Welcome to Delicate template
Header
Just another WordPress site
Header

Jako tako, czyli Japonia

Luty 2nd, 2013 | Posted by Michał Piec in Inne

Japonia jakoś nigdy specjalnie mnie nie pociągała. Jednak promocja nie wybiera. 281zł w Alitalii za loty z Europy do Japonii i z powrotem były ceną tak bezdyskusyjnie rewelacyjną, że bez cienia wątpliwości zabookowałem bilet. Podróż odbyłem razem z Łukaszem, choć ze względu na błyskawicznie znikające bilety w dobrej cenie – w pierwszą stronę Łukasz poleciał dzień przede mną. Warto wspomnieć, że pewnym utrudnieniem, które my postanowiliśmy przekuć w atut był fakt, że dokładna trasa lotów objętych promocją wyglądała następująco: Wenecja-Rzym-Osaka, Tokio-Mediolan-Praga. Pozostał problem dotarcia do Wenecji i powrotu z Pragi. Chcąc wejść na Fuji w Japonii nie mogliśmy lecieć obydwaj np. Ryanair’em na bagażu podręcznym do Bolonii, bo raki nie weszłyby na pokład. Łukasz więc poleciał do Italii a ja z dobytkiem, którego nie udałoby się zmieścić na pokładzie ruszyłem stopem w kierunku Wenecji. Zadanie miałem trochę ułatwione, bo na Allegro znalazłem bilet PolskiegoBusa do Wiednia w cenie 10zł. Udało mi się nawiedzić katedrę św. Stefana i dalej wydostać się najpierw w kierunku Grazu, a później włoskiej granicy. Jeszcze tego samego dnia byłem 40km przed Wenecją, gdzie ze względu na zmierzch rozłożyłem się ze śpiworkiem gdzieś w polu. Mając zapas czasu, kolejnego dnia dostopowałem do Wenecji, którą przespacerowałem wzdłuż i wszerz (wraz z mostem łączącym Wenecję ze stałym lądem) by ostatecznie spocząć w opuszczonym budynku tuż przy lotnisku, które niestety zamykali w nocy.

Kolejny dzień rozpocząłem tradycyjnie od kąpieli i prania w toalecie dla niepełnosprawnych, po czym bezstresowo doleciałem do Rzymu. Dobre kilka godzin czasu sprawiło, że nie mogłem nie odwiedzić Wiecznego Miasta. Skoczyłem zatem na chwilę śpiesznie na Watykan i powrotem, by zdążyć na samolot do kraju ludzi smaganych kursywą.

Przed odlotem tradycyjnie miał miejsce film instruktażowy odnośnie zachowania się w przypadku jakichś nieszczęśliwych wydarzeń. Była tam mowa o tym, żeby podczas ewakuacji ściągnąć buty bo mogą one przeszkodzić w sprawnym opuszczeniu pokładu. Wziąłem sobie to mocno do serca i – ku wątpliwej radości współpasażerów profilaktycznie ściągnąłem buty zaraz po wejściu do samolotu.
Napatrzyłem się na programy Cejrowskiego i za jego radą postanowiłem wziąć podczas lotu special menu. Prawdę mówiąc strzeliłem byle co: wybór padł na ‘hindu’. To było głupie i więcej nie popełnię tego błędu, bo gdy wszyscy szamali sobie lassagne ja jadłem wodę ze szpinakiem.
Na pokładzie poza spaniem, słuchaniem Floydów, czy oglądaniem Ojca Chrzestnego radości przysparzał także open bar usytuowany z tyłu samolotu.
Po jakichś 11 godzinach lotu jestem wreszcie w Osace, gdzie spotykam Łukasza. Już chwilę wcześniej uświadamiam go, jaki fail popełniłem. Zabookowałem nocleg w hotelu 4* (wypas: marmury, kryształy) za 15,30zł nie ogarniając długości lotu i 8 godzinnej zmiany czasu. Nocleg mieliśmy wczoraj. Marzenia o gorącym prysznicu i praniu prysły w jednej sekundzie. Co prawda, alternatywnie radzimy sobie w toalecie dla niepełnosprawnych na najwyższym piętrze lotniska, ale to już nie to samo.

Łukasz skombinował karton i wycudaczył napis Kioto w japońskim alfabecie. Idziemy w kierunku wylotu z lotniska. Nie ma tu dużego pola manewru, jesteśmy na sztucznie usypanej wyspie, którą jeden most łączy z Honsiu. Za miejscem gdzie wszystkie drogi się łączą, a gdzie rozpoczyna się motorway zaczynamy łapać stopa. Gimnastykujemy się z kartonem i uśmiechamy do zdezorientowanych kierowców przez jakieś siedem minut. Po tym czasie nadjeżdża na sygnale radiowóz. Łamaną angielszczyzną udaje nam się porozumieć. Nie możemy tu łapać. To niebezpieczne. Jak bardzo jest to niebezpieczne uświadamiamy sobie, kiedy przyjeżdża drugi radiowóz, z którego wychodzą kolejni policjanci i 50metrów przed nami zaczynają rozkładać pachołki. Jeden z przedstawicieli władzy spisuje dane z naszych paszportów. Ciężko będą mieli wyegzekwować ewentualny mandat, skoro widnieję w ich papierach jako ‘Michał Karol’. Jako nazwisko wpisali moje drugie imię. Przygoda z policją kończy się, gdy proszą nas o to, abyśmy usiedli w radiowozie. Zostajemy odwiezieni z powrotem na lotnisko, skąd busem albo pociągiem mamy jechać dalej.
Taki rozwój wydarzeń determinuje praktycznie całkowicie losy dalszej podróży. Znakomitą większość odległości w Japonii pokonujemy pociągami. Mamy co prawda patent jak robić to najtaniej, ale to wcale nie sprzyja niskobudżetowemu podróżowaniu.


Nasza droga przez kraj zamarzłej wiśni biegnie najpierw przez Osakę do Kioto. Robimy sobie tutaj niedługie zwiedzanie już po zmroku i wydostajemy się na jakieś tereny podmiejskie, gdzie w parku spędzamy noc. Pogoda, a mianowicie nieustający deszcz ciągle nie sprzyja podjęciu kolejnej próby autostopowej. Jedziemy więc koleją do Gotemby, miejscowości niedaleko Fuji, aby zrealizować plan, który wcześniej zamierzyliśmy – spróbować wejść na szczyt wulkanu. Chociaż sezon podczas którego otwarte są schroniska trwa tylko dwa miesiące w lecie, specjalnie nas to nie zraża.


Niestety nasze zamierzenia zostają pokrzyżowane i tutaj, z kilku powodów. Zmienna prognoza pogody co do warunków jest stała tylko w jednym punkcie – temperatura odczuwalna na szczycie wynosi ok. -42st. C. Do tego dochodzi biwak na ok. 2400 m, Jesteśmy przygotowani dość dobrze, ale nie aż tak. Drugi problem, który faktycznie skreśla nasze plany pojawia się, gdy udaje nam się złapać stopa w kierunku ostatniej wioski u stóp wulkanu. Udaje nam się dojechać stopem tylko do miejsca, gdzie droga jest zablokowana przez wojsko. Dalej nie da się jechać. Wszystko to jakieś dwadzieścia kilometrów od szczytu.

Zmuszeni jesteśmy do zrealizowania alternatywnego planu. Odwiedzamy onsen, gorące źródła będące publicznymi łaźniami. Charakterystyczne dla nich jest to, że wszyscy kąpią się tutaj nago. Niestety i tutaj przeżywamy odrobinę rozczarowania. Łaźnie dla mężczyzn i kobiet są osobne. Nie odbiegając od tematu, zażywamy gorących kąpieli, no i chyba jesteśmy pierwszymi ludźmi, którzy w japońskich łaźniach zrobili sobie pranie i się ogolili.

Z Gotemby uderzamy jeszcze do Tokio penetrując je mniej lub bardziej dokładnie po czym udajemy się do Narity, skąd mamy samolot powrotny.


Pewnego razu w Naricie obraliśmy na cel supermarket. Nawet jeden znaleźliśmy. Przynajmniej tak nam się wydawało, do czasu aż weszliśmy do środka, gdzie zastaliśmy 2500 stanowisk do grania. Ludzie w każdym wieku siedzą zapatrzeni w ekrany grają w gry. Istne szaleństwo. Z resztą Japończycy chyba nie rozstają się z elektroniką. Szczególnie można to dostrzec w komunikacji miejskiej, gdzie prawie każdy ma swój świat trzymając w rękach telefony czy inne przenośne elektroniczne gadżety. Istne szaleństwo.

Przed posterunkami policji widniały takie plakaty z osobami poszukiwanymi listem gończym. Jestem prawie pewien, że jechał z nimi wszystkimi pociągiem.

Bambusowy las stanowi świetną skrytkę na ciężkie plecaki, które nie zawsze chce się nosić przez kolejne kilometry.

Elementem charakterystycznym dla Japonii jest kuchnia. Niesamowita wariacja smaków, często bardzo niekonwencjonalnych jak na polskie warunki. Dla nas każdy zakup był praktycznie eksperymentem. Nigdy nie byliśmy w stanie przewidzieć, czy to coś co za chwilę włożymy do ust będzie słodkie, słone, a może kwaśne. Oczywiście nie obyło się bez tradycyjnych elementów takich jak sushi czy sake.
Często ze względu na założenia budżetowe żywiliśmy się płynnymi chińskimi specjałami.

Wszystkie noclegi spędzamy realizując logistykę bezdomności. Spaliśmy na różnych lotniskach, pustostanach, parkach, zaułkach itp. Najciekawszy nocleg stanowił chyba ten, spędzony w damskiej toalecie przy kompleksie sportowym. Cicho, ciepło, czysto. Do tego podgrzewane sedesy nadające się idealnie do suszenia skarpetek. Żyć, nie umierać!

Z Narity polecieliśmy do Mediolanu, a stamtąd do Pragi. Solidne opady śniego-deszczu nie sprzyjały zwiedzaniu. Ze stolicy Czech wróciliśmy szczęśliwie autostopem do domu, choć po drodze zdążyliśmy konkretnie wymarznąć.

Reasumując, cały wyjazd zamknął się w kwocie 700zł, z czego znaczną część kosztów stanowiły przejazdy pociągami. W Japonii spędziliśmy niecały tydzień, a cały wyjazd trwał około 12 dni. Choć wielu rzeczy nie udało się zrealizować, pogoda pozostawiała sporo do życzenia, a Japonia (zdecydowanie wolę dziksze rejony) osobiście na kolana mnie nie powaliła – wyjazd uznaję za udany.

You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 You can leave a response, or trackback.

14 komentarzy

  • sdfasd says:

    lubie niskobudrzetowe podroze

    ale jednak spanie po kiblach … to dziadowanie ktore nikomu nie przynosci nic dobrego, ani spolecznosc nie zarobi tyzh 12zl za spanie a jeszcze sobie wyrobia opnie o polaczkach :(

    • Kuba says:

      Hej Michał. Gratulacje super taniego wyjazdu. Mojej zonie marzy się Japonia i gdyby trafila na tak tanie bilety, zostawilaby mnie i dziecko i poleciała bez słowa.
      Co do spania w toaletach- też po drodze do Włoch na stopa trafił nam się nocleg pod Pilznem na stacji benzynowej w kiblu dla niepełnosprawnych. Ja, moja zona i siostra. Nie było źle. Rano do baru na hot-dogi (tfu! parki w rohliku) które u nich są duuużo tańsze niż na orlenie i humory były znacznie lepsze niż po nocy w 4* hotelu z bufetem na śniadanie. Nie uważam, że to dziadowanie. Po prostu jeśli podróżuje się na niskim budżecie, każda złotówka się liczy. Gratulacje!

  • Gość says:

    bliet Aeroflotem przez Moskwę kupiłem za 2050zł na 3 tyg przed planowanym wylotem. za 400USD można kupić czasowy bilet na pociągi, wracaj się po 2 przejazdach z Tokio do Osaki

  • Michał says:

    Piękną oborę zrobiliście w łaźniach. Wejście i mycie się tam – dosłowne mycie – uważa się za szczyt chamstwa, brak kultury etc. Po prostu żenada po europejsku. Nie macie się czym chwalić.

    • KK says:

      Ciekawe co taki burżuj jak ty by zrobił na ich miejscu gdyby? Może mieli zamówić fryzjera z basenem i prysznicem na przyczepce?

      • qwertz says:

        A ty co, okaz polskiej „kulturwy” poza granicami macierzy, czyli pranie gaci w aquaparku i siku do basenu?

        W „onsen” można się golić po uprzednim zapytaniu się o to osoby siedzącej przy wejściu, można tam też kupić potrzebne akcesoria. Po otrzymaniu zgody golimy się przy kranach, w miejscu gdzie odmywamy ciało przed i po kąpieli w gorących źródłach. Robimy to ZAWSZE po kąpieli w nich! No i NIGDY nie robimy tam prania!

        • Żeby doprecyzować – goliliśmy się oczywiście właśnie przy w miejscu obmywania ciała, miejscu odizolowanym od samego onsenu. Podobnie z praniem, wykorzystaliśmy wiaderka do tego, żeby coś przeprać – a jednocześnie zadbaliśmy oto, aby nie robić tego publicznie przed innymi, a także aby wykorzystaną wodę spłukać bezpośrednio do kratki ściekowej. Może jak na onsen nie zachowaliśmy się wzorowo, ale w moim odczuciu nie zrobiliśmy jakiejś wiochy – nawet poza byciem europejczykami nie zwróciliśmy na siebie przesadnie uwagi.

  • Matiz says:

    Witam.
    Gratuluję i zazdroszczę wyjazdu. Jeśli mógłbym się zapytać, to w jaki sposób znalazłeś tak fantastyczną promocję?
    Szukałeś codziennie po wszystkich liniach lotniczych czy jest na to jakieś forum/strona ze wszystkimi tego typu promocjami?

    • Karql says:

      To za sprawą „pomyłkowej” promocji AlItalii. Przygotowali promocję zniżkową na ok. 1000zł dla Japończyków (trzeba było wpisać kod zniżkowy na stronie internetowej), ale przez jakiś błąd (prawdopodobnie programistów) kodu można było używać na całym świecie, na dowolny lot. Były nawet takie za 0zł. Trwało to jakiś dzień, później promocję anulowano, a koniec końców postanowiono uznać wszystkie powyżej 0,01euro. Tak więc był to raczej „jednorazowy wyskok” tych linii lotniczych, na pewno nie stała oferta ;)
      Ja wiedziałem o tym ze strony fly4free.pl – polecam!

  • Misuzu says:

    Jesteście niesamowici! Gratuluje odwagi i dobrej głowy do takich podróży. Pewnie pobytu w Japonii nie da sie opisać w jednej krótkiej notce. Mam nadzieje, ze następnym razem będzie bardziej szczegółowy opis zdarzeń i aspektów kulturowych :)

  • Anonim says:

    Brawa za niski budzet i pomyslowosc, ale pranie w lazni japonskiej to zenada. Trzeba poczytac o kulturze kraju, do ktorego sie jedzie.

  • Marcin says:

    ‚hindu’ – toś posłuchał Cejrowskiego ;)

  • nikosan says:

    A ja zastanawiam się, jak można wyjechać do obcego kraju, nie mając kompletnie pojęcia o panujących tam zwyczajach, o kulturze, miejscach do zwiedzania etc. Wystarczyło wypożyczyć z biblioteki i zabrać ze sobą rozmówki + przewodnik. Wywaliliście kasę, a zwiedzaliście toalety, kąpaliście się w onsen’ie, jedliście płynną breję i spaliście po parkach. Ok, niski budżet, pomysł super, ale po co marnować czas i te kilka groszy, by zobaczyć japoński kibel? Świątynie shinto, pałac cesarski, kabuki, mochiko, tempura czy zupy na bazie miso.. Nie wyszłoby was to wiele drożej, można zatrzymać się u japońskiej rodziny, która też przyjmie was z otwartymi ramionami. Też lubię podróże za grosze, ale przed wyjazdem, zawsze zapoznaję się z kulturą i miejscami do zwiedzania. Dzięki temu unikam robienia sobie wstydu i maksymalnie wykorzystuję czas. Nie zdecyduję się nigdy na podróż, byle tylko stanąć w parku i ogłosić światu „byłem tam i tam, kibel ekstra a w parku wiewiórki!”. Lepiej wyszlibyście na tym, gdybyście zorganizowali sobie czas w rodzimym kraju.

    Ps. Po co męczyliście się usiłując napisać po japońsku słowo „Tokio”, którego i tak nikt nie umiał przeczytać, bo nie zachowaliście żadnych zasad kaligrafii, zamiast napisać to w alfabecie łacińskim, bo każdy japończyk tak samo jak i mieszkaniec niemalże każdego kraju na świecie zna w jakimś stopniu język angielski????

    Pozdrawiam



Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *