Welcome to Delicate template
Header
Just another WordPress site
Header

Kocham Gruzję!

Grudzień 16th, 2013 | Posted by Michał Piec in Inne

30listopada – 7 grudnia 2013. Tydzień na Zakaukaziu bez sprecyzowanych planów. Sześć osób, czyli dwie autostopowe trójki. Dynamizm drogi w postaci przejechanych ponad 1300km.
Mój drugi raz w Gruzji. Pierwsza wizyta to zauroczenie, druga to miłość. Uwielbiam tutejsze krajobrazy, przyrodę, architekturę, kuchnię, a przede wszystkim ludzi.



Podczas niepełnych ośmiu dni w Gruzji udało nam się m.in. obejść Kutaisi, w którym lądowaliśmy. Ponadto spenetrowaliśmy Mtskhetę, czyli duchową stolicę Gruzji. Byliśmy na północy w Kaukazie Wysokim pod klasztorem Tsminda Tsmeba u stóp szczytu Kazbek. Wizytowaliśmy twierdzę Annauri nad zbiornikiem Zhinvali, zwiedziliśmy Tbilisi – gruzińską stolicę. Dotarliśmy do Kachetii gdzie udało nam się odwiedzić Dawid Garedża. Byliśmy również w Zugdidi na południu Swanetii przy granicy z Abchazją.
Katedra w Mtkshecie
Widok na Mtkshetę z monastyru Jvari
Monastyr Jvari (VI w.)
Widok na zbiornik Zhivali z twierdzy Ananuri
Jedno z domostw w drodze do klasztoru Tsminda. W tle wioska Kazbegi.
Kazbek(5047m) w chmurach

Udało nam się posmakować trochę gruzińskiej kuchni. Przede wszystkim pod postacią tradycyjnego i adżarskiego chaczapuri, chinkali, chakapuli, czurczcheli, lawasza, a także czaczy i wina.
Chaczapuri
Chinkali
Chinkali opiekane (serwowane w ten sposób, gdy ostygną podane pierwszy raz)

Nawiązaliśmy sporo kontaktów z miejscowymi ludźmi. Część przy okazji autostopu, a część zupełnie przypadkiem. Autostop w Gruzji właściwie łapie się sam. Funkcjonuje rewelacyjnie, zazwyczaj pierwsze lub drugie auto już zatrzymuje się z propozycją podwózki. Nie zdarzyło nam się czekać więcej niż piętnaście minut na stopa (chyba, że nie było w ogóle ruchu). Autostopowi towarzyszyła często życzliwość kierowców, którzy nawet, gdy nie mogli nas zabrać to zatrzymywali się chociażby po to, aby poczęstować nas czy to mandarynkami, czy podarować butelkę czaczy. Ba, nawet policja zatrzymywała się aby zapytać nas w czym może nam pomóc, aby nam doradzić. Biorą na stopa wszyscy. Pusty i przeładowany. Żołnierz i batiuszka.
Poruszając się z dala od utartych szlaków mieliśmy okazję zobaczyć wiele niespotykanych w Europie rzeczy. Bimbrownię pracująca non stop. Kierowcę zatrzymującego samochód i wlewającego wódkę jako płyn do spryskiwaczy, albo takiego, który pyta: widzieliście nowe dolary? Po czym rozwija pęczek świeżutkiej mamony.



Kilka innych historii przytaczam w postaci obrazków-retrospekcji.

W teatrze marzeń

Wraz z jadącym ku Rosji białą Wołgą Gruzinem azerskiego pochodzenia mijamy coraz większe połacie śniegu aż docieramy do przepięknej lokacji tuż pod Krzyżową Przełęczą (2395m) na Gruzińskiej Drodze Wojennej.
Zaparcie – to właśnie czuję. Zaparcie tchu w piersiach, stojąc w amfiteatrze pośród białych szczytów gór. Jak Saruman na Orthanku. Jak Mojżesz na górze Nebo. Jak friedrichowski wędrowiec nad morzem mgły. Świat u stóp. Sułtani swingu. Powiedzieć bajka – to za mało. Mniejsza z tym, że jest to mocno nieaktualny radziecki pomnik przyjaźni gruziński-rosyjskiej.


Na granicy

Jesteśmy w Kachetii. Z Sagarejo jedziemy do Dawid Garedża. Jedziemy to może zbyt doniosłe słowo. Bo o ile pierwszego stopa na pace gruzawika wiozącego pszenicę udaje się złapać szybko (nawet butelkę czaczy dostać!) to dalej jest już trudniej. Nie dlatego, że nikt nas nie chce zabrać, ale dlatego, że nic nie jedzie.

Siedzimy owinięci karimatami za największym z malutkich krzewów na tym pustkowiu. Chowamy się przed wiatrem i cieszymy się, że słońce zwiększyło dziś swoją frekwencję. Gdzieś na horyzoncie piękne ośnieżone szczyty. Opalamy się aż do czasu. Po jakiejś godzinie słychać dźwięk silnika. Zrywamy się na równe nogi i wymachujemy energicznie zatrzymując samochód. Udaje się, mamy stopa do Udabno – ostatniej wioski przed Dawid Garedża. W sumie kierowca podwozi nas jeszcze dziesięć kilometrów dalej i w ten sposób zostaje nam raptem sześć kilometrów do celu.
Idziemy spacerkiem. Nad nami niebo w kolorze kind of blue. Mijamy kolejne pluszowe pagórki, nie tak jeszcze wypasione mimo pojawiających się, co jakiś czas krowo-owczych stad wraz z pasterzami. Wokół półpustynny krajobraz, surowych wzgórz bardzo skąpo odzianych roślinnością. Pośród nich widać wyraźnie ciemne wnęki. To pieczary stanowiące kompleks średniowiecznych monastyrów.


Historia Dawid Garedża sięga VI wieku, kiedy to syryjscy mnisi przybyli w te strony. Po dziś dzień mnisi żyją w wyizolowanej części tutejszego klasztoru, podczas gdy większość obszaru pełnego rozsianych licznie modlitewnych pieczar otwarta jest dla turystów.


Wchodzimy na szczyt góry Garedża. Tu spotyka się Gruzja z Azejberdżanem. Pewnie byśmy nawet o tym do końca nie wiedzieli, gdyby nie ostrzeżenia napotkanych żołnierzy, którzy naprostowują nasze kręte ścieżki. Chodzą tu oni w asyście psów i kałasznikowów pilnując szczelności granicy. Wiemy, już gdzie mamy nie chodzić. Tak czy siak robimy trochę zdjęć z góry i odwiedzamy kilka bogato przyozdobionych freskami pieczar zarówno po stronie gruzińskiej jak i azerskiej.

20131204-DSC_0151

Wilki dwa

Nadchodzi zmierzch. Wracamy z Dawid Garedża w kierunku cywilizacji. Jeśli pierwszą zabitą dechami wiochę można nazwać cywilizacją to mamy do niej szesnaście kilometrów. Ruchu brak, więc zostaje nam dreptanie. Zasuwamy per pedes godzinę, dwie. Jest już prawie zupełnie ciemno.
Dość niespodziewanie udaje się. Na nocleg w oddalonym od wszystkiego baraku zostajemy przyjęci przez azerskich pasterzy, którzy tutaj stacjonują. Wielkie zdziwienie na ich twarzach sprawia fakt, że tak lekkomyślnie tutaj się szwendamy nie zważając na wilki. Wokół jest spoko watah, które są bardzo groźne. Zrzucamy plecaki w baraku sypialnym i siadamy przy stole w baraku kuchnio-jadalnym, ale tym razem nie leje się czacza, tylko czaj. Tahir i Omar i to muzułmanie, więc nie spożywają alkoholu. Zostajemy poczęstowani kozim serem i wołowiną. W zasadzie to obgryzamy porąbane na mniejsze kawałki kości, które pełne są tłuszczu i chrząstek z gdzieniegdzie obecnym typowym mięsem. Dziewczyny wolą lawasz z serem, albo wyławianie kiszonych ogórków z mętnej wody w pokaźnym słoiku, podczas gdy my walczymy z krowimi stawami, chociażby po to, aby nie urazić naszych gospodarzy. Chociaż tak naprawdę to te niewielkie fragmenty mięsa nie są wcale takie złe, tylko trochę trzeba z nimi powalczyć.
Ponieważ w nocy w okolicy grasują wilki, pasterskich stad pilnują psy. Na wilki byle jaka sabaka nie wystarczy, więc pasterze wyszkolili swoje psy w ten sposób, że atakują wszystko co się rusza – łącznie ze swoimi panami. Żeby wilki psów nie zagryzły mają one ponadto założone obroże z gwoździami. Sami pasterze nie ruszają się nigdzie bez kijów. Drewniane półtorametrowe tyczki o trzycentymetrowej średnicy służą do odganiania nie tyle wilków, co własnych psów (sic!).
Biesiadujemy prawie do dwudziestej drugiej. Przed snem trzeba jeszcze się załatwić, aby nie musieć wychodzić później samemu narażając się na niebezpieczeństwo. Idziemy w osiem osób. Nasza szóstka oraz dwójka pasterzy, którzy prowadzą nas na miejsce w polu, które stanowi wychodek. Każde z nas dzierży kij, aby walczyć z psami, ale tak naprawdę agresywnie wymachują nimi tylko szepardzi, którzy temperują wściekłe zapędy wrogich wszystkiemu czworonogów. Sikamy na dwie tury nie wypuszczając z ręki kijów i nie tracąc ani na chwilę czujności. Dopiero chwila na potrzeby fizjologiczne pozwala na zwrócenie uwagi na coś zgoła innego. Niebo. Jesteśmy na końcu świata, jest doskonale ciemno. Galaktyka. Wyraźnie widoczna droga mleczna. Milion gwiazd skontrastowanych z czernią sklepienia. Najpiękniejsze nocne niebo, jakie w życiu widziałem.
[niestety brak foto, bo w jednej ręce trzymałem kij a nie aparat, a w drugiej…]

Na podwójnym gazie

Późnym rankiem łapiemy stopa w kierunku Tbilisi, stojąc przy drodze na wylocie z Sagarejo. Po krótkiej chwili zatrzymuje się czarna łada – w środku dwóch mężczyzn. Wrzucamy plecaki do bagażnika, wsiadamy i jedziemy do stolicy. Gruzini głośno puszczają muzykę, przy której strasznie pierdzi zamocowany z tyłu subwoofer. Welurowa tapicerka jest już pewnie przyzwyczajona do wyraźnie wyczuwalnej tu woni rozkładanego alkoholu. Mijamy większość pojazdów, nierzadko wyprzedzając na trzeciego. Czasami mocno łapię się uchwytu u góry bądź zapieram nogami, tak jakbym w ten sposób mógł zwolnić samochód. Po kilkunastu minutach drogi pstrokata sygnalizacja świetlna z tyłu zmusza kierowcę do zatrzymania pojazdu. Policjant najpierw zaczyna legitymować szofera, a po chwili każe mu również dmuchać w alkomat. Ponieważ coś jest na rzeczy, następuje chwilowe przekomarzanie się, ale ostatecznie nasz kierowca dmucha prawidłowo. Zarówno policjant, jak również kierowca i pierwszy pasażer mają nie tęgie miny. Zaczyna się niezrozumiałe dla nas dyskutowanie po gruzińsku, spacerowanie od samochodu do radiowozu i z powrotem, dzwonienie i gestykulowanie. Ostatecznie po jakiejś pół godzinie jest rozstrzygnięcie: mandat za jazdę pod wpływem alkoholu 200 lari (ok. 400zł, czyli jak na gruzińskie warunki b. dużo). Jednak najciekawsze jest chyba to, że nie przeszkadza to szoferowi wsiąść za kółko i jechać z nami dalej…

Abchaskie melodie wolności

Jedziemy na północny zachód. Złapaliśmy stopa tak, że w szóstkę plus kierowca udało nam się zmieścić w kabinie ciężarówki. To wszystko ku uciesze szofera, który nie często miewa w swoim łóżku aż trzy kobiety.
Gdy przyjeżdżamy do Zugdidi dzień miewa się ku końcowi. Nasze plany dotarcia jeszcze dziś na północ Swanetii trzeba zweryfikować i rozglądnąć się za noclegiem w tym całkiem sporym mieście przy granicy z separatystyczną republiką Abchazji. Pytamy o tanie noclegi taksówkarzy, ale trudno wydobyć jakieś precyzyjne informacje poza tą o motelu, który do tanich na pewno nie należy. Kręcimy się chwilę po centrum, po czym zaczepiam trzech młodych barczystych mężczyzn i pytam ich o jakieś tanie kwartiry. Postanawiają nam pomóc. Dawit, Tengo i Giorgi wracają właśnie z treningu kickboxerskiego. Z pół godziny włóczymy się po mieście wte i wewte, aż w końcu docieramy do taniego i całkiem przytulnego guest-house’a. Mamy ochotę jakoś zrewanżować się naszym przewodnikom i nawiązać z nimi bliższy kontakt, przez co umawiamy się za godzinkę na małą biesiadę w naszym lokum.
Mała biesiada zmienia się w prawdziwą gruzińską suprę. Chłopaki przynieśli 5-litrowy baniak domasznego czerwonego wina. My mamy taki sam bliźniaczy wyrobu sklepowego. W porównaniu obydwu domowy wypada zdecydowanie lepiej, ale kto by się tam smakiem wina przejmował przy którymś z kolei toaście. Do czerwonych cieczy konsumujemy chaczapuri, lawasz, kozi ser i czekoladę.
Dawit, Giorgi i Tengo są żołnierzami w gruzińskim wojsku i stacjonują obecnie w Zugdidi. Tak naprawdę to są oni Gruzinami z Abchazii, ale ze względu na skomplikowaną sytuację polityczną Abchazji przebywają teraz tutaj.
Siedzimy na karimatach przy kominku. Rozmawiamy o wierze i rodzinie, o Gruzji i Polsce, o tradycji i o życiu. Każdemu tematowi towarzyszy właściwie toast. Dobrze jest posłuchać o pokoju i o wartości, jaką jest ojczyzna z ust ludzi, którym nie jest ona dana, którzy za nią tęsknią. Ludzi, których miejsce gdzie stoi rodzinny dom jest w ogniu konfliktu, stanowi przedmiot sporu, gry możnych tego świata. Wypijamy wachtanguri, czyli takiego bruderszafta. Nasi przyjaciele zaczynają śpiewać piękne wzniosłe gruzińskie pieśni. My nie pozostajemy im dłużni, chociaż raczej na ich tle wypadamy dość słabo.

Ekonomiczna jazda

Wracając od pogranicza abchaskiego łapiemy na wschód w kierunku Kutaisi. Deszcz trochę siąpi, więc nie grymasimy i machamy do wszystkiego jak leci. Po chwili litość ogarnia kierowcę lawety. Problem w tym, że w kabinie nie zmieścimy się wszyscy. Problem? Niet probliem! Dominik mimo, że wypił może zasiąść za kierownicą suva zamocowanego na lawecie. Tym sposobem udaje nam się dotrzeć do Kutaisi.

Dlaczego warto odwiedzić Gruzję?

Krajobrazy, przyroda, architektura, kuchnia, czacza i wino, niskie ceny, wspaniali ludzie. Mało? Dodaj do tego brak wiz dla Polaków. Ba, nie trzeba mieć nawet paszportu, wystarczy nam dowód osobisty! Ponadto tanie loty Wizzair’a z Katowic czy Warszawy (my polecieliśmy za ok. 130zł RT). Wieszczę coraz większy pokojowy nalot Polaków na Gruzję…




You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 You can leave a response, or trackback.

5 komentarzy



Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *