Welcome to Delicate template
Header
Just another WordPress site
Header

część 3: Prince of Persia, kurde.

Zwiastun
część 1: W kierunku Iranu!
część 2: Turcja i Kurdystan

Najpierw kontrola przy wyjeździe. W zasadzie to tylko formalność. Stoję przed przesuwną bramą i pokazuję dokumenty. Dostaję pieczątkę wyjazdową. Pogranicznik Turecki mówi mi: brama wyjazdowa została dla Ciebie otwarta, teraz musisz czekać, aż zostanie otwarta brama Irańska. Na odchodne rzuca mi jeszcze, że Iran to niebezpieczny kraj i mam być ostrożny. Tak więc czekam chwilę i nagle nachodzą mnie różne myśli. Przypominam sobie, że mam w sakwach Pismo Święte, różaniec i sporo obrazków Matki Boskiej Piekarskiej. Przecież nie raz w mediach słyszałem o tym, że ktoś siedzi w Irańskim więzieniu za próbę indoktrynacji religijnej, czy skończył swój żywot jeszcze gorzej. Z automatu otwiera się brama Irańska. Dwóch żołnierzy z przewieszonymi na ramieniu karabinami częstuje mnie cukierkiem. Nie odmawiam. Sprawdzają paszport i wizę. Wszystko się zgadza. Jeden z nich każe mi iść za sobą, podczas gdy drugi zostaje na posterunku. Przychodzimy do starszego rangą, a na pewno wiekiem żołnierza. Ten kartkuje mój paszport i pozwala jechać. Udało się przekroczyć granicę bez kontroli bagażu. Jestem w Iranie.

Hordy nachalnych cinkciarzy atakują mnie już w terminalu przejścia granicznego nagabując na wymianę waluty. Każdy samochód jako tablicę rejestracyjną ma ‘krzaczki’ najczęściej na białym bądź żółtym tle. Z resztą wszystkie napisy dookoła są w absolutnie niezrozumiałym dla mnie języku farsi. Jest bardzo gorąco. Na skrzyżowaniach rzadko przejeżdżanych miasteczek młodzi ludzie rozdają przeróżne słodycze i co istotniejsze – zimne, gaszące pragnienie napoje owocowe – w tym dawno nie spotykane już przeze mnie w Polsce soki w lśniących torebkach ze słomką. Wszystko to z okazji urodzin Ajatollaha Jakiegoś. Orientuję się(zwracam na wschód) i przemierzam szosą suchą zaczątki pustyni. Jedynie ruch, a przez niego ruchy wiatru powodują, że jeszcze się nie ugotowałem. Dobrze, że znaki drogowe poza farsi są również czasem w internationalu, bo droga według odbiornika GPS przestała być w ogóle wiarygodna. Kiedy docieram do kolejnego miasteczka niczym desperat szukam schronienia przed żarem z nieba. Nawet ktoś mówi po angielsku i dzięki jego wskazówkom docieram do parku z niewielką ilością drzew, ale za to z drewnianą wiatą rzucającą wystarczający cień by w nim odetchnąć. Niestety lekki wiatr, który wieje nie ma gdzie się schłodzić i tak nagrzany biega z zachodu na wschód nie omijając również mojego skrawka cienia. Odpoczynek jest więc pozorny, a czasem mam wrażenie, że nawet bardziej męczący od samej jazdy. Miejscowi z dużym zainteresowaniem przypatrują się mi – rowerzyście, europejczykowi leżącemu w nienaturalnej pozie na ich miejskim skwerze. Co jakiś czas ktoś podejdzie i zagada po angielsku. Chociaż zna tylko kilka słów, nawet najmniejsza uprzejmość w wymianie zdań typu ‘how are you?’ i wszechobecne ‘welcome’ jest dowodem dużej życzliwości i otwartości Irańczyków.

Jadę dalej na wschód. Jako pierwszy cel obrałem sobie miejscowość Tabriz oddaloną od granicy z Turcją o jakieś 270km, czyli spokojne trzy dni drogi.
Zaczyna robić się ciemno. Od dłuższego czasu rozglądam się za miejscem na koczowisko sprawiającym chociaż wrażenie bezpiecznego i komfortowego, ale nic nie widzę. Wszędzie wokół ciągną się pustkowia, a mijane z rzadka wioski otoczone murami z gliny i sieczki sprawiają wrażenie bardzo nieprzystępnych. Po kilkunastu kilometrach dostrzegam na horyzoncie po lewej stronie ruiny budynku. Postanawiam odbić w jego kierunku tak, że kilkaset metrów brnę na manowce. Jest to odrażająca rumowisko bez dachu w środku pełne gruzu, do którego przez wszystkie szczeliny wdzierają się wypłowiałe od słońca chwasty. Zastanawiam się co w tej sytuacji zrobić. Rezygnuję ze spania we wnętrzu lokalu – o ile można uznać, że w ogóle ma wnętrze. Położyć się zaraz obok na ściernisku, czy jechać jeszcze dalej szosą licząc na to, że uda się coś znaleźć nim zrobi się zupełnie ciemno? Decyzję postanawiam podjąć w duchu franciszkańskim. Odmawiam króciutką modlitwę i rzucam monetą.
Po kilku kilometrach, ale już po zmroku – docieram do przydrożnej restauracyjki. Oświetlając sobie drogę czołówką już z daleka budzę ciekawość mężczyzn siedzących przed lokalem i pijących herbatę. Nie zwlekając przedstawiam się i pytam o możliwość położenia się na betonie pod murem budynku. Szczupły mężczyzna wstaje od stolika i skinieniem głowy każe mi iść za sobą. Pokazuje mi gdzie mogę spać. Jest to pokój, który jak wnioskuje po wnętrzu – dywanie, poduszkach, a przede wszystkim obrazkach religijnych – stanowi miejsce do modlitwy. Na końcu korytarza jest jeszcze przemysłowa umywalka i toaleta, tak więc warunki bytowe mam niezłe. Przed snem z lokalsami przy ćaju oglądam w telewizji piłkarskie rozgrywki ligi irańskiej, a na samym końcu zapisuję jeszcze na dyktafonie audiofiszki, tak aby nic z minionych wydarzeń nie uleciało mi przez krótkotrwałą pamięć. Od pierwszych dni podróży co wieczór próbuję sobie robić taki głosowy pamiętnik. Jednak często w praktyce zdarza się, że chęci zostają przytłumione lenistwem.
&

W Iranie nie słuchałem jeszcze muzyki podczas jazdy rowerem. Jednak nie dlatego, że jest to zakazane przez restrykcyjne prawo. Po prostu podczas jazdy długa i szeroka nogawka wkręcała mi się w korbę z łańcuchem i musiałem ją czymś związać. Nie miałem nic pod ręką właśnie po za słuchawkami do telefonu. Może wygląda to trochę dziwacznie, ale najważniejsze, że jest praktyczne. W zasadzie ta norma obyczajowa, jaką są długie spodnie u mężczyzn jest dla mnie najbardziej dokuczliwa(nawet bardziej od prohibicji!). Co ciekawe, kary za spożywanie alkoholu są bardzo surowe. W ubiegłych latach wykonane z tego powodu nawet kilka wyroków śmierci. Co na ulicach widać na pierwszy rzut oka, to również narzucona moda dotycząca odzienia kobiet. Wszystkie kobiety w Iranie noszą na głowach obowiązkowo czadory, czyli chusty rzadko w innym kolorze niż czarny. Z kolei te bardziej ortodoksyjne, a ściślej mówiąc te, których mężowie są bardziej restrykcyjni – noszą burki – chusty zasłaniające całą twarz z wyjątkiem oczu. Hanys powiedziałby, że z takim kuklokiem.
W nieprzezroczystym bidonie ‘na wagę’ wyczuwam kończące się płyny. Dodatkowa butelka w przedniej sakwie też jest już pusta. Wytężam wzrok w poszukiwaniu sklepu, w którym mógłbym odnowić zapasy. Słońce jest już prawie w zenicie przez co jazda jest co raz trudniejsza. Kuszą mnie przydrożne cienie. Jednak boję się położyć w tym skwarze nie mając wody, bo mogę się już nie obudzić. Wreszcie po nie wiem w sumie ilu kilometrach dostrzegam mnogość zaparkowanych motorowerów. To ślad, który prowadzi mnie do niepozornego sklepu. Grzebię w głośnej ladzie chłodniczej, z której wyciągam dwie butelki kolorowych irańskich cieczy. Ich niska temperatura rekompensuje sztuczny smak. Teraz mając ze sobą bezpieczną rezerwę płynów wykorzystuję pierwszy lepszy cień na odpoczynek. Jednak chwile beztroski uprzykrza mi wszelkiego rodzaju plugastwo, które lgnie na moją pomarańczową matę, niczym ludzie w Realu na promocję karpia.
Do Marand, gdzie będę chciał dziś nocować brakuje mi może 50km, tak więc po 16 zbieram się i ruszam dalej na wschód. Ciągle zmagam się z silnym przeciwnym wiatrem, który momentami sprawia, że odechciewa mi się całkowicie pedałować. Przesuwam się w żółwim tempie, co jakiś czas wykorzystując pęd ciężarówek, które mnie mijają.
Podczas przerwy we wnętrzu bidonu dostrzegam niepokojącą mnogość ciemnych plamek. To pewnie pleśń. Nie bawię się w szorowanie go od środka piaskiem, tylko wymieniam na półlitrową butelkę po napoju owocowym. Co prawda nie ma etykiety, ale na taką wygląda kiedy wyciągam ją ze śmietnika.

Jestem w Marand. Swoje kroki kieruję do pierwszego z brzegu sklepu, by kupić coś do jedzenia. Wybór pada na falafele w barze przy głównej ulicy miasta. To kulki z ciecierzycy z dodatkiem sezamu podawane na ciepło w bułce z warzywami. Kiedy zaspokajam pierwszy głód, zaczynam rozglądać się za noclegiem. Dwóch młokosów wskazuje mi najtańszy nocleg w mieście. Chociaż noclegownia znajduje się w samym centrum, to na pewno sam bym go nie dostrzegł bo obdrapany szyld jest tylko w farsi. Po stromych, wąskich i skrzypiących schodach z trudem wnoszę rower na pierwsze piętro. Tu w recepcji negocjuję cenę. Zgodnie z tym, co mówili mi miejscowi muszę zapłacić 5 dolarów. Nie da się taniej, bo to odgórne zarządzenie na wszystkie schroniska w Iranie, których nazwa fonetycznie brzmi musafer hane. Ten hostel to istna speluna. Dostaję miejsce w obskurnym pokoju z dwoma szpitalnymi łóżkami. Wybieram to, przy którym znajduje się gniazdko, a o drugie łóżko opieram mojego rumaka. Przez uchylone okno wlewa się gwar ulicy. Zimna woda pod wspólnym korytarzowym prysznicem płynie nierównomierną strugą. Każdy ruch wykonuję ostrożnie, aby przypadkiem nie zrzucić na siebie maskujących blade ściany pajęczyn razem z ich twórcami. Jednak nieporadnie gimnastykując się przy wkładaniu spodni opieram się o ścianę, z której w momencie spadają dwie, a może półtora kafelki i roztrzaskują się z hukiem. Pająki ze strachu weszły aż na suit, a ja zastygłem w bezruchu bojąc się o to, aby nie wyrządzić kolejnych szkód. Płytki roztrzaskały się o brodzik z takim impetem, że od razu zwróciły uwagę portiera. Na szczęście jednak jest on bardziej zainteresowany tym, czy mi się nic nie stało niż wielkością szkód, na których widok macha uspokajająco ręką. Pranie robię już na korytarzu w umywalce, bo jest tam dozownik mydła o zapachu zielonego jabłuszka. Czyste owoce moich zmagań rozwieszam bezceremonialnie na sznurku, który wisi rozciągnięty nad parapetem tak, że afiszuję się rowerowymi gaciami przed połową Marand. Wychodząc na miasto zamykam swoją celę na kłódkę. Jednak nie gwarantuje to stuprocentowego bezpieczeństwa, bo bez wysiłku kopniakiem można by wywalić całe drzwi.

Dość szybkim krokiem penetruję wąskie uliczki bazaru, starając się sprawiać wrażenie jakby to wszystko nie było mi zupełnie obce, a przez to nie zwracać na siebie przesadnej uwagi potencjalnych naciągaczy i złodziei. Większość stoisk jest już zamknięta, a przed nimi stoją wyłożone sterty kartonów. Mężczyzna w średnim wieku, o ciemnej karnacji nie ustępującej innym Irańczykom zagaduje mnie po angielsku i zaprasza na herbatę. Z biegiem naszych kroków nachodzą mnie wątpliwości, czy to aby na pewno dobry pomysł, zwłaszcza wtedy gdy prowadzi mnie ciemnymi zaułkami do miejsca, gdzie rzekomo znajduje się herbaciarnia. Wokół nie ma już prawie ludzi, a miejsce przypomina te z mrocznych thrillerów. Wreszcie wchodzi do niepozornego domu na piętro, gdzie faktycznie mieści się herbaciarnia, taka dla miejscowych. To w zasadzie jest shisharnia, a nie herbaciarnia. Kłęby dymu tłoczą się i gęstnieją, jakby nie chciały uciekać przez otwarte na oścież okno. Pod ścianami wokół na czerwonych poduszkach ozdobionych frędzlami i cekinami siedzą mężczyźni w sile wieku i delektują się smakiem shishy. Mój przewodnik zamawia herbatę i zaczyna snuć opowieść o swoim kraju. Jego głos brzmi równie mądrze jak głos Krystyny Czubówny. Przysłuchuję się więc z wielkim zainteresowaniem i pogłębiam swoją ubogą wiedzę na temat Iranu. Wracam do swojego musafer hane przed 22, bo właśnie o tej godzinie jest zamykane na noc. W nocy jest gorąco i duszno, więc jeszcze długo leżę na śpiworze i wpatruję się w sufit.
Rano złożywszy wpierw klucze na recepcji udaję się na falafele. Po takim śniadaniu ruszam w kierunku Tabriz. Droga biegnie ostro w górę, więc ledwo wyjeżdżam z miasta i próbuję złapać pierwszego stopa w Iranie. Wiem, że jako taki autostop w Iranie sprawnie nie funkcjonuje. Ma on płatny charakter. Aby podróżować za jeden uśmiech należy posiąść ważny zwrot pul nadaram – nie mam pieniędzy(na podróż). Czekam na właściwy samochód. Jest! Widzę! Isuzu! Macham energicznie, a po chwili zawahania kierowca zjeżdża w prawo. Jedzie on z synem do Tabriz. Po uzgodnieniu celu montujemy rowerem na pace pick-upa i ruszamy na Bliski, ale daleki wschód. W jednej z miejscowości po drodze zatrzymujemy się na chwilę, aby zwilżyć gardła colą z lodówki. Mijamy tablicę z napisem ‘Tabriz’. Ruch powoli gęstnieje. Żegnam się z nimi na przedmieściach po wcześniejszym wskazaniu mi drogi ku centrum. Co jakiś czas pytam ludzi o center. Większość ludzi nie wie o co mi chodzi, jeszcze inni próbują mi coś nieporadnie tłumaczyć, ale wtedy ja ich nie rozumiem.

W środku miasta przedzieram się wpierw między samochodami, które zacisnęły centrum i topornie im idzie jego odblokowanie. Później prowadzę rower wśród tłumów na chodnikach, często wylewających się bezładnie na ulicę. W centrum informacji turystycznej biorę free mapkę i zasięgam informacji o najtańszych noclegach. Udaje mi się dotrzeć pod pierwszy wskazany adres, ale cena za łóżko zaczyna się tutaj od 15$. W kolejnym, którego wejście wskazał mi Irańczyk noc od 10$. Nie jest najgorzej, ale ruszam w miasto by poszukać czegoś jeszcze bardziej niszowego. Po chwili znów spotykam Irańczyka, który przed chwilą wskazywał mi hostel- teraz pyta czy udało mi się znaleźć nocleg. Odpowiadam twierdząco dodając, że jadę rozejrzeć się za czymś jeszcze tańszym. Ahmed, bo tak na imię ma Jegomość każe mi poczekać. Dzwoni w tym czasie do brata, który zaraz przyjdzie i wskaże mi miejsce do spania. Początkowo myślę, że chodzi o tani hostel, ale po chwili gdy przychodzi Ali, brat Ahmeda okazuje się, że zapraszają mnie do siebie do domu. Spore zaskoczenie, ale oczywiście z oczekiwaniem na nowe doświadczenie z radością przystaję na tę propozycję. Ahmed biegnie do pracy, a ja z Alim idziemy do jego domu. Włączam odbiornik GPS zaznaczając ślad, żeby później móc trafić do centrum i do domu.

Rodzina Alego mieszka w luksusowym mieszkaniu na parterze trzypiętrowego bloku. Na pierwszym piętrze mieszka Ahmed wraz z świeżo poślubioną sobie małżonką -Azizą. Są małżeństwem od tygodnia, ledwo co się przeprowadzili i są w stanie meblowania mieszkania. Ich dom nie pasuje specjalnie do otoczenia, które momentami może sugerować, że wszyscy tutaj żyją w brudzie i smrodzie. Biorę prysznic, po którym Ali zaprasza mnie na obiad, który przygotowała jego mama. Przed posiłkiem odmawia modlitwę wznosząc ręce i oczy ku niebu. Ja nie ustępuję mu kroku. Po posiłku mała drzemka. Ali wychodzi do pracy, a ja idę przejść się po mieście. Tabriz to stolica regionu Azejberdżan Zachodni. Nazwa wcale nie jest myląca, bo żyje tutaj sporo Azerów. Na starym mieście jest cytadela, kilka ciekawych meczetów no i przede wszystkim ciekawi ludzie, którzy co chwilę mnie zagadują. Wiele ciekawych pogawędek na przeróżne tematy ucinamy sobie siedząc na murku wśród fontann i zieleni czy też pijąc herbatę na bujanych fotelach wewnątrz sklepu z dywanami. Każdy chce dowiedzieć się, gdzie leży ten Lahestan – bo tak nazywa się Polska w języku farsi. Jednak wolny czas spędzam głównie z Alim, Ahmedem i Azizą. Są dla mnie skarbnicą wiedzy o Iranie. Przybliżają mi niuanse kultury muzułmańskiej i prowadzą po krętych ścieżkach tradycji i prawa. Ahmed denerwuje się, gdy słyszy ‘Ahmadinedżad’, a ja z zaciekawieniem wypytuję o kwestie związane z polityką. Generalnie Irańczycy z którymi rozmawiam są zgodni. Mają dość prezydenta i całego reżimu. Iran jest krajem bardzo bogatym, głównie dzięki drugim co do wielkości złożom gazu ziemnego i poziomie wydobycia ropy naftowej plasującym go na piątym miejscu w świecie. Jednak przez politykę rządu zwykli obywatele tego bogactwa na co dzień nie odczuwają gdyż ich pieniądze wypływają za granicę do Iraku, Afganistanu, Pakistanu i ‘Wolnej Palestyny’ by wspomóc walkę z ‘okupantem’, czyli z USA i Izraelem. Na tym tle Iran będzie prędzej czy później łakomym kąskiem dla ‘osi dobra’. Już przejawem tego są pomysły na inwazję w celu zniszczenia reaktorów rzekomo produkujących broń masowej zagłady. Gdy poruszałem tę kwestię otrzymywałem różne odpowiedzi, ale najwymowniej wyraził to jeden młodzieniec ‘Ahmadinedżad is a Joker’.

W związku z nie przerwaniem prowadzenia owego programu nuklearnego Stany Zjednoczone nałożyły na Iran embargo handlowe. Z tego powodu w ciągu ostatnich dwóch lat ceny większości artykułów po za paliwem, którego cena wynosi około 10 centów za litr, poszły dwukrotnie w górę. Embargo to mocno utrudnia życie obcokrajowcom, gdyż nie ma możliwości używania najpopularniejszych kart kredytowych jak MasterCard i Visa i pozostaje trzymać wszystkie pieniądze w gotówce.
U Ahmeda w Tabriz spędzam dwa dni. Czas mija szybko, co chwilę robimy coś co jest dla mnie novum. Udajemy się na dach jednego z domostw w innej części miasta, gdzie po turecku, bądź na klęczka siedzi kilkanaście osób. To coś jak wieczór koraniczny. Spotykają się tutaj co tydzień i rozważają Koran i poezję jakiegoś ichniego wieszcza. Przeklimatyczne doświadczenie. Jednocześnie jest to okazja do obalenia wielu stereotypów. Zarówno tych, które mam wobec islamu, jak również będących gdzieś w ich głowach odnośnie chrześcijaństwa. Dla mnie jest to niezła gimnastyka dla umysłu by odpowiedzieć niejednokrotnie na trudne pytania przez nich zadane. Jednak te problemy to nic wobec kolejnego wyzwania, przed którym staję. Wszyscy chcą bym zaśpiewał jakąś piosenkę po polsku. Po dłuższych namowach przełamuję się. Kolorowy wiatr solo. Boziu! Dobrze, że nikt z rodaków tego nie słyszał. Nie pozostaję jednak dłużny i namawiam Ahmeda aby on teraz coś zaśpiewał. Chwilę to trwa, a nawet rzecze Ahmed: ‘I kill you!’

W końcu daje się namówić i ubogaca spotkanie swoim śpiewem. Poznaję Pinar, dziewczynę w moim wieku. Jednak ciężko z nią porozmawiać, bo na co istotniejsze pytania odpowiada ‘to jest sekret’. Wieczór spędzam w domu Ahmeda. Rano gramy na hali w piłkę nożną z jego kumplami. Muszę przyznać, że są nieźli, a przynajmniej lepsi ode mnie. Przychodzi czas na wspólny spacer z Ahmedem i Azizą w miejskim parku. Jesteśmy świadkami następującego wydarzenia. Do pary siedzącej i rozmawiającej na ławce w parku podjeżdża radiowóz. Funkcjonariusze biorą młodych na stronę i zadają im pytania w celu weryfikacji tego, czy są małżeństwem. Jeśli nie – mają z tego powodu spore problemy, a na tę chwilę lądują w izbie zatrzymań. Restrykcyjne prawo nie pozwala na swobodne kontakty damsko-męskie. Pytam Azizę o to, jak oni się poznali. Miało to miejsce na najpopularniejszej w Iranie drodze, czyli najpierw dogadali się ich rodzice, później pozwolili im ze sobą porozmawiać i się poznać. Po południu udajemy się na obiad do rodziców Azizy. Wariacje tradycyjnej kuchni w pięknym wydaniu. Oczywiście wszystko bez wieprzowiny i alkoholu, zakazanych w islamie. Przed posiłkiem Rahim- ojciec Azizy proponuje abym ja poprowadził modlitwę. Tak więc modlę się po polsku przed posiłkiem i po za sferą dotyczącą konsumpcji przemycam inne treści;-) Po obiedzie Rahim proponuje spacer poza miasto. Tak też robimy, udajemy się w górki usytuowane na obrzeżu miasta. Miejscowi lubią tu wypoczywać. Rozciąga się stąd wspaniały widok na całe Tabriz, które po zmierzchu roztacza nad sobą świetlistą łunę. Na szczycie poza restauracją znajduje się wielofunkcyjny plac zabaw, z którego korzystają głównie dorośli. W zasadzie określenie plac zabaw jest niefortunne, lepiej to miejsce opisywało by określenie ‘plac ćwiczeń’. Takich placów jest sporo w Irańskich miastach i stanowią one zamiast alkoholu jakąś alternatywną formę rozrywki by nie myśleć o problemach.
Ponieważ Iran to kraj powierzchniowo cztery razy taki jak Polska, a ja mam wizę tylko trzytygodniową – postanawiam zostawić rower u Ahmeda, a resztę drogi po Iranie przebyć autostopem i środkami komunikacji publicznej. Sprzyja temu niska cena paliwa(ok. 10centrów za litr), a co za tym idzie biletów. Ahmed przystaje na mój pomysł. Kneblujemy mojego rumaka w jednej z komórek w biurze, gdzie pracuje. Moje tobołki idą do szafy w domu. Spakowany w jedną z sakw biorę najpotrzebniejsze rzeczy. Ahmed podrzuca mnie na dworzec kolejowy i pomaga kupić bilet. Do zobaczenia za jakieś dwa tygodnie, Insallah!
Jestem w drodze do Teheranu. Luksusowy autokar marki Scania. Siedzenia, a może fotele po trzy w rzędzie daje taką przestrzeń, że nie potrafię sobie znaleźć miejsca. Do tego na początku trasy każdy podróżny dostaje magiczny kuferek, którego zawartość stanowią słodycze i napoje. Droga długa, ale nie nużąca. Bacznie obserwuję przez okno najpierw ludzi krzątających się po ulicach miast, a później suchy krajobraz rubieży północnego Iranu.
Po kilku dobrych godzinach jazdy autokar zatrzymuje się i wszyscy w pośpiechu z niego wybiegają. Nie wiem o co chodzi więc biegnę za nimi. Po chwili okazuje się, że czas na modlitwę. Wszyscy jak jeden mąż począwszy od kierowcy udają się do namiotów ustawionych po lewej stronie restauracji. Namioty są dwa, odpowiednio dla mężczyzn i kobiet. Ziemia wyłożona jest czerwonymi dywanami, a obok zawieszona jest także tabliczka z napisem Mecca i strzałką. Po niedługiej modlitwie przychodzi czas na załatwienie przyziemniejszych potrzeb fizjologicznych. Po niecałych sześciu godzinach docieram na Teherański dworzec. Od razu szukam opcji kolejnego transportu do Isfahanu. Ponoć Teheran nie jest specjalnie ciekawym miejscem do zwiedzania, więc zostawię go sobie ewentualnie na później, jeśli zostanie mi czasu. Znajduję biuro, które śle autokary do Isfahanu gdzie kupuję bilet, a po pół godzinie ruszam w drogę.
Kolejne sześć godzin i jestem na miejscu. Jest pierwsza w nocy. Po chwili orientuję się, że zostawiłem w autokarze swój kapelusz. Pojechał. Nie mam teraz nic na głowę, co uchroniłoby mnie przed słońcem. Może tak miało być, wszak był to kapelusz moro z naszytą biało-czerwoną flagą. Jeszcze wzięliby mnie za Jankesa.
Od samego wyjścia z dworca taksówkarze proponują mi podwózkę pod hotel. Pewny siebie odmawiam mówiąc im, że mam już miejsce do spania. Dziwią się, bo do starego miasta jest dobre kilka kilometrów. Idę zgodnie z tym, co wskazuje mój GPS jako centrum. Rozejrzę się za jakimś ustronnym miejscem aby się przespać. Zaczepia mnie młody człowiek również zdumiony tym, że idę do centrum pieszo. Sam wraz z kolegą jedzie tam korzystając z taksówki i proponuje abym też dołączył. Przystaję na to. Podczas drogi ujawniam się jako outdoorowy skrytonocnik. Amin, bo tak ma na imię chłopak słysząc o moich planach zaprasza mnie na noc do swojego akademika. Twierdzi, że nocowanie w mieście gdzieś na ulicy jest niebezpieczne. Amin jest brunetem o mocno zarysowanym podbródku i wiecznym jednodniowym zaroście. Co chwile musi poprawić czarne kosmyki włosów, które zsuwają mu się na policzki.
Jest środek nocy, ale akademik tętni życiem. Podobnie jak jego odpowiedniki w innych krajach stanowi enklawę buntu wobec wszystkiego co narzucone. Z pobudek ideologicznych bunt ten wyrażany jest w każdy możliwy sposób. Tak więc chłopaki siedzą w krótkich spodenkach, grają w karty i piją alkohol.


W Isfahanie zostaję 4 dni. Głównie spędzam czas z rówieśnikami w ich akademiku. Pijemy Absoluta przemyconego z Turkmenistanu. Codziennie palimy shishę. Szybko uczę się zasad i gram z nimi w karty. Oglądamy mecz siatkówki, który Iran wygrywa z Indiami. Zgodnie z prawem, obcokrajowiec nie może nocować w innych miejscach niż hotele. Tak więc stróż w akademiku zaczyna się awanturować. Domyślam się, że o mnie chodzi. Amin mówi, że mam się nie przejmować.
Rząd chroni irańskich obywateli przed ‘kłamstwami świata zachodniego’. Zablokowany jest dostęp do najpopularniejszych zagranicznych internetowych serwisów informacyjnych, portali społecznościowych. W telewizji praktycznie na okrągło można zobaczyć prezydenta, a także bieżące sukcesy sprzymierzonych w Palestynie, Afganistanie i Iraku. Serwisy informacyjne przeplatane są programami dokumentalnymi o zabarwieniu antyizraelskim czy antyamerykańskim. Resztę ramówki, podobnie z resztą jak u nas stanowią zapychacze i uwagi odwracacze – głównie seriale. Amin ostrzega mnie też przed tym aby nie rozmawiać o polityce z przypadkowymi ludźmi spotkanymi na ulicy. Wśród przechodniów czają się bowiem tajni agenci, którzy mogą donieść górze i będę miał kłopoty. Krytykowanie rządu nie jest mile widziane.

Spacerując po mieście uwieczniam na karcie pamięci aparatu co ciekawsze moim zdaniem obrazki. Po jakimś czasie zdaję sobie sprawę z błędu jaki popełniłem. Z Tabriz zabrałem ze sobą tylko ładowarkę do telefonu, zapominając o tej do ładowania baterii w aparacie fotograficznym. Klapa. Póki co pozostaje mi robienie zdjęć, tylko i wyłącznie przy użyciu marnej jakości telefonu komórkowego.
Kiedy większość turystów podróżuje zgodnie z tym co sugerują przewodniki, ja chodzę swoimi ścieżkami. Pałętam się po wąskich uliczkach Isfahanu, wkładając nos najgłębsze jego zakamarki. Budzę tym duże zdziwienie tubylców, którzy najczęściej myślą, że zabłądziłem i próbują wskazać mi drogę do centrum. Może i zabłądziłem, ale świadomie. Fajnie jest się zgubić w takich miejscach. Tak więc spaceruję do czasu, aż jeden z mężczyzn zimnym, wręcz stalowym głosem, z powagą na zoranej życiem twarzy, mówi mi że miejsce w którym jestem jest dla mnie bardzo niebezpieczne i powinienem się stąd zwijać. Nie kuszę losu i postępuję zgodnie z instrukcją, nie zadając zbędnych pytań kontynuuję spacer w popularniejszych stronach.

Amin jest moim przewodnikiem po starym mieście. Odwiedzamy naprawdę sporo zjawiskowych miejsc. Duże wrażenie robi na mnie plac Immama Khomeiniego oraz mosty Khajou i Si-o-Se Pol. Szczególnie po zmorku, gdy oświetlone są łagodnymi światłami stanowią ulubione miejsca spacerów mieszkańców. Wszystko to czyni w moich oczach Isfahan najpiękniejszym miastem Iranu. To pewnie tutaj rodziły się baśnie z krainy tysiąca i jednej nocy. W wyeksponowanych miejscach w mieście można spotkać wiele plakatów czy malowideł kluczowych dla aktualnego modelu państwa postaci. Przede wszystkim Khomeiniego, ale też wielu generałów z czasów waśni Iracko-Irańskich. W mieście znajdują się również ormiańskie kościoły, ale nie udaje nam się ich nawiedzić bo są zamkniętę. Co więcej, w Isfahanie znajdują się liczne ślady po Armii Generała Andersa, która właśnie przez Persję próbowała dostać się do Europy. Polskie mogiły na jednym z cmentarzy i budynek szkoły, w której kiedyś wychowywały się polskie sieroty. Nie mam jednak wystarczającej determinacji aby je odnaleźć.

Podczas wieczornego posiedzenia w jednej z kawiarni poznaję Goli. Jest ona Iranką, która już niedługo opuści swój kraj emigrując do Kanady. Ma na głowie zieloną chustę, charakterystyczną dla opozycji w Iranie. Niesamowity szok przeżywam, gdy widzę co czyta. Szymborska w języku farsi! Ale to nie koniec niespodzianek na dziś. Facet w taksówce, którą wracamy, na pulpicie ma biało-czerwony szalik reprezentacji Polski! Nie mówi po angielsku, więc nie jest mi w stanie wytłumaczyć, skąd go ma. Ale serce rośnie!:)
Z Isfahanu udaję się autokarem do Yazd. Amin kupuje mi na drogę pół kilo ciasteczek, o nazwie gasa. Są to chyba orzechy ziemne oblane karmelem, a z góry obsypane surową mąką. Umawiamy się wcześniej, że zadzwonię do niego, gdy dotrę do Shiraz, czyli miasta skąd pochodzi i tam on będzie mi przewodnikiem. Od studenta imieniem Jamal, z którym wygrałem nie jedną partię w karty, dostaję na pamiątkę masywny biały tashib. Na odchodne Amin instruuje mnie, abym nie rozmawiał z nikim obcym. Jednak już w autokarze dosiada się do mnie mężczyzna, który całą drogę opowiada mi o dziwnych rzeczach. Przez pół godziny, krok po kroku pokazuje jak pali się haszysz. Średnio mnie to interesuje, ale robię dobrą minę do złej gry. Inni pasażerowie z zażenowaniem obserwują owego jegomościa. Po dotarciu na dworzec główny, komunikacją miejską podjeżdżam w kierunku starego miasta. Kierowcy autobusów są bardzo życzliwi i wyczerpująco tłumaczą mi jak dotrzeć do samego centrum.
Yazd to miasto, w którym żyją Zaratusztrianie. To przedstawiciele bardzo starej religii, którzy (w uproszczeniu) czczą ogień. Ponieważ miasto leży na skraju Wielkiej Pustyni Słonej i Pustyni Lota(gdzie swego czasu zanotowano najwyższą temperaturę na Ziemi – ponad 70°C) jest tam ciągle bardzo sucho i gorąco. W związku z tym, w krajobraz miasta nieodłącznie wpisane są badgiry, czyli wieże pełniące role łapaczy wiatru, wykorzystywane jako klimatyzacja. Całe stare miasto jest pełne glinach domów z domieszką sieczki, między którymi wiją się wąskie uliczki. Pośród nich spotkać można bardzo wielu Pakistańczyków i Afgańczyków. Chodzą charakterystycznie ubrani, wyglądają jakby nosili piżamy.

W Yazd nocuję w Amir Kabir Hotelu usytuowanym na starym mieście. Precyzyjnie mówiąc – na jego dachu. Za dwa dolary mam dla siebie na wyłączność pełną przestrzeń. Odwiedzam tu muzeum Koranu. Znajduje się w nim mnóstwo starych zwojów Świętej Księgi Muzułmanów w różnorakich wersjach. Wizytuję też centralne meczety. Najciekawszy z nich jest nie podobny do tych, które widziałem wcześniej – jego wnętrze zdobią tysiące świecidełek, tak, że we wnętrzu cała świątynia jest jedną wielką błyskotką. Od przyjazdu do Iranu staję się amatorem Sangaku – tradycyjnego chleba, który ciepły, świeżo wyciągnięty z pieca raduje moje podniebienie.
Jest czwartek. Z samego rana zbieram się by ruszyć w kierunku Shiraz. Okazuje się, że Liu (Chińczyk, którego imienia nie pamiętam, ale przyjmijmy dla uproszczenia, że to Liu) również tam jedzie a, że autokar mamy za pół godziny spiesznie negocjujemy cenę z taksówkarze i jedziemy wspólnie po za miasto na dworzec. Liu pożycza mi kilkadziesiąt tysięcy riali (odpowiednik kilku dolców) na bilet, bo skończyła mi się rodzima waluta. Podczas drogi zaczytuję się w jego przewodnik badając co warto zobaczyć w Shiraz i poza nim. Młodzi Irańczycy, którzy towarzyszą nam w drodze obcesowo żrą słonecznik, a Liu traktują trochę jak maskotkę. Robi się to irytujące, ale nim nasza cierpliwość się dopełni, jesteśmy na miejscu w Shiraz. Mam już wprawę w targowaniu się, więc negocjuję kwotę za taksówkę i jedziemy wspólnie do centrum. Muszę załatwić kilka rzeczy. Przede wszystkim rozmienić pieniądze, by oddać Liu to, co mi pożyczył. Muszę kupić kartę telefoniczną, by zadzwonić do Amina. Obiecałem to zrobić niezwłocznie po przyjeździe. Ponadto chcę jeszcze znaleźć kafejkę internetową, by złożyć tacie życzenia – ma dziś urodziny. Jednak wizytę w Shiraz rozpoczynamy od punktu informacji turystycznej, który niestety okazuje się zamknięty. Rozmawiamy z kilkoma osobami, pytając o kantor. Wreszcie znajdujemy go zgodnie ze wskazówkami. Siadam naprzeciw tęgiego pracownika kantoru i sięgam po pieniądze do kieszeni zapinanej na rzep, usytuowanej na prawej nogawce spodni. Nie ma! Zimny dreszcz przeszywa całe moje ciało. Błyskawicznie sprawdzam inne kieszenie i plecak. Nie ma! Jasny gwint! Wszystkie pieniądze i dokumenty! Nie potrafię jeszcze pozbierać myśli i przytomnie ocenić co się stało. Liu sugeruje bym dzwonił jak najprędzej do ambasady. Panie! Nie gaś knotka o nikłym płomyku! Szturmuję Niebo modlitwą błyskawiczną i biegnę w okolice skrzyżowania, wokół którego kręciłem się przed chwilą. Przecież dwie minuty temu na pewno miałem jeszcze to wszystko! Rozpaczliwie pytam przechodniów, sprawdzam każde możliwe miejsce. Najbardziej podejrzewam o lepkie ręce trzech młodych ludzi, z którymi przed momentem dłuższą chwilę rozmawiałem, a teraz zniknęli. Dużo gestykulowali. Jeden z nich dotykał wcześniej wisiorek na mojej szyi, który dostałem od przyjaciela w Isfahanie. Biegniemy na posterunek policji. To zapadnięta przyczepa osadzona na sflaczałych oponach kilkaset metrów od feralnego skrzyżowania. Tłumaczę funkcjonariuszowi co się wydarzyło. Nie rozumie po angielsku. Dzwonię gdzieś do centrali i próbuję nieskładnie powiedzieć o sytuacji, która miała miejsce. Policjant duka coś po angielsku, chociaż nie bardzo potrafi. Pomaga nam chłopak, który przechodził akurat drogą, a nieźle posługuje się językiem obcym. Po dłuższej chwili dwóch stróży prawa podjeżdża radiowozem, do którego wsiadam i gnamy na komisariat. Z tym gnamy, to przesadziłem, bo zupełnie im się nie spieszy. Po drodze zatrzymują się jeszcze by kupić ciastko i kartę telefoniczną. Nie obywa się też bez stłuczki. Wszyscy tu jeżdżą jak wariaci, jednak incydent jest na tyle symboliczny, że po chwili ruszamy dalej. Na komisariacie angielskim też nikt sprawnie nie włada, więc rozmawiam przez telefon z jakimś policjantem w Teheranie, relacjonując mu całą sytuację. Po tym wszystkim udostępniają mi jeszcze policyjną linię i dzwonię do Amina, opowiadając mu co się wydarzyło. Obiecuje, że dojedzie najszybciej jak to możliwe. Kiedy mówię na komisariacie o odciskach placów, które złodziej najprawdopodobniej zostawił na wisiorku u mej szyi, okazuje się, że tam nie bardzo wiedzą co to są te odciski palców. Za to zamiast mi pomóc ochoczo robią sobie ze mną zdjęcia telefonami komórkowymi. Ot, ciekawostka z Europy przyjechała. Próbują mnie jakoś pocieszać, ale jestem mocno przybity. Nie zdaję sobie jednak do końca sprawy z powagi sytuacji. Głównie przejmuję się ogromną jak na mnie sumą pieniędzy, która przepadła, spychając jakby na drugi plan kwestię utraconych dokumentów. Przecież irańskie więzienia nie świecą pustkami. Co jeśli oskarżą mnie o szpiegostwo? Było niedawno głośno o kilku Amerykanach, którzy siedzą w kiciu za naruszenie granicy Iracko-Irańskiej. Tłumaczenie, że pobłądzili w górach nie pomogło.
W kieszeni wibruje mi telefon, na którego wyświetlaczu widnieje ‘ICE Tata’. Odbieram i twardo próbuję: ‘wszystkiego najlepszego…okradli mnie właśnie’. Łamię się po tych słowach. Staram się maksymalnie uspokajać sytuację, chociaż tak naprawdę jest bardzo ciężko.
Podróżując rowerem miałem dokumenty i pieniądze porozdzielane. Jednak zostawiając rower w Tabriz wpakowałem wszystko do jednej kieszeni. Co chwilę upewniałem się, dotykając kieszeni czy aby na pewno wszystko mam. Przez to pewnie wydałem się kieszonkowcom. Tracę paszport, dowód osobisty, kartę NFZ, legitymację ISIC, kartę płatniczą, wszystkie dolary i euro poza jednym banknotem, który miałem na bieżące wydatki w innej kieszeni. Pul nadaram. Chichot losu.
Na komisariat dociera Amin. Przypomina mi z wyrzutem słowa, które wyrzekł, gdy się żegnaliśmy, o tym abym nie rozmawiał z nikim obcym. No nic. Stało się. Po kolejnych godzinach dostajemy jakiś świstek papieru i jedziemy do innego posterunku po drugiej stronie miasta. To główna siedziba policji w Shiraz. Amin rozmawia z naczelnikiem, a ja wpierw stoję i pusto się uśmiecham, a później jestem poproszony o to, abym poczekał na dziedzińcu przed komisariatem. Chodzę w kółko, nie potrafiąc usiedzieć w jednym miejscu. Na dziedziniec podjeżdża radiowóz z którego wysiada dwóch funkcjonariuszy. Podchodzą do tylnego bagażnika i wyciągają z niego mężczyznę w kajdankach. Jakby tego było mało, prowadzą go do jednego z pomieszczeń na komendzie, z którego po chwili słychać przeraźliwe krzyki. Przez okno widzę, jak ów mężczyzna jest kopany i traktowany paralizatorem.
„Wszyscy jesteście terrorystami!” – tak odpowiedziałem na pytanie: „Co większość Polaków myśli o Irańczykach”, które postawił mi jeden z nich. „Ty też tak myślisz?” – kontynuował. „Skoro tu przyjechałem, to chyba nie”. Bardzo liczą się oni z opinią świata zachodniego, może też z tego powodu nie spotkały mnie tu jakieś większe nieprzyjemności, a policjanci traktują bardzo dobrze. Odnośnie tego, co odpowiedziałem: prawdą jest, że głęboko w nas funkcjonują krzywdzące stereotypy. Fundamentalisty muzułmańskiego z bombą gwoździową pod suknią. Takie obrazy wynikają z tego co widzimy w TV. Są one akcentowane bardziej, bądź mniej przez mainstreamowe media zgodnie z aktualną linią polityki wobec USA.
Po kolejnych dziesiątkach minut jedziemy do domu Amina. Dziś jest już późno i nic więcej nie załatwimy. Jutro rano będziemy kontynuować sprawę w innym komisariacie. Jestem mocno zmęczony. Rodzice Amina przyjmują mnie bardzo życzliwie i jest im bardzo przykro, że to wydarzyło się w Iranie. Mają nadzieję, że przez pryzmat tego wydarzenia nie będę źle wspominał całego kraju.
Nim zasypiam, w myślach pod kocem skrytych jeszcze długo roztrząsam to co się wydarzyło i analizuję różne możliwe scenariusze.
Kolejny dzień rozpoczynamy od wizyt w komisariatach. Jeździmy z jednego do drugiego. W sumie do południa odwiedzamy aż cztery różne placówki! Między nimi poruszamy się głównie dzięki taksówkom, którymi są wszystkie samochody. Jedziemy też autobusem miejskim. Z przodu siedzą mężczyźni, a kobiety w części tylnej, odgrodzonej balustradą.

Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to jutro uda się dokończyć kwestie papierkowe w Shiraz. Tymczasem Amin zagospodarowuje nam wolny czas. Najpierw odwiedzamy dwa meczety w mieście i grób jakiegoś (ponoć znanego) perskiego Wernyhory. Po południu przepełnionym busikiem jedziemy z Aminem do Persepolis. Te ruiny starożytnego miasta założonego przez Dariusza I w VI w p.n.e. położone są kilkadziesiąt kilometrów na północ od Shiraz. Po potędze zostały tylko wspomnienia. Jednak kiedyś kompleks musiał robić naprawdę kolosalne wrażenie. W muzeum miasta z uwagą przyglądam się mapie ukazującej imperium perskie w fazie największego rozkwitu, kiedy to rozciągało się od Bałkanów aż po Chiny. Po obejściu ruin zasiadamy w cieniu palm. Amin raczy mnie lokalnym przysmakiem. Nie pamiętam jak się nazywa, ale są to mrożone surowe wiórki ziemniaków z mocno słodzonym sokiem z cytryny. Orzeźwia w ten skwar, ale smakowo bez rewelacji.
Wieczorem, po powrocie do Shiraz korzystamy jeszcze z kafejki internetowej. Chociaż dostęp do facebooka czy serwisów informacyjnych jest zablokowany, to nie ma przeszkód do korzystania z google.maps. Lokalizuję ambasadę RP w Teheranie i robię telefonem zdjęcia mapki na ekranie. Powinno mi to znacznie ułatwić znalezienie jej w Teheranie. Korzystam jeszcze z możliwości i wysyłam email uspokajające do bliskich w kraju. Po niecałej godzinie udajemy się do domu, gdzie po prysznicu i posiłku idziemy spać.
Rano śmigamy znów na posterunek policji, a po nim do jakiegoś urzędu. Znów niby prosta sprawa, a się rozwleka. Po południu jednak udaje się wszystko dopiąć. Dostaję zalakowaną kopertę na adres Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Teheranie. Teraz czas na dalsze drążenie sprawy, ale już w irańskiej stolicy. Docieramy przed zmierzchem na dworzec autokarowy. Żegnamy się. Jestem bardzo wdzięczny Aminowi. Gdyby nie on, nie wiem gdzie byłbym teraz. Jak mogę mu się odwdzięczyć? Wiem, że bardzo chciałby wydostać się z Iranu. Marzy mu się życie w wolnym kraju. Chciałbym w jakiś sposób mu pomóc w uzyskaniu wizy do Polski. Po powrocie zobaczę co da się zrobić, ale niczego nie obiecuję.

Całą noc trwa droga na północ. Około dziesiątej rano dojeżdżamy na dworzec końcowy, chociaż do Teheranu wjechaliśmy trzy kwadranse wcześniej. Pokazuję mężczyźnie w terminalu adres, który mam na kopercie i proszę go o wskazanie drogi. Mówię mu po co tam się udaję. Głowi się kilka chwil, po których daje jakieś dirhamy taksówkarzowi i prosi go o to aby mnie pod owy adres zawiózł.
No był to kawałek. W każdym razie napociłbym się gdybym miał tutaj pieszo trafić. Wchodzę do budynku MSZ pilnowanego przez uzbrojonych żołnierzy. W szafce na kluczyk zostawiam wszystkie przedmioty(w tym telefon), które pipały by w bramce. Długo jednak nie zabawiam, bo okazuje się, że procedurę musze rozpocząć od wizyty w polskiej ambasadzie. Jadę więc na gapę autobusem w kierunku adresu, który mam na kartce, posiłkując się przy tym zdjęciem w telefonie. Na miejsce pomaga mi dotrzeć dwóch chłopaczków, których spotykam w busie. Jest. Odgrodzona wysokim, betonowym murem placówka dyplomatyczna naszego kraju. Dzwonię na domofon i po chwili jestem w środku. Cóż za spokój i przyjemny chłód. Do tego usłyszeć polski głos, po nie wiem jak długim czasie. Bezcenne. Opowiadam historię swojego życia. Jest sobota po południu, więc dziś już niewiele załatwię. Tym bardziej jutro. W poniedziałek tak naprawdę będzie dopiero możliwe uruchomienie procedury wyrabiania tymczasowego paszportu. Jedyne co mogę zrobić teraz, by później nie tracić czasu to wyrobić zdjęcia do paszportu i wypełnić wniosek o jego wydanie. Wysyłam też informację do rodziny z prośbą o przelew na konto MSZ pieniążków, które oni mi będą później tutaj w stanie wypłacić. Pracownik ambasady upewnia się, że mam jeszcze jakieś pieniądze, aby teraz przetrwać. Jakieś mam, ale szału nie ma. Udaję się więc do salonu fotograficznego, gdzie robię zdjęcie, które będę mógł odebrać dopiero jutro, poczym idę na miasto rozglądać się za noclegiem.

Podjeżdżam metrem do centrum. Co rzuca mi się w oczy, to znów podział wagonów z wydzieloną częścią z przodu i z tyłu dla samotnych kobiet. Na stacji główne zachciewa mi się siusiu. Nie ma tutaj toalety, ale pracownik metra pozwala mi skorzystać ze służbowej. Po wszystkim, zostaję zapytany o to co robię w Iranie. Opowiadam swoją historię, nie wyłączając z niej dramatycznych wątków. Sprzątacze teherańskiego metra dzielą się ze mną swym współczuciem. Pytają czy jestem głodny. Chociaż mówię ‘nie’, moje oczy mówią ‘tak’. Po chwili zasiadam z nimi do stołu. Suchy placek i mieszanka traw i mleczy. Normalnie pewnie nawet nie dałbym tego swojemu królikowi(gdybym go miał), a głodny pałaszuję kolejne chwasty z chlebem. Prince of Persia, kurde. Poruszeni tym widokiem sprzątacze, dzielą się moją historią z policjantem. Średnio mi się to podoba, ale ten wzywa mnie na posterunek policji, który mieści się we wnętrzu terminala metra. Policjanci rozmawiają ze sobą, a ja nie wiem o co chodzi. Pokazuję tylko świstek papieru, w który w farsi jest napisane o tym, co mi się wydarzyło w Shirazie i podstemplowane urzędową pieczęcią. Przez mężczyznę z dużą ilością gwiazdek na ramieniu wezwany zostaje żołnierz. Potrafi po angielsku. Odpowiadam więc na różne pytania. Po krótkiej naradzie, młody żołnierz kładzie przede mną plik banknotów. Tłumaczy, że starczy mi to na dwa noclegi w hotelu, którego adres mi podaje. Nie spodziewałem się tego. Czują się zobowiązani udzielić mi pomocy i nie chcą słyszeć o odmowie. Świat jest pełen dobrych ludzi.
Dwie noce spędzam we wskazanym hotelu, uiściwszy pięciodolarową opłatę za każdą z nich. Miasto w moim odczuciu nie ma nic specjalnego do zaoferowania. Przytłacza mnie swoim ogromem i jakąś pseudonowoczesnością, dla mnie nieprzyjazną. Przechadzam się ulicą Waliasr. Ponoć to najdłuższą ulicą na Bliskim Wschodzie. Ja jednak pokonuję raptem kilkaset metrów, gdzie odbijam w kierunku piekarni zgodnie ze wskazówką jednego z przechodniów. Żywię się chlebem i wodą, którą uzdatniam tabletkami z multiwitaminą. Takie jedzenie nudzi się szybciej niż myślałem. Ale co zrobić.
W poniedziałek przybywam znów do ambasady. Okazuje się, że mają drobne problemy z systemem, w którym mogliby zweryfikować moją tożsamość. W zasadzie awaria jest dość poważna, bo nie działa im to już kilka dni. Ponieważ mam paszport tzw. biometryczny, to gdzieś w bazie mają zarówno moje odciski palców jak i zdjęcie. Jednak przez usterkę nie mają do niej dostępu. Trzeba w jakiś alternatywny sposób ustalić moją tożsamość. Jak to zrobić? Pracownik ambasady pyta mnie czy mam konto na FB albo NK. Wchodzę więc do galerii na NK i pokazuję zdjęcia. Urzędnik kiwa głową i rzecze ‘no, powiedzmy’. Ciekawy sposób na ustalanie tożsamości w suwerennym kraju. Jednak nie mogę narzekać bo wiem, że tym sposobem poszli mi na rękę. Gdybym miał czekać do przywrócenia sprawności systemu, to nie wiem ile by to jeszcze mogło potrwać. Tak czy siak, rzecz kuriozalna.
Podczas spacerów po mieście znajduję miejscówkę na kolejny nocleg. Zielona przestrzeń na rondzie stanowi jakby wyspę otoczoną morzem dróg. Jest sporych rozmiarów, tak więc zieleń nawet trochę tłumi nieprzyjemne szumy ulicznego zgiełku. Po zmierzchu mam gościa, który nie wie, że leżę skryty w krzakach. Przez dobry kwadrans mężczyzna śpiewa wykrzykując w niebo. Mogę domniemywać, że to modlitwa.

Następnego dnia z samego rana udaję się znów do ambasady. Dostaję paszport tymczasowy. Na czarnobiałym zdjęciu wyglądam jak bandyta ścigany listem gończym. Co więcej docierają pieniądze, które przelali mi rodzice. Mam więc żelazną rezerwę euro na przetrwanie. Z pracownikiem ambasady RP, ale rodowitym Irańczykiem udaję się do MSZ kontynuować procedurę, czyli spróbować uzyskać, bądź odzyskać wizę. Wypełniam jakieś papiery, później podpisuję się w kilku miejscach, które mi wskazują. Tak naprawdę nie wiem o co chodzi, wszystko załatwia za mnie mój towarzysz. Okazuje się, że chcą mnie mimowolnie wrócić na Ojczyzny łono. To się chyba fachowo nazywa deportacja. Na szczęście udaje się tej opcji uniknąć kosztem innej. Tak więc chcą mnie odesłać na granicę z Turcją, gdzie wjechałem do Iranu abym przywiózł zaświadczenie o tym, że tam ją przekroczyłem. Gdy i tej, średniej propozycji udaje się uniknąć, przychodzi następna. Już zapieczętowana koperta jest gotowa do wysłania na ową granicę, do Bazargan. Znając ich opieszałość tydzień potrwa to nim przyślą potwierdzenie, że tam ją przekroczyłem. Jeśli w ogóle znajdą mnie w swoich papierach. Bo jak nie, to co? Oskarżą o nielegalne wkroczenie na terytorium? Próbę szpiegostwa? Nie wiem co zrobiłbym bez owego pracownika naszej ambasady. Pewnie siedziałbym gdzieś na ulicy i ryczał. Jednak udaje mu się wyprosić urzędników i jeszcze dziś wbijają mi wizę do paszportu. Wizę na okres, który pozostał mi do opuszczenia kraju zgodnie z tym, co było w pierwotnym paszporcie. Uff! Co za ulga!
Metrem dojeżdżam do ostatniej stacji na zachodzie miasta, po czym udaję się zgodnie ze wskazówkami GPS jeszcze bardziej na zachód. W sporym upale maszeruję chyba z dziesięć kilometrów, aż zatrzymuję się cieniu wiaduktu próbując łapać stopa. Pul nadaram. Pul nadaram. Trzeci zatrzymany kierowca zgadza się mnie zabrać. To policjant po cywilu. Twierdzi, że tym sposobem nie dojadę do Tabriz i po, może stu kilometrach pakuje mnie do autokaru jadącego tam gdzie ja, czyniąc stosowne wyjaśnienia jego kierowcy. Tym sposobem docieram do Tabriz około pierwszej w nocy. Nie mam zamiaru niepokoić o tej godzinie Ahmeda, więc rozglądam się za miejscem do spania w outdoorze. Wybór pada na zjeżdżalnię, stanowiącą część placu zabaw przy infrastrukturze dworca. Dokładnie kładę się między dwoma jej elementami: czerwonym-poziomym i żółtym, który ma już trochę pochyłą orientację. Muszę się nagimnastykować, aby nie zjechać przypadkiem. Z drugiej strony próbuję tak się schować, by nie było mnie widać z ulicy.

Nie dzwonił jeszcze budzik w moim telefonie zwiastujący godzinę 5:30, a już słyszę zbliżający się kobiecy głos. Po chwili dochodzi do tego jeszcze narastające dudnienie. Już wiem co się święci. Jakiemuś dzieciaczkowi zachciało się akurat teraz skorzystać ze zjeżdżalni. W pośpiechu, by nie powiedzieć w popłochu wyskakuję ze śpiwora i próbuję ogarnąć się w rurze. Mały jest już na szczycie i z wielkim szokiem spogląda na mnie, na wpół zgiętego w środku. Strzelam najgłupszy uśmiech w swoim życiu i zjeżdżam z dobytkiem na dół.
Szybko dopakowywuję śpiwór i ruszam spacerkiem w kierunku centrum. W piekarni na przedmieściach Tabriz kupuję dwa chleby po czym ruszam dalej oddając się konsumpcji. Ludzie patrzą się na mnie bardzo dziwnie. Z każdym krokiem odczuwam niechęć, a wręcz wrogość. Dopiero Ahmed uświadamia mnie, że dziś rozpoczął się Ramadan. Podczas świętego postu nie można od świtu do zmierzchu spożywać żadnych pokarmów. Zasiałem więc wśród muzułmanów spore zgorszenie.
Odbieram rower i wyrazy współczucia, z powodu tego co mi się przydarzyło w ich kraju. Przez nalegania Ahmeda postanawiam zrobić jeszcze jednodniową przerwę nim ruszę dalej. Tylko gdzie ruszę? Staję przed trudnym wyborem. Wracać do domu przez Turcję podobnie jak przyjechałem w pierwszą stronę? Czy może kontynuować podróż do Armenii i Gruzji, jak to miałem wcześniej w planach? Nie jest prosto podjąć decyzję. Z jednej strony mam już wszystkiego dość i jestem psychicznie rozbity tym, co się stało w Shiraz i tego następstwami. Nie mam specjalnie środków na dalszą podróż. Co prawda mam euro, które przelali mi rodzice, ale nie chcę się jeszcze bardziej zapożyczać. Z drugiej strony mam zakupiony bilet na samolot z Gruzji na 16września. Nie da się go już odwołać ani przebookować, a do lotu jeszcze ponad miesiąc! Przemadlam sprawę i ostatecznie decyduję się na kontynuowanie podróży.

cdn…

2 komentarze

  • janson says:

    Witaj,
    Bardzo podoba mi się sposób w jaki opisałeś Iran.Naprawdę tak ciężko dogadać się z Irańczykami po angielsku?Jak to wygląda w Teheranie a jak w Tabrizie?
    Pozdrawiam

    • Hej:)
      Słusznie rozróżniłeś Teheran. To faktycznie inny świat. Wielka metropolia, w której żyją wykształceni ludzie. Tam na prawdę nie jest tak ciężko dogadać się po angielsku. W innych miastach gorzej. W Tabriz tak miałem, że właśnie jacyś studenci sami zagadywali, bo byli zainteresowani moją osobą (o, ktoś z zachodu przyjechał) i chciali wykorzystać znajomość języka. Tam teraz większość młodych ludzi uczy się angielskiego, jedni gadają w nim lepiej inni gorzej. Na wioskach porozumienie się po angielsku jest praktycznie niemożliwe. Za to wszędzie na świecie uniwersalnymi metodami porozumienia się są: mimika, gestykulacja i przede wszystkim uśmiech:)
      Dzięki i pozdrawiam!



Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *