Welcome to Delicate template
Header
Just another WordPress site
Header

Koniec Świata

Kwiecień 5th, 2015 | Posted by Michał Piec in Inne

30 dni w Ameryce Południowej i 12000km przejechane autostopem. Objechana południowa Brazylia, przejechany Urugwaj. Spenetrowana Argentyna i liźnięte Chile.
Z Sao Paolo autostopem na koniec świata, czyli do Ushuaia. Dalej lądem już się nie da.
Stepy, lodowce, wodospady. Upalna i wilgotna dżungla. Zimna i wietrzna Ziemia Ognista. Gościnność ludzi.
Bez znajomości portugalskiego ani hiszpańskiego. Bez mapy i bez nawigacji. Bez przewodnika. Bez szczegółowych planów. Za to z otwartą głową i pragnieniem przeżycia niezapomnianej przygody. Wystarczyła garść chęci i szczypta konsekwencji.

Preludium

Nim wraz z Sonią rozpoczęliśmy swoją przygodę po południu Ameryki Południowej, konieczne było dotoczenie się do Madrytu, z którego dopiero mieliśmy wylot za ocean. Trzy tysiące kilometrów autostopem zimą to nie jest przyjemność. Wiem o tym już o dawna, że stopowanie zimą to męka, ale co jakiś czas wcześniejsze słabe doświadczenia schodzą na drugi plan i daję się na to skusić. Minus dziesięć w nocy i spanie w namiocie. Nie polecam. Ale kolejny raz to przeżyłem. Ledwo.

31 grudnia dojeżdżamy do Madrytu, skąd kolejnego dnia wylatujemy do Sao Paolo. Sylwester w Madrycie, dla jednych marzenie – dla innych – no właśnie, co? Chodzimy z plecakami po centrum zastanawiając się jak spędzić przełom roku. Naszą uwagę przyciąga swojsko brzmiący – Hotel Camino**. Wchodzimy na drugie piętro – tego oznaczonego muszlą i sugerującego związek z jakubowym szlakiem budynku. Wycięty zamek i uchylone drzwi. Nie ma nikogo. Kilkanaście pokoi z na wpół pościelonymi łóżkami. Telewizory, łazienki – wszystko. Wylot mamy kolejnego dnia rano, więc postanawiamy sylwestra spędzić w naszym hotelu. Nigdy nie lubiłem imprez typu sylwester. Sonia ma podobne odczucia, więc kończymy wino i przesypiamy noc. Budzą nas fajerwerki o północy – to okazja, aby zrobić sobie listę celów na kolejny rok. Wymieniamy się postanowieniami.

Nad ranem wylatujemy do Brazylii.

Falstart

Mija sporo czasu nim udaje nam się wydostać z Sao Paolo na główną drogę biegnącą na południe. Łapiemy stopa na poboczu autostrady zaraz za bramkami w kierunku Kurytyby. Choć chyba wszyscy kierowcy uśmiechają się do nas, to jakoś nie specjalnie chcą nas zabrać. Słońce pali głupa. A nawet dwóch. Przy pomocy kartoników, które trzymamy w dłoniach nie tylko łapiemy auta, ale również wachlujemy się i osłaniamy przed palącymi promieniami. Dyskretnie na przemian wsuwamy ciastka schowane w górnej klapie plecaka. Nadmiar słońca i czasu chyba nam nie służy, bo wymyślamy coraz dziwniejsze kartonowe choreografie. Pochłonięci wygłupami nawet nie dostrzegamy, że kilkadziesiąt metrów za nami zatrzymał się samochód. Dopiero trąbienie nas otrzeźwia i radośnie podbiegamy do pojazdu.

Juan jedzie do Kurytyby. Czterysta kilometrów drogi na południe przed nami. Przyjemnej drogi. Gust muzyczny kierowcy bardzo nam odpowiada. Klasyka rocka z głośników, warkot pędzącego samochodu, słońce lśniące na masce i wiatr wdzierający się przez uchylone szyby – to coś, czego nam było trzeba. Juan jedzie bardzo dynamicznie, więc droga nie powinna się dłużyć.

Niebo coraz bardziej pochmurnieje, podobnie jak twarz naszego kierowcy, który co chwilę ziewa i przeciera oczy. Jest duszno, zmęczenie daje o sobie znać, nawet żwawa muzyka przestaje już pobudzać.

Deszcz przejmuje inicjatywę i za chwilę wycieraczki nie nadążają z odprowadzaniem wody. Teren staje się coraz bardziej górzysty. Przy poboczu stoi coraz więcej samochodów, które nie wytrzymują jazdy w nawałnicy. My wytrzymujemy i gnamy przed siebie. Do czasu. Na jednym z zakrętów kierowca nie dostosowuje prędkości do panujących warunków, a co za tym idzie – nie opanowuje pojazdu. Wpadamy w poślizg. Driftujemy. W lewo – w prawo. Wszystko dzieje się bardzo szybko, ale to i tak wystarczy, aby przez głowę przetoczyły się dziesiątki obrazów i myśli. Ostatecznie lewym frontem samochodu uderzamy z impetem w barierkę oddzielającą jezdnię od przepaści, a zaraz poprawiamy lewym tyłem.

Stoimy. Spoglądamy na siebie w lekkim szoku upewniając się, czy nikomu nic się nie stało. Chyba najbardziej przerażony jest Juan, który zaczyna nas przepraszać. Uspokajamy się i przepychamy świeży wrak poza jezdnię tak, aby nic w nas nie wjechało. Fizycznie nic nikomu się nie stało poza bólem w stawach, lekkimi zadrapaniami i pokrzywionymi okularami, które spadły mi z nosa i nie wiadomo jak, wylądowały na podłodze z tyłu samochodu. Mimo oznaczeń AirBag nie wyskoczyła żadna poduszka powietrzna. Bo ich nie było. Dobrze, że mieliśmy zapięte pasy.

To nie przypadek, że akurat na tym zakręcie usytuowany jest zakład zajmujący się holowaniem i naprawą samochodów. Mocno skompresowanym od czoła wozem udaje się wycofać i dobić do reszty kilkunastu stojących tu i czekających na zreperowanie bądź egzekucję wraków. Naszą furę czeka raczej to drugie. No chyba, że mają tutaj wprawionych w fach wyklepywania nadwozia szwagrów.

Zbieramy resztki karoserii i przyglądamy się miejscu zdarzenia. Gdybyśmy wypadli z drogi dziesięć metrów wcześniej – gdzie nie było barierki, leżelibyśmy teraz sto metrów niżej, na dnie zarośniętej przepaści.

Wraz z Juanem czekamy na jego znajomego, który lada chwila ma przyjechać i zabrać nas wszystkich do Kurytyby. Aby wypełnić czas oczekiwania rozmawiamy sobie o zajściu, gdy nagle słychać uderzenie. W tym samym miejscu, dwadzieścia minut po nas w barierkę przywalił kolejny samochód. Uszkodzenie nie jest tak poważne jak u nas, ale ta sytuacja pokazuje jak bardzo niebezpieczny jest zakręt.

Znajomy Juana przyjeżdża i wspólnie jedziemy do Kurytyby. Mimo, że warunki na drodze nie uległy poprawie, styl jazdy kierowcy nie odbiega od poprzedniego. Piszczące opony na pokonywanych przy zbyt wysokiej prędkości zakrętach powodują, że całą drogę jedziemy sztywni i spięci. Na szczęście udaje się bezpiecznie dotrzeć do celu.

Trochę czasu potrzebowaliśmy, aby wyciągnąć z tych sytuacji wnioski. Trauma, która w nas pozostała sprawiła, że gdy kolejnym razem, w Chile kierowca jedzie zbyt niebezpiecznie, to mimo złapanego na ponad trzysta kilometrów stopa – wysiadamy.

Laguna

Południowa Brazylia. Zmierzamy przez prowincję Rio Grande do Sul w kierunku Urugwaju. Do granicy zostało nam jeszcze z dwieście kilometrów, co jednak w skali rozmiarów Brazylii wydaje się znaczyć niewiele. Kreślimy po kartonie nazwę przejścia granicznego. Nigdy jeszcze nie łapałem w tak bezczelny sposób. Z napisem CHUI. Nie wybiera się niestety nazwy miasta, do którego się łapie.

Po trzech kwadransach jedziemy już z parą w średnim wieku gdzieś na południe –ponoć nawet sto kilometrów. Droga przytłoczyła nas dziś na tyle, że zmęczeni nie jesteśmy w stanie prowadzić żadnej rozmowy. Zdarza mi się to pierwszy raz, że poza pierwszą minutą nawet nie próbuję wykrzesać z siebie czegokolwiek, ani silić się przesadnie na zrozumienie pytań, które mają do nas nasi dobroczyńcy. Tak więc milczymy po portugalsku całą drogę.

Milczenie trwa trochę ponad godzinę, czyli do czasu aż osiągamy wioskę, w której kierowca kończy swoją drogę. Wraz z Sonią synchronicznie rzucamy szczerym obrigado (dziękuję) doprawiając uśmiechami. Mili ludzie nie dają za wygraną i uporczywie próbują nam coś powiedzieć. Wpierw nie do końca rozumiemy, ale po chwili nie mamy już wątpliwości: jesteśmy zaproszeni na nocleg.

Nie da się odmówić.

Nie chcemy odmówić.

Para prowadzi schronisko dla wszelkiej maści opuszczonych sierściuchów: kilkunastu tęskniących psiaków, malutkich drapiących kociaków, a nawet ogromnego chomika, czyli sympatycznej kapibary. Jak widać, okresowo również schronisko otwarte jest dla zabłąkanych ludzi. Cóż, gospodarstwo prowadzą ludzie o wielkim sercu. Małżeństwo na co dzień, poza troską o swoich podopiecznych zajmuje się ujarzmianiem dzikich koni, których na tych terenach nie brakuje.


Nasza hacjenda leży na lido oddzielającym Atlantyk od Laguny Mirim. Miejsce jest wspaniałe. Malownicza laguna, spokojna tafla ciepłej wody, wzdłuż której po horyzont ciągnie się długa pusta piaszczysta plaża. Idealne miejsce, aby odpocząć.

Księżyc się przepełnia, gdy słuchając Floydów boso biegamy wzdłuż laguny, próbując spalić ledwo co pochłonięte kalorie, które pod postacią ryżu z fasolą w ramach kolacji zaserwowali nam gospodarze. Suniemy plażą wbijając krok za krokiem w przyjemnie wilgotny piasek. Jest zjawiskowo. Zupełnie pusto i cicho. Finalnie, aby dopełnić poczucia wolności – wcześniej odrzuciwszy na plaży każdą jedną zbędną rzecz, nie odmawiamy sobie przyjemności wskoczenia w wody laguny.

W krainie czarów

Ostemplowani przekraczamy granicę brazylijsko-urugwajską. Pięciolitrowy baniak rezerwy wodnej, który z każdym korkiem obija mi się o nogę zajmuje tylko jedną rękę, więc drugą mogę wyciągać kciuk nie przerywając marszu. Jest. Trzeci samochód. Tak z marszu.

Z miejscowym góralem nizinnym specjalizującym się w bezgwoździowym budownictwie drewnianym przejeżdżamy wzdłuż wybrzeża blisko dwieście kilometrów tego płaskiego po widnokrąg kraju. Jedno ogromne pastwisko. Zielono tu i przyjemnie. W Urugwaju wszystko mają naturalne; i przyrodę i jedzenie i kobiety – jak podkreśla góral – żadnych silikonów!

Rozbijamy namiot nieopodal strumyka na trawiastej nieskończenie przestrzeni. Jak tu spokojnie i pięknie! Zmierzch rozświetlają dziesiątki migoczących punkcików. Świetliki! Tak dawno ich nie widziałem, że wręcz zapomniałem o ich istnieniu. A teraz otaczają nas zewsząd tworząc niesamowitą scenerię. Głębię ciszy, co jakiś czas przerywa tajemnicze miauczenie dobiegające znad strumienia. Nie daje nam to spokoju, więc robimy akcję poszukiwawczą tych małych zagubionych kociaków. Rzeczywistość jest jednak dość nierzeczywista. To żaby. Miauczące żaby to ostatnia rzecz, której się tutaj spodziewałem. No może z wyjątkiem hiszpańskiej inkwizycji.

Sonia już śpi, a ja wśród pomiaukiwań i migotań otoczenia, mając pod głową polar Nort Fejsa, a nad głową pas Oriona kończę butelkę czerwonego wina. Magiczna kraina ten Urugwaj.



Uliczki Colonial del Sacramento
.

Buenos Dias, Buenos Aires

Z urugwajskiego Colonia del Sacramento do argentyńskiej stolicy – Buenos Aires przepływamy promem przez ogromne rozlewisko Rio de la Plata.

Boskie Buenos. Nowy Jork Ameryki Południowej. Nie zachwyca nas, choć widzieliśmy brzydsze miasta. Chaotyczna mieszanka architektonicznych stylów, albo ich braku. Robimy przystanek długi tylko na ile to konieczne.

Dwukrotne bankructwo Argentyny, sztywny sztuczny kurs waluty. Gospodarka jest bardzo słaba i niestabilna. Nikt, jeśli nie musi, nie wymienia dolarów na pesos w bankach. I odwrotnie. Oficjalny kurs to około osiem pesos za dolara, a nieoficjalnie można dostać za niego dwanaście-trzynaście pesos. Wymieniamy więc baksy na czarnym rynku, w jeszcze ciemniejszym zaułku.

Nie mamy czasu na oglądanie stadionu Boca Juniors, w którym grał nigdyś Maradona, mający w Argentynie status porównywalny do Boga. O futbolu przypomina nam symbolika klubu uwieczniona w wielu miejscach miasta za pomocą amatorskiego malarstwa ściennego.

Wieczorem przysiadamy w jednym z lokali w dzielnicy Palermo. Chłodzimy usta ciemnym piwem typu bock i obserwujemy parkiet, na którym cztery pary zaczynają czarować. To tango. Zmysłowe, eleganckie, dumne. Bez pośpiechu. Celnie określone ‘smutną myślą, którą się tańczy.’

Leon Zawodowiec

Na stopa zabiera nas Leon. Za kierownicą ciężarówki jeździ już od ponad dwudziestu lat. Na kierowaniu wielkimi pojazdami zjadł zęby, co trochę ozłociło jego uśmiech.

Leon chwali się swoim niemieckim pochodzeniem. Jego ojciec emigrował tutaj z kraju nad Łabą i Renem po drugiej wojnie światowej. Dobrze, że nie znam na tyle hiszpańskiego, aby dociekać szczegółów tej migracji.

Zaproszenie przez Leona do domu przyjmujemy z dużą radością. W pędzie kilometrów taki przystanek jest nam potrzebny. Wcześniej jednak jedziemy wyładować do składu tonę piasku, który kilkaset kilometrów musiał przejechać w miejsce budowy. Stąd Leon już swoim samochodem zabiera nas prosto do domu. Widać jak praca mimowolnie wpłynęła na jego życie. Machaniem pozdrawia on kierowców ciężarówek z przyzwyczajenia nawet, gdy jedzie osobówką. Co z tego, że nikt nie odmachuje, a nawet nie zwraca uwagi na mikrusa.

Dojeżdżamy do jednego z domostw wkomponowanych w regularną zabudowę miasteczka Coronel Pringles. Od samej bramy wita nas szalony pudel, a od progu domu rodzina Leona. Żona to pełna kobieta, prawie dwadzieścia lat młodsza od swojego męża. Familię uzupełnia świeża osiemnastka Diana i czternastoletnia Abigail. Jako, że w Argentynie panuje kultura całusów na powitanie, to i my nie szczędzimy sobie tej przyjemności.

Czas w domu Leona upływa w sielankowej atmosferze. Przeglądamy albumy pełne rodzinnych fotografii, rozpieszczamy nie mającego nigdy dość psiaka, gramy z najmłodszą Abigaile w AngryBirdsy. Mamy okazję zakosztować nie tylko prawdziwej argentyńskiej gościnności, ale i kuchni. Pani Domu jest zawodową kucharką, więc głaskamy podniebienie domowymi wypiekami. Najlepszą robotę w moim odczuciu jednak wziął na siebie Leon. Dba on o to, aby wołowe steki podobnie jak chorizo, czyli wieprzowe kiełbaski – były właściwie wypieczone. Wszystkie te specjały degustujemy na masową skalę, zakrapiając spotkanie wyrazistym tęgim czerwonym winem.

Diana proponuje nam wspólne wyjścia na dyskotekę. Chcemy się trochę rozerwać a przy tym zobaczyć jak bawią się młodzi ludzie w Argentynie. Sącząc piwo czekając na sygnał do wyjścia. W międzyczasie przychodzi Christian, który kręci z Dianą. Mamy ubaw z miny Leona, która bez słów wyraża opinię o zalotniku. Godzinę, dwie, trzy. W oczekiwaniu gasną nam oczy. W końcu wychodzimy po godzinie trzeciej. W dyskotece jesteśmy pół godziny później i jest dość pustawo. Okazuje się, że kumulacja następuje o czwartej nad ranem!

Pląsamy po parkiecie. Diana i jej przyjaciele częstują nas kubkiem miejscowego trunku. Fernet to popularna w Argentynie gorzka ziołowa wódka o specyficznym smaku. Nam średnio przypada ona do gustu. Chcemy się zrewanżować i postawić kolejkę nowym znajomym, pokazując jednocześnie, co i jak pije się w Polsce. Zamawiam przy barze kolejkę czystej wódki. Mam wrażenie, że miła pani za ladą nie do końca rozumie, o co mi chodzi. Wyjaśniam jej jak mogę: solo vodka, shots. Gdy wydaje mi się już, że zrozumiała – do ręki dostajemy dwustumililitrowe plastikowe kubeczki pełne wódki z wetkniętymi doń słomkami. Cóż, nie ma tu zdecydowanie tradycji picia takiego alkoholu. Może to i dobrze…

Impreza kończy się grubo po wschodzie słońca. To opóźnia nasz wyjazd w dalszą drogę. Krótka drzemka, szybki prysznic, jeszcze szybsze śniadanie. Życzliwe pożegnania i wymiana darów. Tak jak kapitanowie drużyn piłkarskich wymieniają się proporcami swoich klubów, tak my z panią domu robimy wymianę różańców. Leon chcąc pomóc nam złapać stopa wywozi nas na wylotówkę. Kończy się tym, że zatrzymuje machaniem z osobówki rozpędzoną ciężarówkę i przekonuje kierowcę, który zabiera nas w dalszą drogę.

Nowe doświadczenia

Od wczorajszego późnego wieczora jesteśmy rozbici. Na szczęście nie psychicznie, ale namiotem za stacją paliw. Gdy rankiem spoglądam w telefon, na ekranie którego widzę prawie dziesiątą – budzę się od razu. Wyskakujemy ze śpiworów jak z tostera. Włącza nam się przeklinanie synchroniczne. Mi – bo tak późno, Sonii – bo tak szybko. Jedyne elementy kultury, które nam pozostały to kultury bakterii w jogurtach, którymi wraz z pyłem pozostałym po ciastkach zapychamy żołądki. Zwinąwszy cały majdan niezwłocznie wskakujemy w kompleks toalet na stacji. Chwila na pobieżne mycie zębów obciętą, ze względu na wagę szczoteczką oraz na regulację gospodarki wodno-ściekowej.

Bez zwłoki wyciągamy kciuki przy szosie. Wczoraj było bardzo pochmurno z przelotnym deszczem, ale najwyraźniej wyrzuty sumienia nieba sprawiły, że dziś nie ma na nim ani jednej chmurki. Jest tylko dość wietrznie. To uczucie wzmaga się przy mijających nas ciężarówkach, które sprawiają, że piramida plecaków lega w gruzach.

Po kwadransie osobówką zatrzymuje się mężczyzna, z wyglądu trochę jak brudnopis, który jednak jedzie tylko kilka kilometrów do najbliższego pueblo. Postanawiamy zostać na wylocie stacji. Decyzja okazuje się słuszna. Po kilku minutach łapiemy na stopa ciężarówkę, której kierowca zmierza 1700km dalej, w tym kierunku, co my!

Jedziemy z Federico na południe drogą numer trzy. Ruta 3 to część Trasy Panamerykańskiej łączącej północ z południem. Lokalnie – północ z południem Argentyny (ponad 3000km) i transkontynentalnie – krańce obu Ameryk (prawie 18000 km z Alaski do Ziemi Ognistej).

Przekraczamy wielką rzekę. Rio Grande. Od razu widać, jak zmienia się krajobraz. Z dużego nic na wielkie nic. Patagonia. Bezkresny suchy przestwór oceanu. Nieregularne kępy zieleni na tafli przerzedzonej bladej po horyzont trawy. Gdzieś tam po drodze mijamy kilka mokrych plam, kilka białych plam, kilka słonych plam. Na tym pustkowiu rozsiane jest też trochę fauny. Co jakiś czas przejeżdżamy obok wodopojów, przy których pasą się krowy z plemienia baka. Takie miejsca widać z daleka, bo znaczą je wiercące się lotki wzniosłych blaszanych wiatraków. Poza dorastającą wołowiną jest tu sporo guanako o nastroszonych uszach, które zaraz po wyminięciu wracają do przeżuwania trawy. Spotykamy również niewielkie stadka koni wraz z podążającymi za nimi Gauchos. Jest również jeden skunks, który na szczęście nie wykazuje instynktów obronnych. Mijamy dumnie wypięte kuprami strusie, ale kilka razy nie udaje nam się wyminąć samobójczych zajęcy, które wskakują wprost pod koła rozpędzonej maszyny. Podobnie czynią różnego rodzaju moskity, które skutecznie utrudniają zrobienie wyraźnych zdjęć z wnętrza pojazdu.


[…] Jedziemy z Federico już trzeci dzień. Mimo, że brak wspólnego języka nam nie sprzyja, to znamy imiona, wiek i wzrost jego dzieci. On mógłby jednym tchem wyliczyć wszystkie etapy naszej dotychczasowej trasy. Federico, aby urozmaicić drogę pyta, czy nie chcielibyśmy poprowadzić jego ciężarówki. Choć pytanie mocno nas zaskakuje, to odpowiedź może być tylko jednak: oczywiście!

Zarówno Sonia jak i ja siadamy za kierownicą. Jak wygląd prowadzenie takiej maszyny? Według wskazówek pierwotnego kierowcy zmieniam kilka biegów, a później tylko trzymając prędkość nie większą niż 80km/h przemierzam Patagonię. Moje kierowanie ogranicza się do pilnowania prędkości i wykonywania delikatnych korekcji kierunku jazdy. Najciekawsze wydaje się pozdrawianie kierowców z przeciwka trąbieniem i machaniem. Pięćdziesiąt kilometrów doświadczenia za kółkiem ciężarówki staje się faktem.


Koniec świata

Dochodzi piąta. Jest już jasno, jednak tylko dlatego, że jesteśmy tak bardzo na południu. Ziemia Ognista. Słońce schowało się raptem odrobinę poniżej horyzontu tak, że jasna łuna rozświetla większość nieba. Ze względu na ograniczoną pojemność bagażu zabrałem tylko krótkie spodenki i sandały. Teraz cierpię. Temperatura oscyluje w granicach trzech stopni. Do tego ten wiatr morderca.

Pasywnie łapiemy stopa, bo ruchu – tak jak przystało na przedmurze końca świata – jest jak na lekarstwo. Siedzimy oparci o plecaki i owinięci karimatą tworząc prozaiczną osłonę przed wiatrem. Mam wrażenie, że prędzej złapiemy tutaj wilka niż stopa.

Sonia wypatruje w oddali znak, na którym wyrysowana jest stacja benzynowa za sto metrów! Biegniemy się ogrzać. Nim dobiegamy do tablicy nasze miny rzedną. Odległość do najbliższej stacji benzynowej według znaku to sto, ale kilometrów.

Gdy z rzadka coś przejeżdża – słownie przepychamy się – kto wstaje aby wyciągnąć kciuka. Wiara słabnie w nas z każdą chwilą, z każdym wymijającym nas samochodem. Gdy po długim czasie wreszcie zatrzymuje się samochód to zaskoczeni praktycznie dokonujemy na nim abordażu.

Jedziemy na południe do najbardziej na południe położonej miejscowości na świecie – Ushuaia. Zostało nam jeszcze dobre kilka godzin drogi, ale nawet nas to cieszy – przynajmniej zdołamy się zagrzać w samochodzie. Proszę Sonię o to, aby tym razem ona pilnowała, abyśmy nie przejechali za daleko. Ma całkiem sporą szansę wywiązać się z tego zadania.

Ziemia Ognista. Mijamy ogromne połacie błota, podmokłe łąki i bagna. Wokół wstęgi górskie z niewielkimi odłogami śniegu wśród łysych szczytów podtrzymujących sklepienie chmur. Sine uschnięte drzewa na moczarach czynią scenerię trochę upiorną.

Kiedy byłem mały, zawsze chciałem dojść na koniec świata. Oto jesteśmy. Ushuaia. Najbardziej na południe wysunięte miasto na świecie. Tu kończy się droga.




Jakie wrażenia? Rozczarowanie. Skomercjalizowane miasteczko zalane rzeszami turystów. Każdy przecież chce dotrzeć na koniec świata. Ciekawe jest to, że rowerzystów na ostatnich stu kilometrach mijaliśmy kilkunastu, a przez cały tydzień drogi może w sumie trzech. To chyba umiejętność teleportacji. Z Ushuaia organizowane jest sporo małych rejsów ‘na pingwiny’ i wycieczki na Antarktydę. Od trzech tysięcy dolarów. Jeśli koniec świata miał być ucieczką od cywilizacji, to na pewno nią nie jest. Jedynie najbliższe otoczenie Ushuaia ratuje trochę sytuację, jest całkiem interesująco – ale jednak nie ma tego uczucia zmiażdżenia wrażeniami, żeby tłuc się tutaj specjalnie tysiące kilometrów.




Lodowisko

Jesteśmy w południowo-zachodniej Patagonii. El Calafate. Miejscowość z dużą ilością sklepów, i ogromną rzeszą turystów. Właściwie Calafate żyje tylko dzięki turystom. Wydostajemy się czym prędzej na wylotówkę i autostopem na raty dojeżdżamy do parku narodowego Los Glaciares oddalonego o ok. 80 kilometrów od miasta. Przyjechaliśmy tutaj w jednym celu. Stawić czoła lodowcowi Perito Moreno.

Ostatnie kilometry pokonujemy pieszo. Parking na końcu drogi nie wróży przyjemności z podziwiania lodowca – jest pełen samochodów. Przeciskamy się przez gęstniejący tłum maszerując w kierunku punktu widokowego.

Stajemy onieśmieleni. Lodowiec jest niesamowity. Nawet tłum nie jest w stanie go przesłonić. Chylimy czoła przed jego potęgą. Ogromne lodowe iglice tworzące zamarznięte masy piętrzą się czołem na ponad 60 metrów. Wszystko to przeplecione niesamowitą grą światła, począwszy od oślepiającej bieli a skończywszy na intensywnym błękicie. Wsłuchujemy się w jego fascynujący oddech. Nie myślałem, że lodowiec może być taki głośny. Szczególnie słychać go, gdy cieli się do wód jeziora – Lago Argentino. Zaczynamy rozumieć, dlaczego Perito Moreno przez wielu uważany jest za najpiękniejszy lodowiec świata.


Okolice przepięknego szczytu Fitz Roy, nieopodal miasteczka El Chalten




W sercu selwy

Jedziemy w kierunku zbiegu granic Argentyny, Paragwaju i Brazylii. To tutaj, w otoczonej rzekami Parana, Urugwaj i Iguacu prowincji Misiones przy trójstyku granic piętrzą się katarakty Iguazu.

Przejeżdżamy przez miejscowość Wanda, założoną przez dziewiętnastowiecznych emigrantów z Polski i nazwaną na cześć tej, która nie chciała Niemca. U wjazdu do niemałego miasteczka stoi blaszana tablica z napisem ‘Witamy’. Najstarszy kościół przy głównej szosie nosi wezwanie świętego Kazimierza. Znak wskazuje również usytuowane obok oratorium Matki Boskiej Częstochowskiej. Właściwie w tym regionie wiele jest śladów polskości. W sąsiadującym z prowincją Misiones brazylijskim stanie Parana, środowiska polonijne liczą nawet półtorej miliona ludzi, z czego w samej stolicy Parany – Kurytybie jest siedemset tysięcy osób o polskich korzeniach. To czyni Kurytybę największym skupiskiem polonii na południowej półkuli. Można tutaj znaleźć wiele polskich śladów, a chyba najpopularniejszym polskim akcentem jest pan Tadeusz – znany w całej Brazylii jako król pierogów.

Nastaje zmierzch i wzmaga się wilgotność. Wielkie robale, wszystkie ciemnej maści insekty tępo lgną do źródeł światła. Dobrze, że na stopa zatrzymuje się Franco. Jedzie on do samego Iguazu, czyli miasta przy wodospadach o tej samej nazwie.

Całą drogą rozmawiamy mieszanką hiszpańsko-migową ze szczyptą angielskiego. Dowiadujemy się, że Franco jest architektem mieszkającym w Posadas – stolicy prowincji Misiones. Najciekawsze jest jednak to, że jest wielkim miłośnikiem zwierząt. Założył schronisko, w którym ma pięćset psów, trzysta kotów i kilkanaście koni. Z dumą prezentuje swój prozwierzęcy tatuaż na prawym ramieniu. Gdy zbliżamy się do Iguazu, Franco wypytuje nas o plany noclegowe. Opowiadamy mu o bezstresowym podejściu do kwestii nocowania. Franco chwilę się zastanawia, po czym wyznaje nam, że jest właścicielem czterogwiazdkowego hotelu w Iguazu, który jednocześnie zaprojektował i jeśli chcemy możemy w nim spać.

Hotel w samym środku selwy. Cegła, kamień, drewno, szkło. Wszystko harmonijnie wkomponowany w otoczenie. Bez krzty kiczu. Standard, o którym w ostatnim miesiącu nawet nie śmieliśmy pomarzyć.

Po obfitym śniadaniu w formie szwedzkiego bufetu mkniemy ku parkowi narodowego, w którym znajduje się kompleks wodospadów. Nie obywa się bez słonej opłaty za wstęp.

Po przekroczeniu stanowisk kasowo-informacyjno-sanitarnych idziemy przez dżunglę w kierunku narastającego szumu wody. Łase na strawę futrzaki szwendają się pod nogami. To rozpieszczone przez turystów rude ostronosy, którym żebractwo przychodzi z dużą łatwością, co sprzyja rozrostowi populacji. Kilka kapucynek zwinnie między gałęziami porusza się wzdłuż pieszego traktu licząc, że i im uszczknie się coś z pańskiego plecaka. W strumieniu pośród gęstej trawy – kilka metrów od kładki, po której idziemy chłodzi się krokodyl. Motyle kolorowe jak śmietnik w Buenos Aires szukają coraz lepszych miejsc do odpoczynku. Wokół słychać popiskiwanie ptactwa i inne odgłosy deszczowego lasu. Cywilizacja wdarła się tutaj w serce natury. Moim zdaniem – zdrowym kompromisem.



Nie ma jeszcze południa, a już ze względu na wilgotność spływamy naniesionym wcześniej środkiem na komary zmieszanym z kremem przeciwsłonecznym. Przyspieszamy kroku, wymijamy niekończące się grupki ludzi. Dookoła setek spektakularnych kaskad usytuowane jest sporo punktów widokowych. To trochę rozprasza tłum i pozwala kameralniej nacieszyć zmysły cudami natury. A jest co podziwiać – szczególnie wchodząc prawie w samą tzw. Gardziel Diabła. Z rozpiętego półkolem na kilkaset metrów urwiska ściana wody spada z ogromną mocą. Osiemdziesiąt metrów w dół, gdzie spienia się w brunatnej toni. Huk wodospadu zagłusza myśli. Rześka bryza zmienia się w przemaczający do suchej nitki prysznic, woda pcha się w nozdrza i wdziera do ust. Zamykamy oczy i wychyleni przez barierkę stojąc nieruchomo chłoniemy całym sobą tę potęgę natury.


Najstarszy hotel świata

Po miesiącu autostopowej tułaczki wracamy tam, gdzie zaczęliśmy. Sao Paolo. Ponad dwudziestomilionowy moloch. Miasto udręka. Zakorkowane drogi. Rozsiane po horyzont wieżowce. Urbanizacyjny chaos. Jedyne, co wydaje się tutaj być zorganizowane, to przestępczość. No dobra – przesadziłem. Brak przepychania się w komunikacji publicznej, tylko grzeczne kolejki są naprawdę godne podziwu, ale nic poza tym. Sao Paolo jest męczące, jak chyba żadna inna lokacja. Niech o jego nieatrakcyjności zaświadczy fakt, że w naszym odczuciu najciekawszą i najprzyjemniejszą część miasta stanowi park. Czyli brak miasta.

Do Sao Paolo dojeżdżamy po zmroku. Plan spania na terminalu dworca autobusowego kończy się fiaskiem. Zajezdnia zamykana jest przed północą. Nocleg na dziko w tym otoczeniu nie napawa nas optymizmem, chociaż inni bez skrupułów nocują gdzie popadnie. na kartonach w zaułkach, na kocach pod drzewami, albo na plecach na środku chodnika. Jako, że w tych warunkach nasze poczucie bezpieczeństwa graniczy z minus nieskończonością, nie pozostaje nam nic innego jak znaleźć coś odpłatnego. Kilkaset metrów od terminalu przywołuje nas landrynkowy neon motelu. Nocleg w motelu to sześćdziesiąt złotych za dwanaście godzin na dwie osoby. Tak. Śpimy w motelu – burdelu. Uprzejma Pani Burdelmama wskazuje nam dziewiątkę. Wchodzimy przez garaż po stromych schodach opierając się o krwiste ściany. Czerwony kolor światła w pokoju nie daje możliwości zajęcia się lekturą książki, ale jest wystarczający, aby w umywalce zrobić gruntowne pranie. Mocząc ręce w mydlinach z gratisowego mydła zastanawiam się, ile osób robiło pranie w burdelu?

 

 

Zacząłem montować filmik z wyjazdu, ale brakuje mi motywacji. Jeśli motywacja wróci, to go dokończę :)

You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 You can leave a response, or trackback.

12 komentarzy



Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *