Welcome to Delicate template
Header
Just another WordPress site
Header

Mołdawia z Naddniestrzem

Wrzesień 26th, 2013 | Posted by Michał Piec in Inne

Korzystając z chwili wolnego i nie mogąc długo usiedzieć w domu postanawiam przyaatakować Mołdawię. Jeszcze przed wyjazdem, ale w sumie najczęściej to po drodze, ludzie pytali mnie dlaczego jadę do Mołdawii, przecież tam nic nie ma. No właśnie dlatego. Nie ma turystów, nie ma komercji, jest względnie dziko no i nigdy tam nie byłem. Jak dla mnie wystarczające argumenty przebijające o stokroć wyjazdy w kierunku całej Europy Zachodniej. Choć w zasadzie całkowicie niezrozumiałe przez większość.

8-dniową objazdówkę (9-16 IX) zrobiłem sobie wraz z Danielem. Z Katowic stopem na Lwów, stamtąd w dół przez Truskawiec, Ivano-Frankowsk i Czerniowce do Mołdawii. W Mołdawii najpierw trochę po północy, przez Lipcany do Soroca, dalej Stare Orhei, Kurki, Kiszyniów i trochę wiosek po drodze. Ze stolicy Mołdawii przebiliśmy się na Naddniestrze, jeżdżąc odrobinę po tym końcu świata. Dotarliśmy do Tyraspola, skąd dalej skoczyliśmy do Odessy gdzie ostatecznie nocnym pociągiem przybiliśmy do Lwowa, a dalej stopem do domu.


Cała trasa miała łącznie około 2500km. Z tego tylko ok. 1000km poszło autostopem. Jakieś 600km marszrutkami, a 900km pociągami. Autostop na Ukrainie funkcjonował nam bardzo miernie, więc żeby nie tracić czasu i jak najszybciej dostać się do Mołdawii wskoczyliśmy w komunikację publiczną. W samej Mołdawii też bywało różnie, zwłaszcza, że zwyczajowo autostop tutaj ma najczęściej charakter płatny. Było zatem trochę stopa, a trochę marszrutek, których niskie ceny sprzyjały takiemu przemieszczaniu się.

Jazda marszrutkami po mołdawskich drogach to niezłe przygoda. Wszyscy pasażerowie łącznie z cyganką karmiącą dziecko piersią jak jeden mąż – którego nie ma, kołyszemy się, by nie powiedzieć – skaczemy w rytm dziur wybijanych na ulicy. W ten sam rytm tańczą zawieszone jak bombki na choince odświeżacze powietrza, które lata świetności mają już dawno za sobą i teraz przyjęły tylko funkcję zbieraczy kurzu. Na tapicerce przypinezkowany ledwo trzymający się kiczowaty obrazek, na którym w zależności od kąta spojrzenia widać Matkę Boską bądź św. Mikołaja. Guziki na radiu, których jest tak dużo jak w akordeonie są starte na tyle, że nikt poza kierowcą nie byłby w stanie zrobić z nich użytku. Na szczęście wodziciel sprawnie operuje odtwarzaczem muzyki i puszcza nam melodyjne, choć jednobitowe mołdawskie kawałki. Każdą operację ręką w obrębie kabiny kwituje otarciem lewym rękawem skroni. Właściwie to każdy w autobusie ledwo zipie i jest cały mokry, nie wyłączając nas. Jest duszno i gorąco na tyle, że szyby co jakiś czas trzeba przetrzeć ręką, żeby zobaczyć cokolwiek. Ściśnięci w busiku w dwadzieścia kilka osób, gdy wszystkie miejsca zajęte siedzimy na plecaku bądź stoimy obok kierowcy uważając, aby na nierówności drogi nie uderzyć głową o sufit. Obserwuję drogę i manewry kierowcy, bo każda jego zmiana biegów łączy się z bodnięciem mnie łokciem. Muszę przewidywać jego ruchy i w odpowiednim momencie się uchylać. Miejsce przy kierowcy to też odpowiedzialna funkcja kasjera. Każdy pasażer siadający w busie nie daje gotówki wodzicielowi, tylko tobie. Ty dajesz kierowcy, a on znów tobie wydaje resztę, którą przekazujesz pasażerowi. Na początku może wydawać się to dziwne, ale po jakimś czasie można przywyknąć, a nawet wykonywać to z taką sprawnością, jakby w życiu nic innego się nie robiło.

Przerobiliśmy wiele różnych opcji noclegowych. Jadna z nocy była w pustostanie zaraz za przejściem granicznym w Medyce, kolejna za chlewikiem w Czerniowcach. W Soroce nocleg zaproponował nam Vladymir, a w Kiszyniowie korzystaliśmy z CS’owej gościnności Mariny i jej męża. Nim jednak trafiliśmy do Mariny, noc wcześniej spędziliśmy w burdelu w stolicy. Nie mieliśmy bladego pojęcia gdzie trafiliśmy, aż do momentu, kiedy okazało się, że pokój jest płatny na godziny. Gdyby nie niepokojące odgłosy zza ściany, to nocleg był całkiem komfortowy (a przede wszystkim najtańszy w mieście).

Gastronomia to chyba najmocniejsza strona Mołdawii. Świetne żarcie, do tego bardzo tanie. Próbowaliśmy wszechpotraw o różnych nieznanych nam nazwach. Mi do gustu najbardziej przypadła zama, czyli bogatsza wersja naszego rosołu. Ciekawa była również mamałyga- – zacier z mąki kukurydzianej, no i placynte – cienkie niekwaszone placki nafaszerowane twarogiem, ziemniakami czy kapustą. Oczywiście do tych posiłków nieodłączna dezynfekcja organizmu w mocniejszej postaci, bądź raczenie się tym co jest wizytówką Mołdawii – winem. Zazwyczaj szukaliśmy największych mordowni, żeby tam oddać się konsumpcji za najniższą cenę. Dwudaniowy obiad można było zjeść od 30leji (7,50zł), a 200ml szklanka domowego wina (nie jakiejś siary, tylko na prawdę niezłego wina!) kosztowała 4 leje (1zł).

Największą atrakcją Mołdawii są bez wątpienia piwnice winne w Milesti Mici i Cricovej. Wpisane do księgi rekordów Guinessa jak największe tego typu systemy na świecie. My odwiedziliśmy Cricovą. Robi wrażenie. Poruszamy się elektryczną kolejką wykutymi w skale tunelami. Kompleks jest na tyle spory, że istnieją tu podziemne systemy sygnalizacji świetlnej, znaki drogowe a nawet przejścia dla pieszych!


Miasta Mołdawii architektonicznie jak dla mnie nie mają do zaoferowania zupełnie nic. Trochę ciekawiej jest na wioskach, gdzie jeszcze ostały się tradycyjne chaty a przed nimi studnie. Studnie to charakterystyczny element każdego gospodarstwa w Mołdawii. Zazwyczaj bogato zdobione, kolorowe studnie stoją przed domostwami. Nie stanowią one tylko funkcji ozdobnej, ale ciągle są używane.

W Mołdawii ostało się kilka zamków, a dokładnie ich ruin. Jedną z lepiej zachowanych fortec jest twierdza położona nad Dniestrem w Sorocce (powstała pod koniec XV w., samo miasto słynie również z dzielnicy cygańskiej, gdzie roi się od willi mdlących przepychem).


Wizytówkę Mołdawii stanowią również Monastyry. Jest ich całkiem sporo rozsianych po mołdawskich wzgórzach. Jedną z najbardziej znanych świątyń stanowi monastyr położony w zakolu rzeki Reut w Stare Orhei. Tam też znajdują się jaskinie, pieczary w których niegdyś żyli mnisi. My odwiedziliśmy jeszcze kilka innych świątyń, w tym również popularny monastyr Kurki. Do przybytków w Armenii to się one nie umywają.

Mołdawia jest bez wątpienia krajem bardzo tanim. Pomijając kwestie alkoholu (0,5l wódki – 7zł) i papierosów (paczka – 3zł), to tania jest spożywka i w ogóle życie. Oczywiście tanie dla kogoś przyjeżdżającego z zewnątrz. Mołdawianom się nie przelewa. Ich zarobki są bardzo niskie, a sam kraj uznawany jest za najbiedniejszy w Europie.


Naddniestrze (Pridnestrovie) to autonomiczna republika Mołdawii leżąca po wschodniej stronie Dniestru. Uznawana na arenie międzynarodowej tylko przez Osetię Południową i Abchazję, czyli w praktyce nie uznawana przez nikogo. Swoje łapska posadziła tu Rosja, można by rzec, że to taka rosyjska eksklawa. Tak czy inaczej mają swoje autonomiczne posterunki graniczne, trzeba wypisywać bumażki itp. No i jest tam niestety obowiązek meldunkowy. Musieliśmy więc nocować w gościńcu i biegać po biurach imigracyjnych w celu zarejestrowania swojego pobytu. Skrajny bezsens obwarowany przykrymi konsekwencjami w razie niedopełnienia formalności. W praktyce wyjeżdżając z Naddniestrza na Ukrainę żaden z funkcjonariuszy granicznych po stronie Pridnestrovia nawet nie zerknął w nasz paszport, a co dopiero miałby sprawdzać właściwą ilość pieczątek na bumażkach.
Najpopularniejszą firmą na Nadndniestrzu jest Sheriff. Firma należy do syna prezydenta i należy do niej większość handlu hurtowego i detalicznego, a także sektora usług. Najbardziej widoczne są loga Sheriff przy supermarketach, stacjach benzynowych i kompleksie klubu piłkarskiego w Tyraspolu.
Pridniestrovie zieje komuną, że aż zęby bolą. Również w architekturze wszechrzeczy. Obskurne budynki, posępne blokowiska, szarość codzienności. W kilku centralnych miejscach gorodów posągi Lenina, symbole sierpa i młota. Choć kolorowość Naddniestrza kończy się na jego fladze, to wszystko to ma swój specyficzny klimat.

You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 You can leave a response, or trackback.

3 komentarze

  • kriss says:

    Generalnie fajnie podróżujesz. Bezstresowo. To to co lubię :-)
    Ciekawa realcja, zresztą nie tylko ta. Mnie się genaralnie bardzo dobrze czyta, ale musze przyznać, że mam mały niedosyt, … troche mało (oszczędnie) piszesz :-)

    dziękuje, pozdrawiam i czekam na więcej

  • Trafiłam na Twoja strone przez przegladarke Google , bo jade rowerem do Azji wschodniej , no i przeczytałam znaczna częścTwoich relacji . Super. Ostatnio „ciągnie” mnie tez na wschod , czytałam troche o Moldawii.
    Czy transport publiczny jest tam dostępny „od ręki”.. Pytam tez o Ukraine , czy tez trzeba sobie wszystko rezerwowac z jakims wyprzedzeniem , np.pociągi . CZy jadąc do Mołdawii warto zahaczyc o naddniestzre, czu raczej odpuścic ?I jeszcze pytanie o bezpieczenstwo , czy jest tam ok ?

  • Volk says:

    Podczas podróży do Naddniestrza warto zahaczyć o Wytwórnie Win i Brandy Kvint. Produkują jedne z najlepszych brandy na świecie oraz bardzo cenioną wódkę klasy premium Volk – od niedawna dostępne także w Polsce.



Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *