycznej biorę prysznic i ruszam rowerem dalej w kierunku centrum i trasy biegnącej na Bukareszt. Nie ma za bardzo gdzie się ustawić do łapania stopa, więc postanawiam wjechać na autostradę i dotrzeć do najbliższej stacji benzynowej. Jak najszybciej potrafię przemierzam kilometry już mocno nagrzanego asfaltu. Po kilkudziesięciu minutach udaje mi się dotrzeć na CPN. Chociaż pędziłem co tchu, aby uniknąć spotkania z policją- wjechałem prosto w ich objęcia, kiedy właśnie przy stacji kontrolowali samochody ciężarowe. Na szczęście mieli ręce pełne roboty, czyli możliwość pozyskania alternatywnego dochodu, przez co nie zwrócili na mnie uwagi. Uzupełniam zapasy wody. Na parking zajeżdżają cztery olbrzymie ciężarówki w kolorze umbry z białymi nadrukami US ARMY. Każda z nich przewozi dwa Hammery. Wyraziści kierowcy, którzy pewnie już nie jedno widzieli o ile nie zasłoniły im tego pełne brzuchy – tankują colę. Ciekawe czy wiozą sprzęt do bazy w Turcji, czy gdzieś dalej?
Obsługa stacji zainteresowała się mną i sami wypytują kierowców czy, któryś z nich zabierze mnie do Bukaresztu. Po dziesięciu minutach z rowerem na piramidzie gruzu jadę w kierunku stolicy Rumunii. Nie jest to, co prawda amerykańska ciężarówka, ale chyba nie będę narzekać. Na przedmieścia Bukaresztu docieramy po dwóch godzinach. Tu nasze drogi się rozchodzą. Jadę ostrożnie przez miasto coraz sprawniej pedałując w sandałach, które mam na stopach od początku drogi. Jestem na drodze wylotowej w kierunku granicy z Bułgarią.

Bezskutecznie próbuję złapać stopa i rowerem docieram do granicy. Kontrola paszportowa dla zasady. Przejeżdżam most na Dunaju i jestem w miejscowości Ruse, za którą zatrzymuję się na stacji benzynowej i dokonuję małych zakupów, za gotówkę, która została mi z ubiegłego roku. Ciągle mam jeszcze zapasy z domu, ale wyraźnie brakowało mi glukozy pod postacią coli i słodyczy. Przejechałem dziś rowerem ponad 100km, więc z radością przyjmuję fakt, iż znalazłem kolejny transport. Docieram z życzliwym handlarzem odzieży do miasta Veliko Tarnowo. Unikalna architektura ‘Miasta Carów’ jeszcze poczeka na spotkanie ze mną. Mżawka i ciche pomruki nieba po chwili przeistaczają się w soczystą ulewę i przeszywające dreszczem grzmoty. Chowam się na stacji benzynowej. Mały ruch, paskudna pogoda zmniejszają radykalnie możność dotarcia dalej jeszcze dziś. Szansę tą minimalizuje również zapadający zmrok. Korzystam z urządzeń sanitarnych dla podtrzymania fundamentalnych standardów czystości własnej. Pracownicy stacji chętnie rozmawiają ze mną po rosyjsku (sic!). Konsumujemy sałatkę szopską, czyli specjał bułgarskiej kuchni sporządzony z pokrojonych pomidorów, ogórków i cebuli z dodatkiem słonego sera owczego, przyprawione solą oraz pieprzem i zalane oliwą. Dojadam resztę kanapek z domu upewniwszy się wcześniej, czy aby na pewno jeszcze do tego się nadają. Z szacunku nie proponuję ich moim współbiesiadnikom. Po dwudziestej trzeciej uznawszy, że dziś już nic się nie złapie, a co jutro to ‘się zobaczy’, wybieram fragment bruku przy stacji, gdzie dzięki daszkowi nie dosięgną mnie deszcze.

Wstając po szóstej godzinie, zwijam manatki i intensyfikuję wysiłki skoncentrowane na tym, aby ruszyć dalej. Spotykam Bułgara, który żył kilka lat w Polsce, wreszcie mogę swobodnie porozmawiać. Jak rozmawiać to oczywiście przy kieliszku. Jest jeszcze trzeci kamrat- Polak, który już tydzień czeka na tym swoistym końcu świata, aż ktoś z kraju przywiezie mu nową część do ciężarówki w miejsce zepsutej. Nie jest czymś zaskakującym dla mnie fakt, iż nie chcą oni wierzyć w to gdzie jadę. Tłumaczę się z tego już kilka miesięcy, a od czterech dni intensywniej. Próba złapania kogoś przez CB radio kończy się fiaskiem. Podobno nasi rodacy przejeżdżają tu najwyżej kilka razy dziennie. Około dziesiątej moim oczom ukazuje się rowerzysta, konkretnie objuczony w słusznym wieku. To Klaus. Jedzie on na dwóch kółkach z Niemiec pod Ararat. Przez chwilę konsultujemy nasze wizje drogi i żegnamy się. Może jeszcze przyjdzie nam się spotkać gdzieś na trasie. Tymczasem mój przyjaciel spod znaku flaszki znajduje mi transport przez góry w kierunku Turcji. Mocuję rower w sposób, jaki jeszcze tego nie czyniłem, czyli pasem do zabezpieczania ładunku na miejscu, w którym powinna być naczepa. Ledwo mieszczę się w kabinie, gdzie na miejscu pasażera znajduje się sporo narzędzi i innego żelastwa.

Po około pięćdziesięciu kilometrach żegnamy się. Do tureckiej granicy zostało ich jeszcze może sto pięćdziesiąt. Na ogromnym strzeżonym parkingu wypatruję maszyny na polskich blachach. Niestety, albo chłopaki wracają do kraju, albo mają zaplombowane naczepy i nie mają gdzie włożyć roweru. Pytam tu i ówdzie, aż natykam się na Mołdawianina, który jedzie ‘na pusto’ do Turcji.
Niebo znów przyjęło jasne odcienie błękitu. Wokół niewysokie, porośnięte drzewami pagórki, niekończące się zielone pola i łąki, na tle których co jakiś czas wyróżnia się jaskrawy rzepak. Monotonię drogi urozmaicają przydrożni sprzedawcy owoców wszelakich oraz sprzedawczynie własnego ciała. Fotel, na którym siedzę buja się aż zanadto na niepłaszczyźnie asfaltu. Nie przypadkiem Scanię nazywa się skakanką.

Docieramy do granicy. Kierowca ustawia się w co najmniej dwudziestopojazdową kolejkę, a ja zabieram sprzęt i przekraczam granicę w miejscu, gdzie robią to samochody osobowe. Za miesięczną wizę płacę piętnaście euro. Wszystko nie trwa dłużej niż dziesięć minut. Zaraz za granicą kupuję chleb i czekoladę w jedynym, aczkolwiek sporym sklepie. Jedzie się przyjemnie. Zatrzymuję pick-up’a i docieram z nim do Edirne. Stąd jadę równoległą do autostrady drogą D-100 w kierunku Stambułu. Spróbuję odwiedzić Umuta, przyjaciela, którego poznałem w ubiegłym roku. Umut zapraszał mnie ciągle przez Internet, ale nie powiedziałem mu, że jadę. Na pewno będzie niespodzianka. Pytanie tylko czy dla niego, czy dla mnie. Wzdłuż drogi aż po horyzont rozciągają się rzędy słonecznika wskazujące swymi główkami południe. Na ławce usytuowanej niedaleko pobocza widzę dwóch rowerzystów. To Polacy! Paweł i jego brat już ponad dwa miesiące włóczą się po Turcji. Teraz jadą jeszcze pojeździć dwa miesiące po Bałkanach i wracają do domu. Wymieniamy się doświadczeniem, a tego chłopakom nie brakuje. Miłe spotkanie, ale trzeba ruszać dalej. Po dwóch godzinach jazdy docieram do Babaeski i dzięki GPS oraz pomocy miejscowych znajduję dom Umuta. Spore jest jego zdziwienie i radość, kiedy mnie widzi.

Spodziewał się pewnie, że zapewnienie o odwiedzinach skończy się na czczym gadaniu. Biorę prysznic i rozmawiamy do późnych godzin nocnych przy stole suto zastawionym przez jego mamę- Ayę, w towarzystwie innych rowerzystów: Tolgi i Kadira.
Poranek zaczynam od prania. Mocowanie w pośpiechu roweru na ciężarówkach poskutkowało pobrudzonymi smarem ciuchami, które teraz ciężko wyczyścić. Jeszcze nie skończyłem szorowania, a mama Umuta woła nas na śniadanie. Chłopak chce abym został w Babaeski dłużej. Jako, że nigdzie mi się nie spieszy postanawiam ruszyć jutro. Tymczasem po wypiciu herbaty i rozwieszeniu prania ruszamy na miasto. Rok temu z Dominikiem i Umutem przechadzaliśmy się tymi drogami po zmierzchu. Odwiedzamy meczet Eski Cami. Spacerujemy ścieżkami tryskającego zielenią parku. Teraz jest tu względnie pusto, ale wieczorem jest to ulubione miejsce całych rodzin do spędzania wolnego czasu.

Jest tutaj ciekawy kamienny most z siedemnastego wieku, ale bez rewelacji. Idziemy na lody, przy których Umut opowiada mi o mieście. Jego nazwa „Baba … eski” oznacza „ojciec jest stary”. Młodzież, aby się kształcić wyjeżdża najczęściej do Stambułu bądź Edirne – jak sam Umut, który od początku października rozpoczyna tam studia, aby zostać nauczycielem wychowania fizycznego. Wracając zatrzymujemy się w pubie, a raczej pijalni herbaty, gdzie starsi mężczyźni lubią spędzać czas przy partyjce czegoś, czego reguły są zbliżone do remika. Bywalcem lokalu jest Recep, tata Umuta. Jeden z mężczyzn chce abym mówił do niego po Polsku. Przed laty handlował traktorami z Polakami. Trwamy w beztrosce obserwując graczy do momentu aż przyjeżdża przyjaciel Umuta, Sadi, który jest prezesem klubu rowerowego w Edirne.

Wiosną przejechali północne wybrzeże Turcji pokonując 1828km. Razem z Umutem korzystamy z tego, że Sadi i jego żona są samochodem i jedziemy na zwiedzanie Edirne. Rozpoczynamy od meczetu Selimie, największego w Turcji. Rzeczywiście jest ogromny, ale nie robi na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia. W zasadzie można by rzec, że wszystkie tureckie meczety wyglądają tak samo. Sprawdzam, czy mogę tutaj klęknąć do modlitwy. Nikt nie robi problemów w przeciwieństwie do Hagi Sophii, gdzie od razu zwracana jest na to uwaga. Robię krótką medytację Pisma Świętego, bo choć niedziela to na nic więcej nie mogę liczyć. Przyglądam się innym wiernym, którzy odprawiają tu swoje modły oraz tym, których jest tu większość, czyli turystom z aparatami. Przechadzamy się po mizarze, czyli muzułmańskim cmentarzu, a dalej swoje kroki kierujemy ku bazarowi.

Do stambulskiego to on się nie umywa, ale jest podobnie kolorowy i niczego tutaj nie brakuje, na czele z wszechobecnymi popiersiami Ataturka. Chodzimy chwilę po mieście, po czym konsumujemy baklawę, czyli ciasto francuskie z orzechami i miodem. Przesłodkie. Na dłuższą metę nie do jedzenia, ale na rower jako glukoza zawsze dobre.

Klimatycznymi żółtymi busikami wracamy do domu na obiad. Ładuję całą elektronikę, czyli telefon, baterię do aparatu i GPS’a. Wieczorem jeszcze raz wychodzimy na miasto, aby w barze przy goryczkowym Tuborgu zobaczyć finał Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Jestem już mocno śpiący, więc wiadomości o dogrywce nie przyjmuję z wielką radością. W końcu. Hiszpania, ole! Po powrocie do domu Umut pokazuje mi list, który sporządziłem rok temu, jako pamiątkę na pożegnanie. Sentymentalnie wspominam nasze pierwsze spotkanie. Dopisuję więc kolejny wiersz zostawiając jeszcze miejsce na przyszłość.
Pobudka o ósmej. Godzinę później po spakowaniu i skonsumowaniu śniadania ruszam w drogę. Nie sam, bo Umut towarzyszy mi jeszcze do wjazdu na autostradę. Tam na bramkach rozmawia długo z obsługą, aby mnie wpuścili. Udaje się. Do zobaczenia przyjacielu! Szerokim poboczem mknę ku Stambułowi. Nie mija więcej niż dziesięć kilometrów równomiernych podjazdów i zjazdów, gdy docieram na parking. Uzupełniam zapasy wody uzdatnionej multiwitaminą w tabletkach, a kierowcy zapraszają mnie na čaj. Jeden. Drugi. Trzeci.

Będzie się trzeba przyzwyczaić. Językiem turecko-migowym tłumaczę się z mojej wyprawy. Ali właśnie rusza i proponuje, że mnie weźmie. Mocujemy rower między kabiną i naczepą w taki sposób, że ciągle w lusterku mam go na oku. Pokonujemy ponad pięćdziesiąt kilometrów, gdzie wyskakuję na ‘benzin istasyonu’. Bez problemu znajduję kolejny transport aż do Stambułu. Nim ruszymy konsumujemy kurdyjski przysmak z ryżu, pomidorów i mięsa popijając kurdyjską herbatą. Hasan na każdym kroku podkreśla, że jest Kurdem. Droga upływa bardzo szybko w rytm melodyjnych piosenek Sivana Pervera. Hasan ani na moment nie przestaje przesuwać paciorków tasbihu, powtarzając przy tym w myślach jak mantrę pozdrowienia Allaha.

Nim przedrzemy się do Azji zjeżdżamy z trasy, aby zatankować benzynę. Trochę się niepokoję, bo niby, dlaczego zjeżdżać skoro przy drodze co chwilę są jakieś stacje? Jesteśmy chyba na samym końcu świata, a jednocześnie w samym centrum dwudziestomilionowego miasta. Wyskakujemy z ciężarówki i odsuwamy spore krawężniki uniemożliwiające przejazd. Wjeżdżamy na zakurzony plac na końcu którego znajdują się dwie budy. Wokół unosi się nieprzyjemny fetor rozkładających się w tej spiekocie wszechobecnych śmieci pomieszany z intensywną wonią ropy.

To tajna kurdyjska rozlewnia paliwa. Każdy załatwia to, co musi. Ja swoje tuż za jedną z altan. Ruszamy dalej w kierunku mostu na Bosforze. Na szczęście tym razem nie muszę przedzierać się rowerem na drugą stronę jak to miało miejsce w ubiegłym roku. Smażymy się stojąc w korku, ale Hasan twierdzi, że to nie ma nic wspólnego ani z korkiem, ani z upałem. Wreszcie po blisko pół godzinie jesteśmy w Azji. Życzliwy Kurd zjeżdża lada moment na rozładunek, więc wyskakuję na pierwszym możliwym parkingu. Dostrzegam dwie polskie ciężarówki. Dobrze pogadać w ojczystym języku. Niestety panowie nie mają miejsca na załadowanie roweru. Robię przerwę na posiłek. Smaruję skórę tłustym kremem z filtrem 50UV. Szukam transportu standardowym ‘Ben polonya le’, czyli jestem z Polski, po czym macham łapkami i wymawiam miasta w kierunku, których chcę jechać na samym końcu dodając ‘autostop’. Tym sposobem już po chwili jadę dalej. Kierowca jak wszyscy w Turcji ubrany w elegancką koszulę i spodnie na kant, mimo iż jedzie pojazdem, na którym brud uniemożliwia odczytanie tablicy rejestracyjnej. Po raptem trzydziestu kilometrach tuż przy wyjeździe ze Stambułu kierowca zjeżdża do jednej z dzielnic. Sam brałem pod uwagę możliwość odwiedzenia dzielnicy Stambułu zamieszkiwanej po dziś dzień przez Polaków – Polonezköy, ale zostawię to sobie, na kiedy indziej. Postanawiam wyskoczyć jeszcze na autostradzie by ruszyć dalej na wschód.
Pedałuję zdecydowanie po patelni ulicy korzystając z ochrony przed słońcem pod kapeluszem. Wszystko idzie gładko do momentu, gdy przed sobą na poboczu widzę policyjny radiowóz. Jestem jeszcze na tyle daleko, że udaje mi się schować za słupem podpierającym wiadukt. Szukam alternatywy, aby objechać to feralne miejsce, ale dookoła stoi płot wysoki co najmniej na półtora metra. Postanawiam przeczekać sytuację. Już po piętnastu minutach nie ma po nich śladu, więc ruszam dalej. Jeszcze na dobre się nie rozkręciłem, a już po przeciwnej stronie stoi kolejny radiowóz, a policjant włącza syrenę i krzyczy coś przez megafon. Na pewno nie jest to nic pochlebnego.

Naciskam na pedały najmocniej jak się da i prę przed siebie rozpaczliwie szukając możliwości ucieczki. Po kilku minutach takiego sprintu moje łydki sprawiają wrażenie dwóch przeciążonych cylindrów, które za chwilę odmówią posłuszeństwa. Ku mej uciesze na przeciwnej stronie jezdni widzę wjazd na autostradę. Zeskakuję z roweru i biegiem z ramą na plecach przelatuję na drugą stronę. Zawijam kilkaset metrów pod prąd, a widząc bramki zeskakuję z roweru i bokiem ukradkiem prowadzę maszynę. Nikt mnie chyba nie zauważył. W każdym razie udało się wydostać. Znajduję drogę D-100, która biegnie równolegle do autostrady.
Spokojnie przemierzam kolejne kilometry rozglądając się za lepszą opcją transportu. Nie mija więcej niż pół godziny nim jeden z kierowców zagaduje do mnie po rosyjsku. Twierdzi, że wyglądam na Polaka bądź Ukraińca. Dłuższą chwilę trwa odwijanie plandeki i jej ponowne zabezpieczanie. Achmed jedzie do Ankary, czyli sporo kilometrów w tym samym kierunku, co ja. Jeździł on ciężarówką po Rosji, kiedy można było jeszcze zarobić tam lepsze pieniądze, a teraz już nie ma różnicy. Wspinamy się na przełęcz przed Bolu. Pamiętam ją z ubiegłego roku jako wymagającą dla rowerzysty. Nim dojeżdżamy do Gerede zapada zmierzch. Tutaj nasze drogi się rozchodzą. Achmed jedzie na południe ku stolicy, a ja na wschód w kierunku Samsun, miasta leżącego nad Morzem Czarnym. Założywszy na głowę lampkę popularnie zwaną ‘czołówką’, jadę przed siebie rozglądając się za noclegiem. Wypatruję sensownego pustostanu, bo chyba na nic innego nie mogę tutaj liczyć. Na stacji benzynowej ulokowanej po drugiej stronie jezdni, zatrzymuję się na moment, aby wrzucić na siebie polar, bo robi się chłodno. Z restauracji obok stacji wychodzi młody mężczyzna, który zagaduje mnie płynnym angielskim. To Murat. Jego rodzice są właścicielami lokalu, do której po chwili zaprasza mnie na ciepłą kolację. To, jak otwartymi ludźmi są Turcy uwydatnia fakt, że nie mija godzina, a mama Murata już mówi, że jestem dla niej jak syn. Dostaję pokój z łóżkiem. Umawiam się z Muratem, że odwiedzę go jutro w jego sklepie w Gerede, zgodnie z mapką, którą mi rozrysował. W dalszą drogę ruszę pojutrze.

część 2: Turcja i Kurdystan
część 3: Prince of Persia, kurde

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *