Welcome to Delicate template
Header
Just another WordPress site
Header

część 2: Turcja i Kurdystan

Zwiastun
część 1: W kierunku Iranu!

Bez większego kłopotu znajduję sklep Murata w centrum Gerede. Niewielki lokal pełen ciuchów różnych znanych marek o wątpliwej oryginalności. Nie ma praktycznie klientów, więc spędzamy czas na ulicy, rozmawiając z innymi ludźmi. Poznaję Buraka i Mamuta. Tureckie imiona coraz bardziej mnie zadziwiają. Wspólny język z miejscowymi zawsze znajduję, przytaczając postacie polskich piłkarzy, grających niegdyś w Turcji, jak Kosecki czy Szymkowiak. Murat nie lubi piłki, ale jest pasjonatem samochodów. Montujemy spore głośniki do jego czarnego Tofaşa, aby uzyskać przestrzenny dźwięk. Następnie przy muzyce Tarkana jedziemy na wzgórze, aby zobaczyć kompletną panoramę miasta i okolicy. Gerede położone jest na wysokości 1450m, więc zimą temperatury są tutaj zbliżone do naszych i działają wyciągi narciarskie. Ludzie przyjeżdżają tu również latem, aby odpocząć od skwaru wśród sosnowych borów. Po jakimś czasie wracamy do sklepu, gdzie czeka już na nas mama Murata, która przywiozła spaghetti z sosem przypominającym smakiem i kolorem skwaszony majonez. Po posiłku Murat dosiada mojego dwukołowego rumaka, podczas gdy ja kontaktuję się z krajem dzięki wi-fi w jego sklepie. Jakiś czas później przychodzi Josef i prosi abym udzielił wywiadu do lokalnego radia. Słodzę więc do dyktafonu po angielsku. Upływa jeszcze kilka godzin zupełnej beztroski, aż do zmierzchu, kiedy żegnam się z Muratem i wracam na nocleg do restauracji.
Droga z rana jak śmietana! Nie pokonuję jednak na dwóch kółkach więcej, niż dziesięć kilometrów, kiedy zatrzymuję się na przydrożnej stacji w celach konsumpcyjnych. W ukryciu zjadam przesuszoną kiełbasę. Podejrzewam, że spożywanie jej w miejscach publicznych może nie być dobrze postrzegane, wszak wieprzowina w islamie jest zakazana. Przez moment próbuję złapać stopa, ale z miernym skutkiem, wobec czego udaję się do podziemi kompleksu stacji, aby wziąć prysznic. Biało-czerwoną flagę naszytą na moim kapeluszu zauważa Radek. Mam cholerne szczęście. Wraz z bratem, Markiem jadą do Tbilisi po motocykl, który został pod koniec ubiegłego roku w stolicy Gruzji, gdzie skończył się etap rajdu ‘śladami Armii Gen Andersa’. W pośpiechu zasuwam pod prysznic, podczas gdy chłopaki mocują rower na pace volkswagena transportera.
Gładko przemierzamy drogę, która biegnie śladami historycznego jedwabnego szlaku. Prowadzi ona doliną, wśród długich, łysawych grzbietów z łagodnie opadającymi stokami, coraz rzadziej urozmaiconymi drzewostanem. Z każdym kilometrem na wschód pogarsza się widoczność, którą utrudnia wszechobecny kurz, zawiewający z południa, gdzie wcześniej barierę dla niego stanowiło kończące się pasmo gór Köroglu.


Przebyliśmy wspólnie ponad czterysta kilometrów, aż dotarliśmy nad Morze Czarne. Tu za miejscowością Samsun przesiadam się na rower. Nigdzie mi się nie spieszy, więc z radością przepedałuję Tureckie wybrzeże, a do Gruzji spróbuję zawitać w okolicach września. Raptem po dwóch godzinach na siodełku, kilka metrów od szosy dostrzegam pusty budynek wielkości małego kiosku. Upewniwszy się wpierw, że nikt mnie nie widzi, wprowadzam rower do środka. Wewnątrz zastaję biały tynk odpadający z sufitu i przyozdobionych nieregularnie pajęczynami ścian. Spękana sina szyba zamocowana w nieszczelnej futrynie kładzie ledwie widoczną smugę światła na dziurawej podłodze. Rozkładam matę w taki sposób, aby przykryć co większe rozstępy w podłożu. Inne nakrywam tym, co mam pod ręką, czyli sakwami, butelką i deską ubrudzoną farbą, która leżała tutaj przede mną. Mam uzasadnione podejrzenia, że pomieszczenie to może mieć innych lokatorów. Nie chciałbym w nocy usłyszeć koło ucha pisku, albo co gorsza, syczenia.
Droga bez większych wzniesień biegnie wzdłuż wybrzeża. Morze spokojne jak nigdy. W nocy musiało padać, bo asfalt jest jeszcze wilgotny. Na prawo ciągną się niewysokie wzgórza porośnięte leszczyną. Z daleka w lekkiej mgle przypomina to drzewa herbaciane w południowo-wschodnich Chinach. Co prawda nigdy tam nie byłem i takowych nie widziałem, ale tak je sobie wyobrażam. Jadąc, nieregularnie przesuwam paciorki różańca. Co chwilę myśli me uciekają do spraw przyziemnych i nie wiem gdzie skończyłem. Dlaczego różaniec? Przecież to trudna i nudna forma modlitwy. No właśnie dlatego.


Słońce chyli się ku zachodowi, więc najwyższy czas aby rozejrzeć się za noclegiem. Uważnie obserwuję otoczenie drogi, wypatrując jakiegoś przyzwoitego, a jednocześnie ustronnego miejsca. Nie mija więcej niż trzydzieści minut takiej niespiesznej jazdy, kiedy w wiosce Yolaze słyszę z pobocza wołanie ‘Hallo! How are you?’ Zatrzymuję się. Nie często można znaleźć tutaj kogoś, kto mówi po angielsku. Abdül Muttalip zaprasza mnie na herbatę do przydrożnego baru. Porusza się na elektrycznym wózku. Kilka lat temu, jako pasażer minibusu miał wypadek, po którym stracił czucie od pasa w dół. Był świetnie zapowiadającym się piłkarzem młodzieżówki Trabzonspor’u, ale drogowy incydent dramatycznie zakończył jego karierę. Abdül zaprasza mnie do domu na noc. Jest bardzo spragniony kontaktu z ludźmi. Mieszka on z mamą i siostrą, które z miłością otaczają go uciążliwą opieką. Biorę prysznic i robię pranie. Wychodząc, ledwie uchylam drzwi łazienki, a już me zmysły kuszą zapachy wydobywające się z kuchni. Wyraźnym poleceniem zostaję ściągnięty do stołu. Modlimy się przed posiłkiem. Każdy po swojemu. Pośród rozmaitych potraw szczególnie do gustu przypadł mi humus, czyli potrawa w kolorze mosiądzu, sporządzona z ciecierzycy i sezamu z dodatkiem oliwy, nakrapiana sokiem z cytryny.
Wieczorem długo rozmawiamy na różne tematy, podczas gdy w TV leci program z modlącym się imamem. Abdül chce, abym został muzułmaninem. W jego głosie słyszę wyraźne przejęcie. Wiem, że to spory komplement. Deklaracja ta sprowadza naszą rozmowę na egzystencjalne tory. Niestety ciężko o rzeczową dyskusję, gdy obraz chrześcijaństwa jest taki przekłamany, a bariera językowa nie pozwala na swobodne poruszanie się w temacie.
Już po północy, więc najwyższy czas by iść spać. Przyszykowano mi pokój gościnny na piętrze. Zostając sam, kładę się na pachnącej świeżością białej pościeli. Zaciskam zęby i mrużę oczy by nie wylać z siebie wzruszenia. Panie, daj im proszę poznać prawdę o Tobie, aby zbawienie stało się udziałem tego domu.
Kolejny dzień upływa nam pod znakiem pełnej beztroski. Pięć razy dziennie Abdül idzie do meczetu na modlitwy. Po południu wraz z kumplami udajemy się na plażę aby wykąpać się w Morzu Czarnym.


Wieczorem siedzimy na zewnątrz domu, na ulicy, podobnie jak inne mieszkające w tej wiosce rodziny. Kwitnie tu życie towarzyskie. Przychodzą sąsiedzi i przynoszą świeży chleb, który zjadamy z masłem, podczas gdy dzieci dłubią słonecznik i co chwilę zaczepiają mnie; przekrzykując się pytają czy lepszy jest Beşiktaş, Fenerbahçe czy Galatasaray. Dwóch dziadków wyciąga planszę i zaczynają potyczkę w tavlę. To gra bardzo popularna na Bliskim Wschodzie. Potrzebna jest do niej plansza składająca się z charakterystycznych trójkątów oraz pionki i kostki. Gra ta w Polsce nazywana jest Tryktrakiem. Mimo iż długo przyglądam się ich zmaganiom, nie potrafię do końca pojąć jej zasad. Kamienica, w której mieszka rodzina Abdüla, jest jedną z wielu w długim rzędzie, stanowiących niegdyś własność Ormian, którzy w czasach prześladowań zostali stąd wypędzeni. Słońce powoli zanurza się w morzu, co chwilę zmieniając kolory bezchmurnego nieba. Gdzieś pomiędzy domami gwiżdże wiatr, ledwo wyczuwalny na rozgrzanych policzkach. Wieczór ten wyrwany jest jakby z innego świata. Świata dziecięcych marzeń i zupełnej beztroski. Siedzimy tak więc chyba do północy, kiedy każdy udaje się do swego domu na nocny odpoczynek.
Zaraz po tym jak wstaję nie goniony budzikiem, zaczynam pakowanie. Pogoda jest średnia, w kałuży przez okno widzę jak pada deszcz. W czasie śniadania Abdül mówi, że chciałby aby cały dzień padało, wtedy bym został. Tłumaczę mu, że zależy mi na tym, aby być na Mszy w Trabzonie w niedzielę. Przyjmuje moje racje. Kiedy trochę się przejaśnia, ruszam w trasę.
Droga z wiatrem jest prawie zawsze przyjemnością. No chyba, że tak jak w tym przypadku brak deszczu okazuje się chwilowym mirażem. Jako, że przekalkulowałem i nie zabrałem ze sobą błotników, już po chwili mam ślady po fontannie wytryskującej spod tylnego koła począwszy od siodełka przez całe plecy aż po szyję. Wydawało mi się, że w tych rejonach pada na tyle rzadko, iż wożenie dodatkowego ciężaru i potencjalnego przedmiotu, który po różnych przygodach powodujących jego zgięcie może trzeć o koło jest zbędne.
Mokrą szosą prę na wschód. Sucho jest jedynie w tunelach, których łączna długość na tym odcinku wybrzeża przekracza już pięć kilometrów. Zbyt niebezpieczna jest wtedy jazda asfaltem więc powoli jadę po nierównych chodnikowych płytach biegnących wzdłuż.


Około godziny szesnastej w jednej z wiosek niedaleko Trabzonu dostrzegam przed barem chłopaka w koszulce z napisem ‘POLSKA’ i orzełkiem na piersi. To Turek więc nic po polsku nie rozumie, przy czym sprawia wrażenie jakby nie wiedział w ogóle, co oznacza napis i godło na jego t-shircie. Tak czy inaczej, moje zainteresowanie jest pretekstem do tego, że zostaję zaproszony na herbatę. Zaczynam oczywiście od wymuszonej historii tego skąd jadę i dokąd podążam. Gdy chłopaki dowiadują się, że szukam noclegu, jeden z nich imieniem Ismael oświadcza, że nie będzie problemu i coś wymyśli. Tymczasem proponuje, abyśmy udali się wszyscy razem kawałek dalej i tam napili się i coś zjedli. Jadę więc rowerem za całą ekipą, czyli pełnymi dwoma osobówkami, aż docieramy na obrzeża miasta. Teraz już wiem. Chodziło o to, by nie afiszować się z alkoholem. Zagrychę dla chmielowego ‘Efes’a’ stanowi słonecznik i strasznie słony biały ser, wyczuwalny z większej odległości. Słuchamy muzyki wydobywającej się z samochodowych głośników. Moi znajomi prezentują skoczny taniec, będący wyrazem tutejszego folkloru. Turcy nie dbają o czystość krajobrazu, widać to na przykładzie tego miejsca i zachowań chłopaków. Nieopodal płynie rzeka, która jest pełna śmieci. Zresztą odpadów jest sporo wszędzie wokół, a moi kompani sami się do tego przyczyniają, nic sobie z tego nie robiąc.
Po może dwóch godzinach, gdy zapada zmierzch, podążam za kumplami, którzy pilotują mnie do miejsca noclegu oddalonego o około osiem kilometrów w miejscowości Akçaabat. Jadą bardzo ostrożnie, bo moją równowagę zaburzyły trzy browary. Okazuje się, że będę nocował w pomieszczeniu znajdującym się na pierwszym piętrze dziesięciokondygnacyjnego biurowca. Wcześniej jeszcze robimy sobie grilla w polu wśród blokowiska. Na sam koniec chłopaki tłumaczą mi drogę do kościoła w Trabzonie oraz to co mam zrobić z kluczami, kiedy rano będę wyjeżdżał.
Nie przewidziałem jednej rzeczy. Po piwach chce się siusiu, a w pomieszczeniu nie ma toalety. Jeśli wyjdę stąd w środku nocy, to drzwi same się zatrzasną i już nie wrócę. W tej podbramkowej sytuacji z pomocą przychodzi mi butelka.


Na śniadanie pałaszuję nadziewane papryki, które starannie w plastikowym pojemniku przygotowała mi na drogę mama Abdüla. Ruszam z animuszem przed dziewiątą wiedząc, że do Trabzonu mam może piętnaście kilometrów, a z tego co wyczytałem w Internecie, Msza rozpoczyna się o jedenastej. Trabzon to historyczna stolica Pontu i jeden z głównych ośrodków niegdysiejszego Cesarstwa Trapezuntu. Już z daleka widzę budowlę podobną do kościoła i tam wpierw się udaję. Faktycznie, był to kiedyś kościół ‘aya sofiya’, ale teraz został przerobiony na muzeum. Pytam tuziemców o właściwą świątynię, pokazując im adres, który wydrukowałem jeszcze z domu. Jedni nie mają w ogóle pojęcia, bądź nie chcą mi udzielić informacji inni mało precyzyjnie wskazują kierunek. Co kilkadziesiąt metrów pytając kolejnych osób docieram wreszcie pod coś przypominającego kościół, a raczej małą zaniedbaną kaplicę. Czekam więc spokojnie ponad godzinę na rozpoczęcie liturgii. Gdy piętnaście minut przed startem budowla pozostaje ciągle zamknięta ani nie ma prócz mnie żadnych interesantów, zaczynam się niepokoić. Dopytuję miejscowych. Jedni wzruszają ramionami podczas gdy inni potwierdzają to miejsce. Gdy mija kwadrans akademicki od planowanego rozpoczęcia, trochę zrezygnowany postanawiam pobłąkać się dalej. Jadąc na wschód, mijam więc stadion Trabzonsporu i wjeżdżam do ścisłego centrum, co poznaję po kondensacji tłumu. Dopytuję kolejnych autochtonów, aż wreszcie jeden zdecydowanym poleceniem każe mi pójść za sobą. Podprowadza mnie może trzysta metrów pod samą bramę, na której zamocowana jest tabliczka ‘Sancta Maria Kilisesi’. Dziękuję mojemu przewodnikowi i dzwonię na furtę. Otwiera mi świecki gospodarz tego miejsca. Na mszę spóźniłem się oczywiście. Roman przy szklance zimnej wody opowiada mi o ich wspólnocie w tym mieście. W Trabzonie żyje czterysta tysięcy ludzi, z czego katolików jest tylko ośmioro. W 2006 roku zamordowany został tutejszy ksiądz i od tego czasu na niedzielną mszę dojeżdża inny z odległego o przeszło trzysta kilometrów Samsun. Gdy słucham opowieści o ich sytuacji, myślę, iż można by rzec, że żyją oni faktycznie jak pierwsi Chrześcijanie. Z pełną świadomością tego, że mogą oddać życie za to w co wierzą.
Trabzon to miasto, które chciałem odwiedzić dlatego, iż znajduje się tutaj konsulat Irański. Aby wjechać do Iranu potrzebuję wizę. Istnieje możliwość wyrobienia jej w Warszawie, ale czeka się na nią trzy tygodnie, podczas gdy prawdopodobieństwo pozytywnego rozpatrzenia wniosku wynosi zaledwie pięćdziesiąt procent. Z tego co wyczytałem w Internecie, tutaj wizę można wyrobić z dnia na dzień i pod pewnymi warunkami jest prawie pewne, że zostanie ona wydana. Chodzi o to, by nie podawać Izraela w polu kwestionariusza ‘odwiedzone kraje’. Co więcej nie można mieć oczywiście w paszporcie Izraelskiej pieczątki. Jako, że w ubiegłym roku byłem właśnie w Ziemi Świętej, musiałem wymienić z tego powodu paszport na nowy.
Z najwyższą czcią należną męczennikowi za wiarę delikatnie wkładam palec w chropowatą rysę w ławce. Rysę po kuli, która w 2006roku przeszyła padre Andrea Santoro, Nastolatek – fundamentalista, wbiegł do kościoła, pokrzyczał coś i czterokrotnie pociągnął za spust. Wydarzenie to było związane z zaproszeniem Ojca Świętego do Turcji, a także z działalnością, którą ów ksiądz nieboszczyk prowadził, próbując wyciągać z upadku rosyjskie prostytutki, od których roi się w przyportowych tanich hotelach.
Rozmawiając z Romanem i mieszkającymi tutaj jego przyjaciółmi, dowiaduję się więcej o ich sytuacji. Nienawiść do Chrześcijan wpajana jest przez środowisko od najmłodszych lat. Całkowicie zakłamany jest obraz Chrześcijaństwa. Ma miejsce ciągłe podsycanie nastrojów i manipulacje medialne. Nie trzeba było długo czekać, aby nastąpiły kolejne akty agresji skierowane przeciw Kościołowi w Turcji. Wpływa na to ma zdecydowanie antychrześcijańska polityki państwa prowadzona intensywnie od czasów Ataturka, ale i wcześniej. Liczne są dewastacje obiektów sakralnych, powszechny jest zakaz sprawowania obrzędów liturgicznych w kościołach i ściąganie z nich krzyży. Ostatnim wstrząsającym aktem nienawiści było brutalne morderstwo w Antiochii przewodniczącego Konferencji Episkopatu Turcji, kapucyna, biskupa Iskenderun Luigiego Padovese, które miało miejsce raptem półtora miesiąca temu. Został dwadzieścia pięć razy dźgnięty nożem. Gdyby tych razów było mniej, pewnie znalazłby się taki, który zasugerowałby, że było to samobójstwo. Przejeżdżałem tam w ubiegłym roku jadąc do Jerozolimy i nocowałem właśnie przy parafii kapucyńskiej w Antiochii.
Podczas trzech dni mojego pobytu w Trabzonie wartych odnotowania jest kilka rzeczy. Na pewno są to dwie wizyty w Irańskim Konsulacie. Za pierwszym razem wypełniam wniosek uwzględniając to, że słowo Izrael w nim jest ‘non grata’. Po tym wpłacam pieniądze za wizę w podanym banku i kolejnego dnia odbieram paszport z piękną naklejoną dwudziestojednodniową wizą. Pracownikiem konsulatu jest zjawiskowa niewiasta, o jednym oku zielonym, a drugim niebieskim. Chyba zbyt długo nasycam wzrok tą anomalią, bo dziewczyna trochę się peszy.


Zwiedzam miasto na piechotę bądź rowerem – ‘na lekko’, czyli bez sakw. Faktycznie przed przyportowymi hotelami stoi tyle starych rosyjskich kurtyzan, że aż się niedobrze robi. Zmykam stamtąd czym prędzej w kierunku nabrzeża. Nie mogę wejść głębiej do portu ze względu na to, że mam ze sobą aparat. Swoje kroki kieruję więc w kierunku dzielnicy targowej. Na rozpierzchłym targowisku artykuły pogrupowane są najczęściej tematycznie, chociaż czasami zdarzają się przemieszania. Na przykład obok różnorakiej gamy owoców ktoś sprzedaje stare trampki, a zaraz za nim kolejna osoba próbuje wcisnąć mi nowe koszulki podrabianych w Turcji na masową skalę marek. Jeszcze dalej mieści się kram z ręcznie, misternie zdobionymi miedzianymi czajnikami. Do tego wszędzie czuć stoiska z rybami, chociaż ich nie widać.
W Trabzonie spotykam czwórkę Polaków, którzy przyjechali tutaj autostopem. Przy herbacie wypytuję ich o plany wyprawy. W tym mieście po krótkiej przerwie rozdzielają się. Dwie dziewczyny jadą stopem wpierw do Gruzji, gdy następnie ich droga biegnąć będzie przez Kurdystan do Syrii. Chłopacy z kolei planują podróż przez Iran do Turkmenistanu.
Gotuję sobie sam, ponieważ mam do dyspozycji kuchnię. Postanawiam zrobić coś na ciepło. Doświadczenie, a raczej jego brak wpływa na to, że los pada na spaghetti. Tak więc kupuję makaron, parówki i coś czerwonego w przezroczystym pudełku, co podejrzewam o bycie sosem. Niestety rzeczywistość okazuje się zgoła inna. Owa czerwona maź jest skoncentrowaną niezmiernie ostrą przyprawą. Walczę z tak przyprawionym makaronem. Katując żołądek mam wrażenie, że zaraz wyzionę ducha. W końcu daję za wygraną i wyrzucam owoc moich przygotowań, a głęboko oddychając próbuję zneutralizować parzenie, pijąc litry wody.
Dzień przed planowanym przeze mnie ruszeniem w dalszą drogę Roman i jego syn proszą mnie o przysługę. W związku z tym, że ludzie nie wiedzieli, bądź umyślnie wprowadzali mnie w błąd odnośnie kościoła, mamy wybrać się do prezydium i ten problem przedstawić. Udajemy się więc w trójkę do urzędu miasta, gdzie zostajemy bez splendoru, ale za to z herbatą przyjęci przez wiceprezydenta. Przez tłumacza opowiadam tę samą historię, ukierunkowując ją na brak oznaczeń. Nie wiem, czy nasze wysiłki przyniosą oczekiwany skutek. W każdym razie jeden z pracowników prezydium udaje się z nami na miasto, gdzie Roman pokazuje mu miejsce, sugerując, że mogłaby tam pojawić się tablica wskazująca kościół.


Nadszedł czas ruszenia w dalszą drogę. Wstaję po ósmej i pożegnawszy się ruszam przed dziewiątą na południe, najpierw w kierunku Monastyru Sumela, a później w kierunku jeziora Van. Choć póki co droga jest płaska, zdaję sobie sprawę, że za moment czeka mnie spory podjazd. Wszak z tego co wiem, ormiański monastyr znajduje się na wysokości 1800m. Pytając o transport na stacji benzynowej, mam duże szczęście. Dwoje mężczyzn w pick-up’ie to pasterze, którzy odbijają właśnie w kierunku monastyru a później jadą wyżej w góry. Faktycznie podjazd jest bardzo wymagający, nawet część samochodów osobowych sobie nie radzi, a co dopiero autokary, które parkują w odległości 40minut pieszej drogi od monastyru. Mój widok budzi na twarzach turystów podziw. Nie wiedzą oni, że wjechałem tutaj stopem. Z kolei mój podziw budzi sam monastyr, monumentalnie wtopiony w strzelistą skałę bogato udekorowaną ciemnozielonymi świerkami, gdzie aurę tajemniczości tworzą nisko osadzone, puszyste chmury. Klasztor powstał około 4wieku, a niosącym zniszczenie różnorakim najeźdźcom oparł się właśnie dzięki wysokiemu położeniu.

Wejście do przybytku sięga zbyt głęboko do mojego portfela, więc pozostaję przy robieniu ochów i achów z zewnątrz. Jestem całkiem wysoko i spora wilgotność sprawia, że robi się zimno. Po trzydziestu minutach jadę dalej. Wpierw bardzo ostrożnie zjeżdżam ku głównej drodze. Trzeba uważać aby na mokrej nawierzchni się nie poślizgnąć. Następnie pedałuję dalej na południe w kierunku Kurdystanu.
Przypominam sobie właśnie, że dziś jestem solenizantem. Na usta ciśnie mi się piosenka SDM z tekstem Stachury:
„Dzisiaj są moje urodziny,
które obchodzę bez rodziny
daleko, wysoko, wśród manowców..”
Droga zaczyna piąć się coraz bardziej w górę. Muszę przejechać przez masyw Doğu Karadeniz Dağları, po polsku zwany Górami Pontyjskimi, za którymi rozciąga się Wschodnia Anatolia. Pokonuję kolejne kilometry w dokuczliwym słońcu, a trochę źle rozplanowałem zapasy wody. Mija mnie ciężarówka, z którą bawię się w camion-sticking, czyli rozpędzam się na rowerze i łapię się jej z tyłu za małe łańcuszki zabezpieczające naczepę. Daje to odpocząć chwilę nogom, ale znacznie bardziej męczy ręce, szczególnie dłonie, więc co jakiś czas zmieniam uchwyt, przy okazji uważając na to, aby nie stracić równowagi. Na szczycie kierowca zatrzymuje się. Nabiera wody w betonowym korycie, przez które płynie górski strumień. Ja również uzupełniam zapasy płynów. Od słowa do słowa dogadujemy się i przytraczamy rower w sposób dość spektakularny – z boku naczepy. Mocowanie za pomocą linki zabezpieczającej przed kradzieżą wygląda dość solidnie. Przemy ku południu, a dokładnie mój kierowca o wdzięcznym imieniu Hussein jedzie do miasta Erzurum. Wdzięcznym, bo jak sam podkreśla, jego imiennikiem jest Barrack Hussein Obama. Już po chwili żałuję, że nie jadę na swoich dwóch kółkach. Kilkunastokilometrowy zjazd pokonujemy dużo wolniej, niż zrobiłbym to rowerem. Jest to spowodowane troską o to, aby nie spalić hamulców. Hussein spore doświadczenie w jeździe po górach. Co jakiś czas zatrzymujemy się, aby dolać zimnej wody do chłodnicy i ostudzić rozpalony silnik.

Ledwo zjechaliśmy w dolinę, a już kolejna wspinaczka. Mozolnie przebijamy się przez przełęcz na wysokości 2400metrów. Po zjechaniu z gór, robimy przerwę obiadową w restauracji, przy okazji tankując paliwo. W zasadzie jest odwrotnie: przy okazji tankowania posilamy się. Dojeżdża do nas druga ciężarówka, którą prowadzi brat bliźniak Husseina. Po powrocie z mycia rąk nie jestem w stanie odróżnić Husseina od jego brata. Czekam więc, który pierwszy z nich podejdzie do ciężarówki z rowerem, która ze względu na niebanalny ładunek jest w tej chwili przedmiotem zainteresowania wszystkich pracowników stacji. Po spożyciu dość pikantnej, gęstej zupy z dominacją papryki i wołowiny właściwy Hussein wsiadaj do wozu z rowerem a ja za nim, po czym ruszamy dalej. Już po zmierzchu docieramy do Erzurum, gdzie żegnam się z kierowcą i ruszam na poszukiwanie miejsca do spania. Nie jestem zbyt wybredny, więc na nocleg wybieram pierwsze w miarę ustronne miejsce, które widzę, czyli zielony skwer tuż za meczetem. Rozkładam się tak sprawnie, jakbym w życiu niczego innego nie robił. Który to już raz? Ile jeszcze podobnych noclegów przede mną?
Chcąc nie chcąc wstaję zaraz po świcie. Budzi mnie donośny śpiew(wycie?) muezina wybrzmiewający z głośnika umocowanego na górze strzelistego minaretu. Szybko się zwijam i ruszam po drodze kupując chleb, by gdzieś dalej się posilić. Zaraz za miastem ciągnie się zmilitaryzowana strefa, więc konsumpcji oddaję się dopiero dalej, w szczerym polu. Droga, chociaż płaska jak stół nie jest najprzyjemniejsza, ze względu na spory ruch. Na szczęście pobocze jest dość konkretne. W przydrożnych wioskach moją uwagę przyciągają sterty suszonych krowich placków. Stanowią one wartość opałową podczas wbrew pozorom tęgich zimy. Niedaleko od szosy biegnie linia kolejowa. Widząc ociężale sunący po torach pociąg żałuję, że nie jestem w stanie wskoczyć na niego z rowerem. Zawsze marzyłem o podróży na dachu pociągu towarowego. Może jeszcze kiedyś będzie okazja.
Zatrzymuję się na stacji benzynowej, aby wziąć na raty kąpiel w umywalce. Korzystam z okazji, że jest pełny dozownik mydła w płynie i robię gruntowne pranie. Nie trzeba długo czekać, aż w tym intensywnym słońcu – choć jest dopiero dziesiąta godzina – wszystko wyschnie. Obsługa stacji polewa mi co chwilę. Herbatę oczywiście.
-Rampa, rampa? – w interzrozumiałym języku zadaję im kluczowe pytanie o to czy w najbliższej perspektywie czekają mnie spore góry.
-No, no – odpowiadają zgodnie kręcąc głowami.

Co prawda w myślach postanowiłem już o tym, że za moment roweruję dalej, ale nie wypada odmówić propozycji podwózki, którą przedstawia mi jeden z kierowców, przysłuchujący się naszej skromnej w słowa rozmowie. Jadę z nim w kierunku Iranu, aż do miejscowości Ağrı gdzie odbijam na południe, aby wpierw zwiedzić jeszcze okolice jeziora Van. Ledwo pożegnałem się z kierowcą, a już na herbatę zostałem zaproszony do serwisu samochodowego.
Ile dolarów? – pyta mnie całkiem młody, chociaż najstarszy ze wszystkich wokół pracownik serwisu wskazując na mój rower.
Zastanawiam się, co odpowiedzieć. Wszak nie chcę rzec ani za dużo, ani za mało.
500$ – oświadczam z niepewnością w głosie.
Rozbawiło to mocno moich współherbaciarzy. Twierdzą, że za tyle, na targu na mieście, mogą kupić pięć, a nawet dziesięć takich rowerów.
Dam Ci 100$ – kontynuuje najstarszy.
To moja żona, nie jest na sprzedaż – odpowiadam bez namysłu ucinając temat. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie. Przechodzą mnie ciarki, gdy jeden z młodych mechaników wyciera obiektyw mojego aparatu swoją czarną od smaru bluzką! Jeszcze jedna herbata i pożegnawszy się jadę do centrum, gdzie w sklepie zaopatruję się w jakiś dodatek do chleba. Tym razem jest to wyrób nutellopodobny. Dzieciaki obserwują jak pochłaniam chleb, a jaden z nich, chyba na polecenie właściciela sklepu przynosi mi szklankę zimnej wody. Po obiedzie bez rewelacji, jadę w kierunku Patnos. Chciałbym dziś tam zanocować. Upał jest nieznośny, do tego pojawił się przeciwny wiatr, z którym ciężko walczyć. Na stacji benzynowej widzę, jak mężczyzna poi ciężarówkę ropą. Pytam go, czy nie da rady zabrać się w kierunku Patnos. Odmawia mi, nie przestając drapać się w kroku. Kurtuazyjne pożegnanie. Uzupełniam zapasy wody. Pół litra w bidonie i litr w butelce wewnątrz przedniej sakwy. Płynnym angielskim zagaduje mnie mężczyzna gdzieś po trzydziestce. To Izzet. Dowiadując się, gdzie dziś jadę, oświadcza, że sam mieszka w Patnos i załatwi mi nocleg. Tymczasem organizuje mi transport, bo chociaż sam jedzie osobówką, to jego znajomy samochodem dostawczym też jedzie do Patnos i ma miejsce na rower.


Jedziemy malowniczą drogą wzdłuż której, ciągną się szafranowe pola pszenicy, dla których granicę na linii horyzontu wyznaczają niewysokie wzgórza. Z samochodowych głośników wydobywają się dźwięczne nuty kurdyjskich gitar. Całym sobą chłonę to wszystko, nie ukrywając radości na swej twarzy. Chciałbym, aby droga trwała dłużej, podczas gdy my raptem po godzinie docieramy do Patnos. Znajduję miejsce w parku, w centrum miasta, gdzie umówiłem się z Izzetem. Podczas mojego oczekiwania, dosiada się do mnie grupa młodych Kurdów. Rozmawiamy o statusie Kurdystanu. Widać, że tęsknią za niepodległością. Są największą nacją świata bez własnego państwa. Jest ich około trzydziestu milionów. Chłopaki opowiadają mi o prześladowaniach, które cierpią ze strony Turków. Przychodzi Izzet ze swoim przyjacielem Devrimem. Kontynuujemy rozmowę, oczywiście przy herbacie. Gdy zapada zmierzch, wraz z Izzetem i jego przyjacielem udajemy się wpierw do restauracji na lahmacuny, czyli cienkie pizze nadziewane mięsem, które zapijamy ayranem –lekko sfermentowanego jogurtu pomieszanego z wodą. Po posiłku zmierzamy do domu Devrima. To u niego będę nocował. Uczy on w szkole matematyki, podczas gdy Izzet jest nauczycielem wychowania fizycznego. Obydwaj wiodą żywot beztroskich kawalerów. Devrim przyszykował mi łazienkę do kąpieli. Myję się zatem miksując garnuszkiem zawartość dwóch wiader, jednego z wrzątkiem, a drugiego z zimną wodą. Po kąpieli rozmawiamy do późnej nocy, wpierw na tematy związane z polityką, a następnie na te religijne. Po północy zmęczony zasypiam na pościelonym specjalnie dla mnie łóżku.
Około dziewiątej budzą mnie promienie słońca, które chociaż wstało już dobre kilka godzin temu, to dopiero teraz przebiło się nad blaszany garaż po przeciwnej stronie ulicy. Rozpoczynamy dzień śniadaniem, przygotowanym na podłodze wyłożonej przez Devrima sprawdzianami z matematyki. Zrobił on jajecznice, podczas gdy Izzet przyniósł chleb, który upiekła jego mama. Jest to ormiański lawasz, również popularny wśród Kurdów. Tradycyjnie na pamiątkę zostawiam chłopakom obrazki Matki Boskiej Piekarskiej. Ja z kolei dostaję książkę ‘Balonem dookoła świata’ J. Verne’a po turecku. Devrim i Izzet idą mnie odprowadzić do głównej szosy, biegnącej w kierunku Van. Marsz przez miasto w towarzystwie europejczyka z rowerem budzi jak zawsze ogromne zainteresowanie, bijące z twarzy przechodniów i sklepikarzy.


Pierwszy raz próbuję łapać stopa z drogi, a ściślej mówiąc z pobocza. Nie trwa to dłużej niż dziesięć minut. Pierwszy zatrzymany kierowca co prawda jedzie w innym kierunku, a drugi dokładnie do oddalonego o 150km miasta Van. Z trudem wrzucamy rower na górę maszyny i mocujemy go wśród kilkudziesięciu czerwonych zjeżdżalni, które niedługo umilą czas kurdyjskim dzieciakom.
Droga spokojna i przyjemna. Jedyne urozmaicenie stanowi wojskowy checkpoint. Tureccy żołnierze chyba według tylko sobie znanego klucza wyłapują co niektóre pojazdy do szczegółowej kontroli. My przejeżdżamy to miejsce bezproblemowo, wymieniając się przenikliwymi spojrzeniami z młodymi Turkami, dzierżącymi pewnie w swych spoconych dłoniach maszynową broń.


Większość drogi przemierzamy wzdłuż wschodniego wybrzeża jeziora Van, aż dojeżdżamy do miasta o tej samej nazwie. Od wschodu miasto jest otoczone masywem górskim, odstręczającym potencjalnych turystów swą surowością. Jadę, już rowerem w przeciwnym kierunku, aby zamoczyć stopy w jeziorze. Niestety droga jest tutaj nieprzejezdna, a plaży nie ma. Miejscowi sugerują mi by pojechać bardziej na południe. Mijam więc monumentalnie położone ruiny zamku i zaraz tylko, gdy widzę park miejski postanawiam uciąć sobie drzemkę. Niestety park jest nabity ludźmi bardziej niż nowe gadu-gadu gadżetami, więc z trudem znajduję sobie miejsce na drzemkę na prawie łysym trawniku. Po dwóch godzinach snu i zabaw z miejscowymi dzieciakami odwiedzam centrum miasta i pędzę dalej na południe, w kierunku wyspy Aktamar. Nie ma tam więcej niż 40km, a droga jest płaska. Do tego bezwietrznie. Nie przeszkadza to w pedałowaniu, jedynie trochę zwiększa uczucie duchoty. Gdzieś w połowie drogi, młodzi Kurdowie zapraszają mnie na mała przekąskę. Dłubiemy więc słonecznik i pijemy herbatę. Z imienia zapamiętałem tylko Barana.


Niedaleko miejsca skąd odpływają promy na Aktamar dostrzegam chłopaka o zdecydowanie nietureckich rysach. To Ivan z Dniepropietrowska. Prom odpływa dopiero jutro przed południem, więc decydujemy się na niego poczekać rozbijając na polu namiotowym konstrukcję , którą Ivan ma przytroczoną do plecaka. Spożywamy wspólnie kolację podczas której przeglądamy wzajemnie swoje zdjęcia. Ivan włóczy się po półwyspie Azji Mniejszej od dwóch tygodni po tym jak wyrzucili go z pracy w rodzinnym mieście. Tak mija mi piątek, dzień siedemnasty.
W sobotę wstajemy po siódmej. Składamy namiot i śniadaniujemy. Do wspólnego posiłku na kraciastym kocu zaprasza nas kilkunastoosobowa rodzina. Na propozycję bez wahania przystajemy. Gdy wyczerpują się wspólne tematy, które możemy omówić bez znajomości angielskiego, jeden z chłopaków podsuwa kolejny – dwanaście palców u najmłodszego dzieciaka, który z lubością prezentuje tę anomalię. Po posiłku czas na kąpiel. Woda przyjemna, choć dziwnie klejąca. Do tego słona. Miejscowi twierdzą, że ma właściwości lecznicze. Po kąpieli ruszam w kierunku promu wcześniej żegnając się z Ivanem, którego rusza dalej na północ. Na drogę od współbiesiadników dostaję jeszcze kilka placków.


Prom akurat odpływa. Na mój widok jednak przybija jeszcze raz do nabrzeża. Wskakuję z rowerem i płyniemy na Aktamar. Cena przyzwoita, sześć tureckich lirów za kurs powrotny, czyli około dwanaście złotych. Wraz ze mną na wyspę zmierza wycieczka emerytów z Austrii. Na pokładzie poznaję ich przewodnika Güntera. Zwiedzamy razem, a właściwie ja chodzę krok w krok za nimi, słuchając intelektualnych wywodów na temat wyspy i jej punktu szczególnego – katedry św. Krzyża, bogato zdobionej rozmaitymi płaskorzeźbami. Po godzinie kompletnych opisów, które niekompletnie zrozumiałem ze względu na to, że były w języku niemieckim – wracamy do portu macierzystego.
Po kolejnych dwudziestu minutach rejsu, dobijamy do brzegu. Ruszam od razu wzdłuż jeziora na zachód. W kierunku krateru Nemrut. Przedwczoraj polecił mi go Izzet. Gdy w przydrożnym barze uzupełniam zapasy wody, zostaję od razu dostrzeżony przez właściciela i zaproszony na posiłek. W międzyczasie organizuje mi on transport w kierunku krateru. Trójka jego klientów samochodem dostawczym do miasta Tatvan które leży u stóp krateru. Mocujemy więc rower wśród metalowych szyn, które posłużą jako wzmocnienia do okien i wsiadamy do kokpitu ciężarówki. W czwórkę jest trochę niewygodnie, ale atmosfera jest przednia. Chłopaki na zmianę proszą mnie, abym powtarzał fonetycznie zwroty, które wypowiadają dodając przy tym imię jednego z nich. Domyślam się tylko, że najczęściej są tą wymyślne inwektywy. W każdym razie daje im to sporo radości. Katując silnik pokonujemy przełęcz usytuowaną wysoko, bo na ponad dwóch kilometrach, po czym zjeżdżamy znów do wysokości jeziora w miasto Tatwan. Tu nasza wspólna droga się kończy. Prostuję napęd w rowerze, który pokrzywił się w drodze i jadę zgodnie ze wskazówkami, które otrzymałem od chłopaków.

Droga zaczyna ostro piąć się w górę. Próbuję jechać rowerem, ale za chwilę się poddaję i zaczynam prowadzić maszynę. Rozpaczliwie wymachuję w kierunku ciężarówki chwilę po jej spostrzeżeniu. Dwóch mężczyzn wiezie arbuzy do kolejnej wioski. Kładziemy więc rower pośród kawonów i ruszamy bardzo ociężale w górę. Po może dwóch kilometrach, w najbliższej wiosce znów przesiadam się na dwa kółka i prę w górę raz pedałując, a raz prowadząc rower. Nie wiem ile jeszcze kilometrów do celu, a droga nie łagodnieje. Walczę więc ze sobą i z upałem przemierzając kolejne kilometry. Kiedy kończy mi się woda, a końca drogi nie widać postanawiam zmienić strategię. Przywiązuję rower do opadających w tymi miejscu niżej krzesełek wyciągu narciarskiego, biorę sakwę z najcenniejszymi rzeczami i czekam na samochód osobowy, który słyszę coraz wyraźniej. Chociaż jest pełny, mężczyźnie w środku nie odmawiają mi miejsca. Zatrzymałem ich w trochę nieszczęśliwym miejscu, bo ciężko teraz pod górkę ruszyć. Jednak po chwili gdy zaczynamy pchać udaję się ta sztuka. Jedąc w górę, po kilkuset metrach z trudem mijamy na środku jezdni zwłoki sporego psa, który wygląda jakby padł z upału dopiero przed chwilą. Wreszcie docieramy na grzbiet krateru. Teraz mogę dostrzec ten kontrast. Zadziwiająco bujna zieleń skupiona wokół kilku naturalnych jezior, podczas gdy na zewnątrz krateru dmucha kurz i aura zionie surowością. Zjeżdżamy na samo dno, nad brzeg jeziora. Jest naprawdę ładnie, chociaż przy takim wysiłku spodziewałem się chyba czegoś jeszcze. Robimy pamiątkowe zdjęcia, zwiedzamy jaskinię, moczymy dłonie w termalnym źródle i wracamy tą samą drogą obserwując przez szybę samochodu jak słońce niknie gdzieś za grzbietem krateru. Chociaż martwiłem się trochę o to, czy zastanę rower wraz z sakwami na miejscu to obyło się bez przykrej niespodzianki. Zjeżdżam już sam rowerem ciągle trzymając palce na do połowy wciśniętych hamulcach. Wiatr wyciska mi z oczu łzy, mimo iż mam na nosie okulary. Już po zmierzchu docieram do głównej drogi. Zaczynam rozglądać się za noclegiem. Właściciel jednej z restauracji pozwala mi rozstawić się w obejściu. Wcześniej jednak spędzamy czas na rozmowie, jedzeniu śliwek i oglądaniu seriali telewizyjnych.


Z nastaniem świtu ruszam na północ, aby dopełnić krąg wokół jeziora Van i dotrzeć do granicy z Iranem. W jednej z wiosek dostrzegam skupiska tajemniczych kamiennych monumentów. Nie wiem jeszcze, że są to haczkary, których pełna jest Armenia. Czasem na asfaltowym poboczu drogi grzeją się żółwie, które na widok takiego intruza z aparatem jak ja chowają głowy i wszystkie kończyny pod skorupę. Kiedy tylko znajduję stację benzynową tradycyjnie biorę w łazience prysznic i robię pranie. Zaraz potem suszę ubrania na opartym o ścianę rowerze i zabieram się do śniadania. Zostało mi jeszcze trochę „nutelli” i placków, które dostałem wczoraj. Po posiłku jadę dalej w kierunku Patnos co jakiś czas robiąc przerwę i próbując przy tym złapać stopa. Jedna z takich prób okazuje się skuteczna.
Kazim bardzo lubi śpiewać w czasie jazdy. Mnie to się podoba, do czasu aż prosi mnie o to bym zaśpiewał coś po polsku. Najtrudniej z pierwszą piosenką, później jest już z górki. Tak więc sobie całą drogę na przemian śpiewamy, aż dojeżdżamy do Ağrı. Jeszcze przed samym miastem musimy rozciągnąć plandekę na przyczepę bo zaczęło padać. Na szczęście tylko przelotnie.
Jadę główną szosą w kierunku Dogubayzit. Dokopałem się w tylnej sakwie do paczki landrynek, więc mieleniem ich językiem i psuciem sobie szkliwa urozmaicam sobie drogę. Już całkowicie przyzwyczaiłem się do machania w odpowiedzi na przyjazne trąbienie miejscowych. Prawdę mówiąc nie ma od niego chwili oddechu. Podczas jednej z przerw oprócz uzupełnienia wody w łazience stacji benzynowej, uzupełniam też swoje notatki z dnia wczorajszego. Już od jakiegoś czasu przegrałem z lenistwem i wspomnienia zamiast w notesie zapisuję w formie głosowej na dyktafonie umieszczonym w aparacie telefonicznym.Dostaję tymczasem smsa od brata, że zabookował mi bilet lotniczy z Tbilisi do Warszawy na 16września. Była promocja w związku z nowo otwartym kierunkiem przez ‘LOT’, także za 380zł wrócę z Gruzji do Warszawy. Cieszę się z tej informacji, bo niejako zamyka temat martwienia się powrotem i krystalizuje dalszy plan. Zacznę więc od Iranu, po czym spędzając tam około trzy tygodnie wjadę do Armenii, na którą przeznaczę około dwóch tygodni i kolejne niecałe trzy zostaną mi na Gruzję.
Ruszam dalej na wschód walcząc z coraz mocniejszym wiatrem. Tak silnym, że ewentualną górkę traktuję jako wybawienie. Jazda po płaskiej drodze pod wiatr jest bowiem wolniejsza niż pod górkę, gdyż wzniesienie niejako osłania mnie przed silnymi podmuchami. Po jakimś czasie robiąc przerwę próbuję złapać stopa prosto z drogi spontanicznie wymachując ręką. Nie mija wiele czasu i zatrzymuje się biała furgonetka. Po uzgodnieniu wspólnego kierunku obydwaj mężczyźni otwierają bagażnik, we wnętrzu którego ukazuje mi się olbrzymia martwa krowa i cała chmara much. To chyba przesada. Uprzejmie dziękuję moim dobroczyńcom i ruszam rowerem dalej w kierunku granicy z Iranem, do której już nie ma daleko. Gdy zapada zmierzch zaczynam rozglądać się za noclegiem. Od razu wypatruję opustoszałą stację benzynową zarośniętą bluszczem. Chociaż nie jest taka opuszczona bo pilnuje jej stróż, to on sam proponuje bym tu przenocował. Rozkładam więc matę i śpiwór, podczas gdy on smaży ziemniaki, które po chwili zdrapując z patelni zjadamy wraz z plackami. Oczywiście popijając herbatą, która tutaj ma wyjątkowo jakiś metaliczny posmak.


Skoro świt zbieram się i ruszam na wschód. Od samego początku na horyzoncie majaczą sylwetki budynków w Dogubayzit, czyli ostatnim mieście przed granicą z Iranem, w którym koleżanka poleciła mi odwiedzić bazę MuratCamp, gdzie organizowane są wyprawy na Ararat. Od samego wjazdu do miasta stadka dzieci, o twarzach zupełnie podobnych do nikogo, nachalnie biegną za mną krzycząc wpierw ‘money’, a następnie ‘fuck you’. Widać, że bliskość Świętej Góry Ormian czyni Dogubayzit częstym miejsce odwiedzin zachodnich turystów.
Kupuję chleb i chałwę w markecie, po czym konsumuję je kilkaset metrów dalej, dając tymczasem odpocząć na krawężniku swej sempiternie. Ukradkiem widzę wpatrzone we mnie oczy licznych gapiów, począwszy od sklepikarzy, którzy wychylają głowy ze swych eksplodujących zawartością kolorowych kramów, przez przechodniów niespiesznie pokonujących kostki wypolerowanego słońcem bruku, skończywszy na grających jeszcze przed chwilą w piłkę brzdącach, które teraz porzuciły swe zajęcie aby zobaczyć fascynujący proces krojenia przeze mnie chleba scyzorykiem. Czasami mam wrażenie, że dla nich równie ciekawe byłoby dłubanie w nosie po europejsku.
Stromą brukową drogą zmierzam ku MuratCamp położonemu niedaleko pałacu Ishaka Paszy. Wzdłuż drogi, po jej obydwu stronach ciągną się tereny tureckiej bazy wojskowej pełne militarnego sprzętu odgrodzone od szosy wysoką siatką ukoronowaną drutem kolczastym. Ogrodzenia pilnują żołnierze wewnątrz ciemnozielonych strażniczych budek rozmieszczonych co kilkaset metrów. Najwięcej jest tu czołgów i wozów opancerzonych, ale na pewno w budynkach przemysłowych stoi sporo więcej sprzętu. Nie wiem czy ta baza to taki straszak na Kurdów, czy to z powodu bliskości granicy z Armenią i Iranem? W MuratCampie spotykam trójkę Polaków, którzy pojutrze będą rozpoczynali wspinaczkę. Namawiają mnie do zrobienia dnia przerwy w bazie. Przy aprobacie właściciela, przystaję na ten pomysł.


Dzień zatem spędzam na rozmowach z rodakami i właścicielem bazy na temat trudów wejścia na górę. Okazuje się to nade łatwe. Jak będzie czas i zdrowie spróbuję jeszcze tutaj wrócić. Udaję się też do miasta wymienić dolary na turecką walutę aby kupić sobie długie spodnie. W Iranie mężczyźnie nie mogą chodzić w krótkich. Mam tylko jedne długie gacie i to takie których szkoda mi zniszczyć na rowerze. Handluję się więc z jednym ze sklepikarzy i kupuję od niego kakaowe spodnie w uniwersalnym rozmiarze XXXXL ze sznurkiem do zwężania obwodu w pasie. Spędzam jeszcze dwie godziny w kafejce internetowej, aby przekazać wszystkim w Polsce, że mam się dobrze i sprawdzić na szybko jakieś informacje na temat Iranu. Zdaję sobie sprawę, że to kompromitujące, ale to wszystko było robione tak na ostatni moment, że praktycznie nic nie wiem o kraju do którego jadę. Ponadto w kafejce wysyłam informację do MSZ o moim planowanym pobycie w tym kraju. MSZ zaleca taki proceder w przypadku wjazdu do państw uznawanych powszechnie za niebezpieczne.


Wracam do bazy na wspólną kolację z rodakami. Idziemy wcześnie spać, bo oni już jutro rano ruszają w góry, a ja dalej w kierunku granicy. Rozkładam matę i śpiwór na dachu jednego z budynków tak, że w oddali widzę morze świateł nad Dogubayzit, a jak się dobrze przypatrzę to i czubek Araratu.
Z samego rana ruszam wpierw do miasta, a dalej w kierunku granicy, ku której niepozorną, szutrową drogą kierują mnie miejscowi. Na szczęście po kilku kilometrach dojeżdżam do asfaltowej obwodnicy miasta. Zmagam się z silnym przeciwnym wiatrem rozmyślając nad tym co czeka mnie w Iranie. Opuszczam Kurdystan ze smutkiem i poczuciem niedosytu. Obiecuję sobie powrót w przyszłości do tego regionu i jego głębszą penetrację, szczególnie na południu przy granicy z Syrią i Irakiem. Nie przebywam więcej niż czterdziestu kilometrów, kiedy widzę kolumnę ciężarówek. Już za moment zapukam do wrót Islamskiej Republiki Iranu.

część 3: Prince of Persia, kurde

One Response

  • boney says:

    „Panie, daj im proszę poznać prawdę o Tobie, aby zbawienie stało się udziałem tego domu.”
    I pomyśleć, że oni mogli to samo powtarzać pod nosem i co lepsze każdy myśli, że ma rację…
    Zaprawdę religia to zabawna sprawa :P



Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *