Welcome to Delicate template
Header
Just another WordPress site
Header

Rowerem nad Bajkał

Sierpień 28th, 2013 | Posted by Michał Piec in Rowerem

W dniach 3 maj – 18 lipiec uczestniczyłem w wyprawie rowerowej „Polska – Syberia 2013”. W ciągu nieco ponad 2 miesięcy pokonaliśmy na dwóch kółkach 8380km. Trasa biegła z Polski przez Białoruś, Rosję, Kazachstan i znów Rosję – aż nad Bajkał i do Wierszyny – polskiej wioski na Syberii. Naszą grupę stanowiły 24 osoby: 7 dziewczyn i 17 facetów.
Wyjazd ten miał dwie charakterystyczne cechy, które wyróżniały go na tle moich dotychczasowych podróży: duża grupa oraz konieczność posłuszeństwa liderowi.

Trasa z grubsza

Lider. Balszoja komanda. Plusy i minusy

Nie byłem organizatorem wyjazdu, tylko jednym z uczestników. Z jednej strony nie byłem organem decyzyjnym i nie musiałem się martwić o sprawy logistyczne. Z drugiej strony konieczne było pełne podporządkowanie się liderowi grupy, nawet w przypadku odmiennego zdania. Przed wyjazdem traktowałem to jako element priorytetowy, jako wyzwanie. Udało się, choć momentami było to trudne, jednak konieczne dla utrzymania dyscypliny w tak dużej i różnorodnej grupie.

Pierwszy raz uczestniczyłem w wyjeździe w tak wiele osób. Ma to oczywiście wady i zalety. Również to traktowałem jako wyzwanie, czy będę w stanie zrezygnować z siebie na rzecz grupy. Jazda w 24 osoby sprawia, że dużo trudniejszy jest kontakt ze zwykłymi, miejscowymi ludźmi. Nie ma takiej swobody w relacji z autochtonami, zawsze patrzą na taką grupę z dużą sympatią, ale i dużym dystansem. Człowiek się nie nudzi, zawsze można z kimś pogadać. Jest bezpieczniej w sensie zagrożeń z zewnątrz, ale mniej bezpiecznie, jeśli chodzi o jazdę w kolumnach, mimo wypracowanych technik unikania kolizji.

Zazwyczaj jechaliśmy w dwóch równoległych kolumnach tworząc tym samym jakby 12 par. Średnio, co 10km następowała zmiana prowadzących. Wyglądało to tak jakby łańcuch rowerowy stworzony z ludzi. Oczywiście bywało tak, że ktoś prowadził więcej kilometrów, czasem i cały dystans 50km, bo akurat miał dużo siły i dobrze mu się jechało. Bywało również w drugą stronę, podczas gdy wiatr był bardzo silny (tak zwany wmordęwind) zmiany na przedzie były częstsze. Gdy w Kazachstanie zdarzało się, że na nieosłoniętej drodze dostawaliśmy bardzo silne boczne podmuchy wiatru, jechaliśmy takim jakby klinem, gdzie mężczyźni osłaniali kobiety przed wiatrem.

Można liczyć na wsparcie grupy w trudnych momentach. Bywało, że ktoś miał słabszy dzień, to wtedy inne osoby w grupie pchały tę osobę na podjazdach, dzieliliśmy się bagażami, aby osoba niedomagająca fizycznie mogła jechać bez obciążenia.

Duża grupa powodowała też przestoje, np. gdzieś na wioskach, gdy staliśmy w kolejce do jedynego sklepu, czy toalety. Problem stanowiły także gniazdka, których zawsze była ograniczona ilość. Jakoś radziliśmy sobie z tym wioząc ze sobą listwy z rozgałęźnikami prądu.

Istotne były cotygodniowe niedzielne spotkania, podczas których wewnątrz grupy robiliśmy podsumowanie tygodnia. Były to ważne mitingi, które dawały każdemu możliwość podzielenia się doświadczeniami minionych dni. Wspólne rozmowy pozwalały na zwrócenie uwagi na istotne kwestie, wyjaśnienie nieporozumień.

Dla utrzymania porządku, wyznaczone zostały osoby odpowiedzialne za pobudki i pilnowanie czasu na przerwach. Gdy ktoś się spóźnił, miał za karę do odśpiewania psalm. Mi raz przypadło zaśpiewanie na Mszy, której przewodniczył arcybiskup Astany..

My nie turisty, tolka sportsmeny

Bywało, że byliśmy życzliwie częstowani samogonem bądź innymi trunkami utrudniającymi bezpieczną jazdę. Nie zawsze jest tak łatwo odmówić, ale kiedy to konieczne najlepiej posłużyć się regułką: ‘my sportsmeny’, która zawsze czyni rowerzystę usprawiedliwionym. Jednak sam wyjazd mocno przekładał akcent sportowy nad turystyczne. Świadczy o tym robienie przynajmniej 150km dziennie, a wielokrotnie powyżej 200km. Maksymalnie w ciągu dnia zrobiliśmy 316km pokonując w Kazachstanie trasę z Kokszetau do Astany. Mimo, że było wtedy płasko, a wiatr nam nie przeszkadzał, to pokonanie takiego dystansu na w pełni załadowanych rowerach i po miesiącu ciągłej jazdy stanowi bardzo przyzwoity wynik. Z kolei w ciągu tygodnia maksymalnie pokonaliśmy 1200km. Warto dodać, że tydzień jazdy to dla nas 6 dni, bo każdą niedzielę odpoczywaliśmy nie pedałując w ogóle. Średnia prędkość jazdy była na tyle wysoka, że czasami aż rozrywała grupę, sprawiając, że słabsze jednostki w tym ja, zaczynały nie nadążać.

My nie sportsmeny, tolka turisty

Kto mnie zna ten wie, że największą radością są dla mnie zawsze kontakty z ludźmi. Uważam, że aby poznać najlepiej kulturę danego kraju trzeba jak najwięcej przebywać ze zwykłymi ludźmi. Charakter wyjazdu mocno to utrudniał, ale mimo to udało nam się trochę ‘być’. Szczególnie wieczorami, gdy mieliśmy więcej czasu wolnego, bądź podczas dłuższych przerw w ciągu dnia mogliśmy swobodnie porozmawiać z miejscowymi. Kto bywa na wschodzie ten wie, że rzadko takie rozmowy przeprowadza się na sucho. Podczas jazdy w tylnej kieszonce koszulki rowerowej mieliśmy z Filipem taki specjalny rozkładany turystyczny kubek, aby być zawsze przygotowanym na to, że ktoś chce się z nami rozgawarić. Takich sytuacji nie brakowało, np. na Syberii byliśmy częstowani wódką i zakąską przez buriackich szamanów, którzy w szczególnych dla siebie miejscach odprawiali swoje rytuały.

Nie paniał

Przygody z policją to osobny rozdział. Było ich mnóstwo. Zarówno takich sympatycznych, jak i niestety uciążliwych. Poniżej przytaczam kilka z nich.

Najpoważniejsza przygoda z policją miała miejsce we wsi Kamionka pod Smoleńskiem. Zostaliśmy tam zatrzymani przez policję drogową, podczas gdy jechaliśmy główną drogą ze Smoleńska do Moskwy. Milicjanci, którzy nas wstrzymali nie wiedzieli, co z nami zrobić. Czekaliśmy na odpowiedź z góry najpierw godzinę, później pięć. Ostatecznie trzy dni. Trzy dni swoistego internowania we wsi Kamionka. Z czego to wynikało? Najprawdopodobniej trochę z braku precyzyjnego prawa, a trochę z chęci prowokacji. Ostatecznie dostaliśmy zgodę na jazdę w grupach nie większych niż dziesięć osób (podzieliliśmy się na trzy ośmioosobowe grupy) i zakaz jazdy główną trasą. Tym samym musieliśmy zrobić prawie 200km więcej drogami bocznymi, aby dotrzeć do rosyjskiej stolicy. W całą sprawę mocno zaangażowane były różne urzędy rosyjskie w Smoleńsku i Moskwie, a także polski MSZ, w tym nasz konsul w Smoleńsku. To dzięki jego działaniu udało się znacząco przyspieszyć procedury. Dla mnie osobiście była to jedyna w swoim rodzaju okazja do przejażdżki samochodem korpusu dyplomatycznego na blachach CD.

Sam trzydniowy pobyt w Kamionce miał swój klimat. Z polecenia urzędników wyższego szczebla Gałowa, czyli jakby Pani Sołtys stawała na baczność na każde nasze zawołanie. Dostaliśmy mnóstwo jedzenia i napitki abyśmy nie pomarli z głodu podczas naszego pobytu nad jeziorkiem na końcu djerewni. Wieczory przy ognisku, kąpiele w jeziorze, pieczenie ziemniaków i żylastego barana. Któregoś dnia naszego pobytu nad jeziorem przyjechała nawet delegacja z okręgu. Dwie panie w eleganckich garsonkach i pan w garniturze, wymalowani, z przyklejonymi uśmiechami, przyjechali do nas – nieogolonych, na wpół ubranych, dopijających zupę na kościach barana zrobioną gdzieś na końcu świata. Stojąc równo w rządku jak dzieci z kwiatami dla biskupa, wypytywali nas, czy u nas wsjo haraszo, chcąc się upewnić, czy aby na pewno nam czegoś nie brakuje. Dostaliśmy także prezenty w postaci pamiątkowego obrazka i różnych informatorów pełnych, w co nie wątpię – wielu atrakcji tego regionu. Cała sytuacja rodem z filmu Barei. Niezrozumiała, typowa dla wschodu pokrętna relacja między urzędnikami przeróżnych szczebli a policją.

Często jako grupa rowerzystów byliśmy zatrzymywani przez funkcjonariuszy chociażby z czystej ciekawości. Dużo więcej problemów mieliśmy w europejskiej części Rosji niż w azjatyckiej. Jednak zawsze udawało nam się wyjść obronną ręką. Na Placu Czerwonym w Moskwie od służby bezpieczeństwa dostaliśmy polecenie (a konkretnie Sławek) ściągnięcia polskiej flagi. Pozostaliśmy głusi na to polecenie. Z kolei w jednym z miasteczek za Nowosybirskiem policja pomogła nam znaleźć nocleg w szkole.

Zarówno w Białorusi jak i Kazachstanie jechaliśmy rowerami po autostradzie. Po autostradzie płatnej, przejeżdżając przez bramki. Na trasie do stolicy Kazachstanu, Astany zostaliśmy zatrzymani przez policję. Po 15 minutach oczekiwania centrala wydała zgodę na nasze dalsze pedałowanie, ale w eskorcie radiowozu. Początkowo sytuacja była bardzo sztywna, ale po jakimś czasie policjanci zrobili się bardziej otwarci. Najpierw komunikowali się z nami przez megafon krzycząc: bystriej, a po chwili przez megafony puścili nam kazachskie disco polo i częstowali nas papierosami w czasie jazdy.

Zarówno w Rosji jak i Kazachstanie bardzo często zdarzało się, że jechaliśmy w eskorcie radiowozu. Początkowo nas to spinało, ale po jakimś czasie przyzwyczailiśmy się całkowicie do tego i nie zwracaliśmy na nich przesadnie uwagi.

Zarówno Rosja jak i Kazachstan to królestwa biurokracji. W Rosji na wjeździe wypełnia się specjalną bumażkę ze swoimi danymi, celem jazdy, miejscem zakwaterowania czy organem zapraszającym. Taką karteczkę ma się przez cały czas pobytu i oddaje ją dopiero przy wyjeździe z kraju. Chciałem sprawdzić, czy ktoś w ogóle zwraca uwagę na to, co tam jest napisane, więc jako organ zapraszający napisałem: SŁOŃ TRĄBALSKI. Oczywiście dostałem na to przybitą właściwą pieczątkę, i ani tam, ani nigdzie indziej nikt nie zwrócił na to absolutnie żadnej uwagi. Z kolei w Kazachstanie istnieje obowiązek meldunkowy. W ciągu pięciu dni trzeba w specjalnym urzędzie dla obcokrajowców zgłosić swój pobyt. Nie ma to najmniejszego sensu, ale jest. Spotkaliśmy wcześniej takiego Hongkongczyka, który tego nie zrobił i siedział za to w więzieniu. Z resztą o podobnych sytuacjach słyszałem już wcześniej. W każdym razie dopełniliśmy tego obowiązku, wypisując dwustronnie zadrukowane formularze A4. Wypisując cyrylicą, której prawie nie znaliśmy. Mieliśmy śmiechu, co niemiara, bo to nie lada wyzwanie napisać chociażby: wojewoda świętokrzyski. Tak czy inaczej, okazało się to wszystko pro forma i choćby nie wiem, jakie tam bzdury były napisane i jak czytelnie, to ważne, że papierek jest. Podbite pieczątki i swaboda!

Granicę między Polską a Białorusią udało nam się pokonać bardzo sprawnie, bo pasem dyplomatycznym. Z Białorusi do Rosji wjechaliśmy bez żadnego zatrzymywania się nawet. Mają tam taki wostoczny szengen.

Nie śpimy! Zwiedzamy!

Zmęczenie i monotonia trasy często dawały o sobie znać. Przede wszystkim w godzinach rannych, kiedy po prostu chciało się spać. Na walkę z sennością były różne metody, każdy miał chyba swoją. Do najpopularniejszych sposobów walki ze snem należało słuchanie muzyki na odtwarzaczu mp3, śpiewanie, krzyczenie, rozmawianie i klaskanie. Były też alternatywne metody takie jak wąchanie cynamonu i już bardziej powszechne typu ssanie kopiko, jedzenie krówek czy jedzenie czegokolwiek. Jednak chyba najbardziej rozbudzało zatrzymywanie się na siku i gonienie grupę.

Podczas jazdy umilaliśmy sobie czas nie tylko rozmowami, ale również śpiewem i tańcem. Wspólne wycie wraz z choreografią przy takich zespołach jak Weekend czy Kapela znad Baryczy było bardzo częste. Do tego ‘Taki mały, taki duży’ z pokazywaniem. Filip przygrywał nam na harmonijce. Zdarzało się również podczas jazdy tańczyć poloneza, a na przerwy zostawialiśmy popularną ‘belgijkę’. Ułatwiał to wszystko sprzęt Sławka, który w koszyku po pomidorach, zamontowanym na kierownicy miał podpięty akumulator i głośniki. Akrobacje Sławka.

Graliśmy w przeróżne gry, typu zgadywania, np. popularne karteczki z ‘Bękartów Wojny’. Urządzaliśmy walki na bidony, a dokładnie na ich zawartość.

Nie da się ukryć, że cieszyliśmy się ogromnym zainteresowaniem osób postronnych, nie tylko w kraju ale i za granicą. Przede wszystkim tych mijających nas samochodami, czy też przechadzających się wzdłuż drogi. Często było to zainteresowanie nasilone pod wpływem medialnych publikacji, które miały miejsce. Jeszcze w Polsce materiał o nas kręciły cztery telewizje. W Kazachstanie dopadły nas dwie. W Rosji również nie brakowało nam zainteresowania mediów. Często padały pytania: ‘to wy jesteście ci z telewizji?’. Mnóstwo osób robiło nam zdjęcia, czy nagrywało telefonami. Naprawdę niepoliczalna ilość. Do tego często zdarzało się, że ktoś zwalniał samochodem i zadawał nam różne pytania. Ponieważ pytania się powtarzały, to nawet te osoby z nas, które nie znają rosyjskiego ni w ząb, potrafiły na nie odpowiedzieć:

Od kuda wy?
-Z Polszy!
-Kuda jedziocie?
-Na Bajkał!
-Skolko was czlawieka?
-Dwacat ćtyry!
-Skolko dni już?
-Wosiem niedieli!
-Skolko kilomietrow prejechali?
-siem tysiaczy!

Te i inne pytania przewijały się dziennie od kilkunastu do kilkudziesięciu razy. Po pewnym czasie, kiedy ktoś już zaczynał nas pytać, wypracowaliśmy technikę odpowiadania chórem według powyższych formułek. Najczęściej nasi rozmówcy podsumowywali dyskusję słowami uznania i życzeniami dobrej dalszej drogi: Maladcy, Dawajcie Rybiata! Szczasliwej puti!

Ponadto droga biegła często wzdłuż torów kolei transsyberyjskiej, więc nieraz machaliśmy do maszynistów, którzy pozdrawiali nas donośnym trąbieniem. Czasem też po drodze bardzo spontanicznie ktoś dawał nam np. wędzonego indyka, jakieś flaszki, koniak itp.

Kuszanie

Tak jak dla samochodu niezbędne jest paliwo, tak naszym paliwem jest jedzenie. Z jednej strony możliwości ograniczone przez mały budżet, z drugiej wzmożone zapotrzebowanie przez wysiłek.

Przede wszystkim gotowaliśmy sobie coś ciepłego każdego dnia. Prawie zawsze makaron, w różnych wariacjach. Najczęściej był to makaron z ketchupem i majonezem. Czasem z tuszonką z puszki, z groszkiem czy kukurydzą. Na ciepło jadaliśmy też bardzo często kitajce, czyli zupki chińskie. Miały one stanowić taką rację żywieniową mocno awaryjną. Jednak prawdę mówiąc były przez nas spożywane bardzo powszechnie.

Do kitajców często kuszaliśmy chlieb i takie beznadziejne, najtańsze serki topione. Czasem miejsce serków zastępowały kiłki, takie rybie szkielety w pomidorach. Owsianka z czekoladą, cynamonem, rodzynkami, kurczaki z rożna. Gdy była możliwość zakupienia czegoś w większych marketach, szczególnie w supermarketach Magnit wykupywaliśmy jogurty litrowe, banany, słonecznik w karmelu i sezam. Ze słodkich, kalorycznych rzeczy najpopularniejsze, szczególnie wśród męskiej części grupy były rulony. Takie zawijańce wypchane jakąś masą. Bywało, że woziliśmy ich w sakwach spore zapasy, nawet po 10 sztuk na głowę. Gdy była przerwa przy jakimś markecie urządzaliśmy wyścigi do półki z rulonami. Było pewne, że za chwilę ich braknie. Cóż takiego w nich wyjątkowego? Relacja ceny do kaloryczności. Za około 2 zł (18-25 rubli), można było zjeść 200g rulona, który był przeraźliwie słodki. Tak naprawdę to na nich i na makaronie przejechaliśmy większość trasy.

Poza rulonami królowały też wafelki, chałwa i pierniki. Rzadziej brzoskwinie i ananasy w puszce. Furorę robiły również smakowe serki twarogowe, które raz na jakiś czas można było naprawdę tanio kupić. Wszystko zapijaliśmy samą wodą, albo nasyconą tabletkami z multiwitaminą, czasem kwasem chlebowym. Wieczorami piwem.

Gdy mieliśmy możność być gdzieś na wiosce, albo u ludzi to w naszym menu znajdowały się takie rarytasy jak pierożki, kartoszki, cebula, ogórce i pomidorce, domaszne masło i śmietana, czaj z mlekiem i samogon. Czasem mieliśmy też okazję wypróbować warenie, taki przesłodki dżem, idealny pod pedałowanie.

Dwa razy zdarzyło nam się mieć niedzielną przerwę w dużym mieście, gdzie znajdował się ogromny kompleks handlowy, w ramach którego, mieściła się Ikea. Korzystaliśmy z tego do oporu. Dolewka, pączki, lody.

Noclegi

Mieliśmy ze sobą namioty. Stanowiły one podstawowy środek nocowania, ale właściwie to używaliśmy ich w ostateczności. Zazwyczaj próbowaliśmy pytać o możliwość noclegu w jakimś sensownym miejscu. Najczęściej bywały to szkoły i ośrodki sportowe, jak również kluby, stanowiące miejsce szerzenia kultury na wioskach. Jeśli chodzi o ciekawsze noclegi, to na pewno warto wspomnieć o tym spędzonym w szpitalu. Część z nas spała na matach na podłodze rozłożona po salach, a część na szpitalnych pryczach. Klimat noclegu nie do opisania. Pani ordynator w białym kitlu będąca jednocześnie sprzątaczką. Ponure korytarze wymalowane emaliową farbą i gdzieniegdzie odpadającym tynkiem. Odór leków pomieszany z kurzem. Brak bieżącej ciepłej wody i jedna zafajdana wanna na cały oddział.

Sporo noclegów miało miejsce na parafiach. Wyjazd miał zabarwienie religijne, co więcej prowadził nas kapłan OMI. Nocowanie na parafiach było dla nas pięknym doświadczeniem misji. Mogliśmy zobaczyć jak naprawdę wygląda praca na misjach, bo dotychczas większości z nas kojarzyło się to z jakąś odległą czarną Afryką, czy wręcz totalną abstrakcją. Tymczasem zobaczyliśmy, że misje to praca u podstaw, począwszy od edukacji, przez wychowanie aż po wznoszenie infrastruktury sakralnej i właściwe ewangelizowanie. Bycie na misjach to jednak przede wszystkim obecność. Obecność wśród zwykłych ludzi, bycie świadkiem ewangelii w codzienności. Komunizm zniszczył wiele wartości wśród obywateli Rosji. Potrzeba wiele lat, aby odrodzić na nowo oblicze tej ziemi. Jest to ogromne pole do działania, jednak jak wszędzie potrzeba zaplecza finansowego. Wiedzą o tym również przedstawiciele różnorakich sekt, które rozprzestrzeniają się również po terenie byłego ZSRR.

W Kazachstanie, gdy spaliśmy w namiotach złapał nas przymrozek. Poza tym to noce w śpiworach były znośne. Nieznośne były tylko pobudki o 5 rano, kiedy faktycznie było jeszcze chłodno.

Spaliśmy również przy meczecie, w Caritasie, przedszkolu, domu dziecka, pod muzułmańskim cmentarzem, na granicy Europy i Azji, w domach w trakcie budowy i wielu innych przeróżnych miejscach. Na trasie naszych noclegów znalazły się również tak oryginalnie brzmiące wioski jak Sputnik czy Zjebka. Gdy większość facetów ogoliła się na łyso, odsetek miejsc, w których przyjmowano nas na nocleg drastycznie zmalał. Ciekawe dlaczego?

Higiena

To temat, o który pytają najczęściej osoby postronne. Jak przy takim typie podróżowania utrzymać higienę? Gdy mieliśmy możliwość nocowania w parafiach, szkołach, klubach nie było z tym żadnego problemu. Zawsze był jakiś prysznic, a jak nie, to chociaż umywalki. Zdarzało się nam również kąpać w rzekach i jeziorach gdzieś po drodze, chociażby w jeziorze Bajkał. Przerwy na stacjach benzynowych, na których były umywalki dziewczyny najczęściej wykorzystywały na mycie włosów. Czasami myliśmy się pod szlauchem ogrodowym, bądź pod jakimiś wolnostojącymi kurkami z wodą. Raz nawet wykąpaliśmy się przy użyciu pompy wodnej. Awaryjną, jednak dość powszechnie stosowaną metodą utrzymania podstaw higieny osobistej, są chusteczki nawilżające. Gdy nie ma dostępu do bieżącej wody, to one ratują komfort snu własnego i współtowarzyszy. Charakterystycznym obiektem w architekturze gospodarstwa domowego w Rosji jest bania. Bania, to taka jakby sauna, z tym, że ma odpływ wody i można się tam myć. W praktyce wygląda to tak, że siedzi się w pomieszczeniu o powierzchni ok. 15-20m2 i.. się poci. Kiedy człowiek już się na dobre wypoci przychodzi czas na konkretne mycie. Przy piecu stoi beczka z gorącą wodą, a wiadra z zimną przynosi się ze studni. Teraz małym rondelkiem należy nabrać sobie wodę tak, aby miała pożądaną temperaturę. No i spokojnie się umyć. Do tego korzystaliśmy z brzozowych gałązek, którymi się biczowaliśmy. Kulturowo w takich baniach siedzi się nago, my jednak myliśmy się zazwyczaj w strojach kąpielowych, no chyba, że byliśmy tylko w męskim gronie. Bania to też świetne narzędzie do zrelaksowania się. Po takiej parówce człowiek czuje się jak nowonarodzony i jest gotów do pedałowania kolejnego dnia.

Ważne było również pranie swoich rzeczy w miarę na bieżąco. Gdy była taka okazja (a zdarzały się czasem) to korzystaliśmy z gościnności naszych gospodarzy i wszystko szło do pralek, zazwyczaj w dobrych kilku seriach. Gdy nie było takiej możliwości, praliśmy wszystko ręcznie. Jedni częściej, inni rzadziej, w zależności od ilości zabranych ciuchów, poziomu dyskomfortu własnego oraz grupy, a przede wszystkim od lenistwa.

Podczas pobytu w centrum handlowym w Kazaniu, gdzie czekaliśmy na otwarcie Decathlonu aby zakupić niezbędne części rowerowe, większość naszego wolnego czasu spędziliśmy… w toaletach. Mycie się w tym przypadku było bardzo niszowym zajęciem. Gdy prawie każdego dnia z małymi wyjątkami poważne sprawy musieliśmy załatwiać „na Małysza”, tu nagle spotkał nas taki luksus, do tego otwarte wi-fi! Osiem kabin długo było okupowanych przez cyklistów. Jednak tak luksusowo bywało sporadycznie. Zazwyczaj załatwiać się trzeba było na łonie natury. Raz zdarzyło się, że ktoś z nas uczynił to w nieświadomości w nie do końca dobrym miejscu. Wówczas pewna babuleńka przyniosła łopatę i kazała to zakopać.

Pogoda


Trzeba przyznać, że pogoda nam dopisywała. W momencie, kiedy 3 maja wyjeżdżaliśmy z Polski, na Syberii było jeszcze -30 gradusów. My, poza jednorazowym przymrozkiem w Kazachstanie mieliśmy ciepło, ale zazwyczaj tak optymalnie ciepło, bo zbyt duży upał na rowerze to też nie jest wielka przyjemność. Opady deszczu były zazwyczaj krótkotrwałe. Dwa razy może było tak, że padało przez większość dnia, ale nigdy, że od rana do nocy. Raz, gdy zatrzymałem się dla zrobienia zdjęcia (złośliwi twierdzą, że za potrzebą) i musiałem sam gonić grupę to złapało mnie gradobicie. Reszta teamu nawet nie zmokła.

Problem wiatru poruszyłem już w innym miejscu. W każdym razie spodziewaliśmy się wiatru zachodniego(w plecy), a tak naprawdę to rzadko, kiedy taki był. Bywały dni z wiatrem wschodnim, zawiewało i od północy i od południa. Zdarzało się, szczególnie w Kazachstanie, że ruszaliśmy wcześnie rano, aby wykorzystać to, że nie wieje, bądź podmuchy są lekkie. Dopiero około dziesiątej wiatr zaczynał nami targać na dobre. Z tymi rannymi pobudkami to było coś za coś, bo choć uniknęliśmy wiatru, narażaliśmy się na większy chłód. Żałował ten, kto nie zabrał z domu pełnych rękawiczek. Rozgrzanie przynosiło szybsze tempo bądź prowadzenie grupy. Ciepło przywoziły także przejeżdżające obok nas ciężarówki. Uknuło się nawet wśród nas hasło stanowiące komplement dla dziewczyny: jesteś gorąca jak powiew spod tira.

Hardware. Awarie i ich przyczyny

Nie da się ukryć, że awarii było dużo, żeby nie powiedzieć mnóstwo. W zasadzie w 24 rowerach jako całości nie ma elementu, który nie uległby uszkodzeniu. Główną przyczyną na pewno była pozostawiająca wiele do życzenia jakość dróg na wschodzie, a także niedostosowanie prędkości jazdy do tych warunków. Owszem, bywały wielokilometrowe odcinki rewelacyjne pod względem jakości asfaltu, czy betonowych płyt, ale większość stanowiły te dziurawe bardziej lub mniej, bądź pozbawione całkowicie nawierzchni asfaltowej, na których koła wręcz zakopywały się w piachu. Wypracowany przez nas system jazdy wymagał, pokazywania sobie dziur. Czasem, gdy było ich tak wiele, że już bolały ręce i gardło od ostrzegania – zaczęliśmy pokazywać dobre miejsca wykrzykując: uwaga asfalt!

Jeśli chodzi o same awarie, to najwięcej było tych najbardziej powszechnych jak złapane gumy, których było kilkadziesiąt (sam miałem chyba 6), podziurawione opony, popękane szprychy i urwane linki od przerzutek, zerwane łańcuchy, połamane błotniki i haki od sakw. Sporo było też awarii większego kalibru takich jak połamane bagażniki, połamane manetki, posypane całe przerzutki, urwane pedały, połamane korby, popsute piasty, awarie amortyzatorów, połamane felgi i nagminnie pękające obręcze (DH-19). Była też jedna awaria fundamentalna, a mianowicie połamana rama. Próby spawania sprawiły, że po kilkudziesięciu kilometrach połamała się w innym miejscu. Trzeba było kupić nowy rower. 24-osobowa grupa sprawia, że suma tych awarii wydaje się naprawdę niebotyczna. Wieźliśmy ze sobą mnóstwo części zapasowych już od samego początku. Jednak, kiedy zobaczyliśmy jak dużą mamy liczbę awarii, uzupełniliśmy zapasowe części wioząc chociażby dwa całe kółka.

Jeśli chodzi o sklepy rowerowe na wschodzie to były one zazwyczaj niewystarczająco wyposażone. Szczególnie, jeśli ktoś chce kupić części do rowerów 28-calowych. Nawet w Moskwie dopiero po objechaniu kilkunastu rowerowych sklepów udało się Marcinowi znaleźć pożądane 28” koła. Nowy rower udało się kupić w Astanie. W mniejszych miejscowościach nie było mowy, żeby znaleźć coś sensowego w sklepach.

Software. Co w tych sakwach piszczy?

Jako, że nie jechał z nami oczywiście żaden samochód techniczny, wszystko musieliśmy mieć w sakwach. Rzeczy do spania: namiot, śpiwór, mata (ja miałem matę samopompującą, ale nie zdała ona egzaminu). Rzeczy do gotowania: kuchenki, butle, garnki, menażki, sztućce itp. itd. Szereg ubrań w tym przede wszystkim spodenki rowerowe z wkładkami, koszulki rowerowe, bluzy z długim rękawem, polar i przeciwdeszczówka. Do tego bielizna i rzeczy na przebranie, aby w dzień wolny można było skoczyć bez problemu na miasto. Części zapasowe: dętki, szprychy, pompki, łatki i poważniejsze części, które mieliśmy porozkładane pośród całej grupy. W naszych sakwach znaleźć można było jeszcze apteczki, wodę w butelkach (często woziło się 5-litrowe baniaki na bagażniku). Sporo miejsca zajmowało też samo jedzenie, które trzeba było mieć w jakimś rozsądnym zapasie. Bo nigdy nie wiedzieliśmy, czy przez najbliższe 100km napotkamy jakiś czynny sklep i będziemy mogli zakupić coś na bieżąco. Wnętrze sakw wypełniały jeszcze jakieś przybory niezbędne do mycia, i sporo kabli, gadżetów jak aparat, telefon, gps i różne ładowarki do elektroniki.

Users. Zdrowie i jego brak

Taka długa trasa musiała nieść ze sobą różne większe bądź mniejsze kontuzje. W moim przypadku wzmógł je brak odpowiedniego przygotowania do wyjazdu. Tak czy inaczej, przez pierwsze dwa tygodnie miałem ogromne problemy z kolanami. Puchły mi, każde zapedałowanie przynosiło ogromny ból. Miałem wrażenie, jakby w kolanach siedziały mi jakieś obce ciała. Próbowałem to leczyć różnymi sposobami, przede wszystkim smarując różnymi maściami, łykając Olfen. Na wschodzie również miejscowi próbowali mi pomóc terapiami alternatywnymi, jak np. smarowaniem kolan wódką. Byłem o krok od tego, żeby się wycofać, szczególnie, że nie chciałem spowalniać grupy, która miała bardzo napięty plan, jeśli chodzi o jazdę. Ostatecznie pomógł Olfen trzy dni przerwy w Kamionce i modlitwa. Poza tym, to tak naprawdę nie było większych kontuzji. Owszem, kogoś zabolało kolano, łydka itp, ale nie były to jakieś długotrwałe i uniemożliwiające jazdę sprawy. Kilka osób miało za to problemy żołądkowe, ale nigdy jakieś mocno przeciągające się. Było też nas kilku przeziębionych przez dłuższy czas. Katar i kichanie na porządku dziennym. Konsekwencją tego było na pewno lekkie osłabienie organizmu. Ostatecznie, najpowszechniej bolącą częścią ciała był tyłek. O tak, wielopłaszczyznowy ból dupy! U mnie nasilony, bo niezadbany Brooks wbijał mi ćwieki w cztery litery. Ale tak naprawdę nie ma tego złego, bo jak ktoś mówi, że boli go dupa, to tak naprawdę powód do radości – wynika z tego, że nie ma innych mocniejszych bólów, które ten ból mu by przesłaniały.

Niebezpieczeństwa na drodze

Kultura na drogach w Rosji jest… Na drogach w Rosji bywa niebezpiecznie. Przekonywaliśmy się o tym jeszcze przed wyjazdem oglądając różne filmiki z tego kraju. Tym razem przyszło nam się przekonać o tym na własne skórze. Tak naprawdę jak na ilość przejechanych kilometrów drogami o takim natężeniu ruchu można śmiało powiedzieć, że to był cud, że nikogo nic nie potrąciło. Owszem, zdarzały się sytuacje na milimetry. Było i otarcie samochodem o sakwy, było otarcie się o lusterko. Jazda na czołówkę, wyprzedzanie na trzeciego. Można powiedzieć, że był to chleb dnia powszedniego. Kilka razy przy takim wyprzedzaniu widziałem autentyczny strach w oczach kierowców. Sam nie byłem wiele spokojniejszy. My byliśmy świadkami dwóch mocniejszych stłuczek, kiedy ktoś zagapił się i wjechał w tyłek innemu. Na szczęście bezpośrednio w tym nie uczestniczyliśmy. Co ciekawe, w rosyjskim prawie drogowym nie ma dużej odpowiedzialności za potrącenie pieszego czy rowerzysty.

The Animals

Przed wyjazdem wiele osób straszyło nas niedźwiedziami. Syberia = niedźwiedzie. Pewnie tak jest, bo niedźwiedzie w herbach miast nie biorą się znikąd. Ale na pewno nie ma takiego dużego zagrożenia przy głównej drodze, którą właściwie ciągle jechaliśmy. Także nie zabranie petard hukowych wcale nie było błędem. Z kolei raz już niedaleko Bajkału udało nam się zaobserwować watahę wilków stojących przy drodze. Dla nas najbardziej krwiożerczymi zwierzętami były komary. Prawdziwe zatrzęsienie momentami. Najgorzej, gdy trzeba było pójść za potrzebą w krzaki. Zazwyczaj momentalnie się wybiegało z powrotem z pogryzionym tyłkiem. W niektórych miejscach było ich od groma. Tam gdzie nie było moskitów dokuczliwe były małe muszki, które wgryzały się w skórę. Raz też konieczne było usunięcie kleszcza. Przy rozkładaniu maty trzeba było uważać na mrówki, które czasem były bardzo denerwujące. Poza taką drobnicą to nad głowami można było zaobserwować krążące orły, sokoły i różnego rodzaju ptactwo. Kilka razy zostawiło ono swoje ślady czy to na naszych kaskach, czy na kierownicach. Przy drodze często ustawiały się susły, które wypatrywały pożywienia. Czasem jakieś urwane ze smyczy psy biegły i szczekały w naszym kierunku, ale nigdy nie skończyło się to bezpośrednim kontaktem. Dwa razy w namiocie znalazła się mysz, na szczęście nie u dziewczyn, bo nikt by już nie pospał. Raz, i była to bardzo poważna sprawa, aczkolwiek obracaliśmy ją ciągle w żart – Michałowi leżącemu w namiocie nadepnął na szyję koń (sic!). W związku z tym Michał miał przez kilka dni bóle karku, które jednak ostatecznie ustąpiły. Pozostałe konie spotykaliśmy stadami na kazachskich stepach, zazwyczaj w celu unieruchomienia miały nogi spętane łańcuchami.

Topografia

Chociaż już pierwszego dnia musieliśmy wspiąć się na Św. Krzyż, po drodze pokonać Ural, a przed samym Bajkałem było trochę ostrych podjazdów – nie ma się co czarować, zdecydowana większość trasy była płaska. Nawet część Ałtajskiego Kraju, przez który przejeżdżaliśmy, a w którym spodziewaliśmy się dużych podjazdów okazał się płaski. Północny Kazachstan to jeden wielki płaski jak stół step. Nasza droga przez Białoruś i Rosję w większości też. Owszem, było czasami trochę interwału, ale nie można powiedzieć, żeby były to jakieś poważne góry. Raptem pięć razy dzienne przewyższenia wyniosły powyżej 2000 metrów. Całkowita suma przewyższeń wyniosła 45111 metrów.

Przemierzyliśmy łącznie 7 stref czasowych. Gdy na Syberii budziliśmy się rano, ludzie w Polsce dopiero kładli się spać. Podczas drogi pokonaliśmy nie tylko pasma górskie, ale także różne krainy geograficzne, o których wcześniej tylko uczyliśmy się na lekcjach geografii. Jadąc z Polski Niziną Wschodnioeuropejską przebijając się przez Ural wjechaliśmy na Nizinę Zachodniosyberyjską, Przemierzając stepy Kazachstanu minęliśmy widniejące w oddali pokryte śniegiem wierzchołki gór Ałtaj. Przejechaliśmy Wyżynę Środkowosyberyjską aż do Bajkału mijając od południa Sajany. Przed Kazaniem przejechaliśmy Wołgę, w Nowosybirsku Ob, w Krasnojarsku Jenisej, a w Irkucku Irtysz.

Szto pasmatrili?



Było na naszej trasie kilka ciekawych miejsc, regionów, miast, które udało nam się zobaczyć. Przejeżdżaliśmy przez takie regiony jak Baszkiria z Ufą na czele, Tatarstan z Kazaniem. To właśnie Kazań zrobił na nas największe wrażenie. Niesamowita architektura, do tego miasto pełne życia w związku z odbywającą się Uniwersjadą. Tatarstan też region wyjątkowy, gdzie ponad 50% mieszkańców stanowią Tatarzy, a gdzie się człowiek nie obejrzy widać meczet. Odwiedziliśmy też trzy stolice: Mińsk, Moskwę i Astanę. W Mińsku trafiło nam się święto Pabiedy, całe centrum pełne było barwnych parad, przytłaczającej ilości sztandarów z postaciami od Lenina po Stalina, transparentów, wieców, kwiatów i chorągwi. Podobnie było na Czerwonym Placu w Moskwie, gdzie dzieci z czerwonymi sercami przygotowywane były do pochodu. Tutaj trochę pospacerowaliśmy po centrum, powoziliśmy się metrem podziwiając stacje w marmurze.  Astana to z kolei miasto zupełnie z innej planety. Pośród stepów widoczne już z kilkudziesięciu kilometrów. Zbudowane sztucznie, przerażające kiczem. Tak jakby wszystkie najbardziej charakterystyczne budynki z całego świata pobudować w jednym miejscu. Dopatrzyliśmy się mostu Golden Gate, spodka, rzymskiego pałacu sprawiedliwości, tokijskiej wieży, sydneyowskiej opery i wielu, wielu innych budynków. Ktoś urzeczywistnił sobie wizję z Simcity!

Bóg bliski

Nie można zapomnieć, że wyjazd miał charakter religijny. Pedałowaliśmy pod przewodnictwem kapłana, w intencji Ojczyzny, z codzienną Mszą Świętą i innymi modlitwami.

Mimo, że duża grupa i ‘ciśnięcie’ nie sprzyjały modlitwie to wyjazd był wielkim manifestem Bożej bliskości. Nie tylko w sakramentach, ale w także w tak zwanych ‘zbiegach okoliczności’. Wiele takich doświadczeń miało charakter bardzo osobisty, więc wspomnę tylko tak z grubsza o niektórych.

Najmocniejszym doświadczeniem tego wyjazdu był dla mnie wypadek Hani. Jadąc od Bajkału w stronę Wierszyny były spore podjazdy i zjazdy. Na jednym z takich zjazdów mocno się rozpędziliśmy, aby łyknąć kolejną górkę. Hania zgubiła równowagę i upadła przyjmując całe uderzenie na głowę. Na dłuższy czas straciła przytomność i delikatnie mówiąc nie wyglądało to wesoło. Na szczęście miała kask, który założyła przed kilkoma minutami na szczycie górki. Po wypadku kask był w strzępach. Ja i wiele innych osób wtedy tego kasku na głowie nie mieliśmy. Co więcej, akurat chwilę po tym wypadku przejeżdżał samochodem chirurg z Irkucka, który fachowo udzielił pierwszej pomocy i zaaplikował środki przeciwbólowe. To też zbieg okoliczności, bo byliśmy w miejscu daleko od cywilizacji, poza tym widzieliśmy jak wygląda służba zdrowia w Rosji chociażby nocując w szpitalu.

Dla nas, dla reszty grupy całe to wydarzenie było niezwykle trudne, ale i równie wartościowe. Nic wcześniej nie stworzyło takiej jedności w grupie, nic wcześniej nie było dla nas takim pytaniem o wiarę, jak ta sytuacja. Nic się jednak Bogu spod kontroli nie wymknęło, bo Hania mimo początkowych małooptymistycznych diagnoz wróciła do pełnego zdrowia, a cała sytuacja zasiała w nas wszystkich trwałe owoce.

Prawie każdego dnia na Mszy podczas Modlitwy Wiernych, ktoś wypowiadał intencję: ‘o koncesję na nadawanie na multipleksie dla TV Trwam’. Większość wypowiadała to z przekonania, czasem ktoś rzucił dla żartu. Pan Bóg pokazał nam, że nie jest głuchy na nasze wołania, nawet na te żarty i zażartował z nas, bo dokładnie, kiedy dojechaliśmy do celu drogi – Wierszyny (5 lipca) TV Trwam otrzymało koncesję na nadawanie.

Jedna osoba, będąca uczestnikiem wyjazdu jechała jako ta, której ścieżki z Bogiem średnio się przecinały. Droga na Syberię była drogą jej szczególnego nawrócenia. Choćby z całości nie miało być żadnych innych owoców, to dla tego wydarzenia było warto podjąć trud drogi.

Bardzo ważną kwestię naszego wyjazdu stanowiły relikwie bł. ks. Jerzego Popiełuszki, które zawieźliśmy do Wierszyny. Każdego dnia modliliśmy się litanią do Błogosławionego. Zmienialiśmy się też codziennie jakby w sztafecie, aby każdy mógł, chociaż przez chwilę wieźć Jego doczesne szczątki.

Podczas naszego wyjazdu przypadała Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej, zwana potocznie ‘Boże Ciało’. Tego dnia i my uczestniczyliśmy w procesji, która rozpoczęła się na granicy Europy i Azji na Uralu i przez cztery stacje, a razem ponad 100km biegła aż do Czelabińska.

Ponadto modliliśmy się w Kazaniu u stóp Matki Bożej Kazańskiej, byliśmy w Oziernoje, narodowym sanktuarium Kazachstanu. Z ciekawostek, byliśmy również w diecezji irkuckiej – największej diecezji świata, której obszar jest 30-krotnie większy od Polski.

Nie do pominięcia jest też wsparcie modlitewne, które mieliśmy nie tylko ze strony naszych rodzin i przyjaciół, ale także indywidualną opieką otoczyły nas siostry Karmelitanki z Kodnia. Każdy z nas oprócz Anioła Stróża, miał swoją siostrę, która modliła się szczególnie za niego.

Nasz wyjazd miał również charakter ewangelizacyjny, w związku z tym kolportowaliśmy specjalnie przygotowane obrazki, na których widniała z jednej strony Matka Boża Turkmeńska, a z drugiej Credo po rosyjsku.

Myśląc Ojczyzna

Intencją naszego wyjazdu była nasza Ojczyzna – Polska. Drogę ułożyliśmy tak, aby odwiedzić miejsca związane z historią naszego kraju. Byliśmy w Katyniu, gdzie pod ołtarzem odśpiewaliśmy Hymn Polski i mieliśmy Mszę Świętą. Byliśmy w Smoleńsku w miejscu katastrofy samolotu. Odwiedziliśmy Oziernoje., miejsce do którego w 1936r deportowano Polaków. Dziś jest wioską gdzie w promieniu 30km nie ma asfaltu, mieszkają tam wyłącznie potomkowie zesłańców.

Dojechaliśmy do Wierszyny, wioski nazywanej Małą Polską. Jest ona jednym z nielicznych miejsc za granicami kraju, gdzie niemal wszyscy mieszkańcy mówią w języku polskim. Są to potomkowie emigrantów przybyłych na Syberię około 1910 roku (głównie z Zagłębia Dąbrowskiego). Zostali zachęceni przez obietnice rządu rosyjskiego, które zadeklarowały, że ziemia stanie się ich własnością. Przynęta ta była częścią reformy mającej na celu zaludnienie terenów Syberii. Oprócz języka zachowali oni częściowo wiarę i tradycję.

My, aby podkreślić patriotyczny wątek wyjazdu i aby być rozpoznawanym za granicą, wieźliśmy ze sobą małe polskie flagi. No i Sławek wiózł na wędce jedną flagę dużą bądź wielką– w zależności od tego jak mocno wiało. Mogliśmy poczuć się jak rowerowa husaria!

Business is business

Rosja jest krajem wyjątkowym pod względem merchandisingowym. Bóg jeden zrozumie logikę wykładania towarów na półkach. Chemia obok chleba? Problema nietu. Ciekawym rozwiązaniem są też np. soki owocowe, które nie są wykładane na półkach według producentów, tylko według smaków. W sklepach na wioskach po podłodze chodzą kury, resztę wydają w cukierkach, a sumę zakupów liczą na liczydłach. W wielu sklepach, a przede wszystkim w aptekach, u optyka  – gdzie towar podaje sprzedawczyni, a nie jest ona właścicielem lokalu, zauważyliśmy następującą tendencję: gdy pytamy o dostępność konkretnego produktu, słyszymy zazwyczaj prawie z automatu odpowiedź: niet. Dopiero wskazanie na półce, sprawia, że jednak okazuje się, że owy produkt jest. Świetny to przykład szukania świętego spokoju i nie utożsamiania się pracownika z firmą. W Rosji bardzo powszechny.

Kilka anegdot, czyli co zapamiętałem

Największy jęk rozpaczy wydaliśmy z siebie gdzieś na trasie za Krasnojarskiem. Naszym oczom ukazała się spalona ciężarówka z wódką. Kierowca widząc nasz autentyczny smutek dał nam podarek w postaci kilku osmolonych butelek, które jakoś się uchowały.

Na Uralu niedaleko miejscowości Nis, między Ufą a Czelabińskiem przeżyliśmy chwile grozy. Podczas gdy cała nasza grupa robiła zakupy w centrum miasta, Ula, Marcin, Wojtek i ja odpoczywaliśmy na barierkach przy skrzyżowaniu dróg. Do tak addychających nas podjechała czarna łada, z której wysiadło czterech krępych mężczyzn w bezrękawnikach. Po wyczerpującej, aczkolwiek ze względu na upojenie rozmówców nie do końca sensownej dyskusji jeden z nich wrócił do auta, z którego wyciągnął pistolet. Podniesionym głosem zaczął coś bełkotać celując wpierw w Marcina a później Ulę. Zdarzenie było mocno dynamiczne, bo po chwili już podawał broń Wojtkowi z poleceniem strielaj! Patową sytuację rozwiązał przyjazd radiowozu. Jednak ku naszemu zdziwieniu policjanci podali sobie ręce z ekipą w bezrękawnikach, chwilę pogadali i odjechali! Na szczęście nasi rozmówcy nie mieli już ochoty na dalszą konwersację i również pojechali, w pizdjec.

Jeśli chodzi o sytuacje z bronią, to raz zdarzyło nam się zaobserwować mężczyznę czyszczącego pistolet na tylnym siedzeniu. Innym razem, w centrum miejscowości Sludjanka nad Bajkałem byliśmy świadkami następującej sytuacji. Dwa czarne jeepy podjechały pod fontannę przy centralnym placu. W jednym momencie ze wszystkich drzwi wyskoczyło ośmiu – najprawdopodobniej funkcjonariuszy specsłużb w kominiarkach i z długą bronią. Dopadli jakiegoś typa ze złotą ketą na szyi, zakuli go w kajdanki wrzucili do bagażnika i odjechali. Cała sytuacja trwała niecałą minutę.

Na pewno wyjątkowym wydarzeniem był ślub Sary i Piotrka. A w zasadzie wszystko, co się z tym wiązało. Niesamowita podróż przedślubna, którą odbyli. Wieczór kawalerski i panieński nad Bajkałem. Wszystko to w iście rosyjskim stylu: chlieb, boczek, czosnek syberyjski, cebula, ogórce, smietana, no i miejscowe, domaszne wyroby wysokoprocentowe. No i wreszcie sam ślub i wesele w Wierszynie. Obłóczyny, stuningowana łada, mały wiejski kościółek, -balony i drewniane stoły. Wszystko to dawało niesamowity klimat. Bawiliśmy się naprawdę rewelacyjnie przy czołowych wykonawcach polskiego disco polo.


Pewnego razu w miejscowości Kemerowo (2 tygodnie po naszym pobycie tam miało miejsce poważne trzęsienie ziemi) zatrzymaliśmy się przy większym markecie, aby kupić jakieś żarcie do spożycia bieżącego, a także na wieczór i poranek. Sklep do tanich nie należał. Ze środka wyszedłem z chlebem i cebulą. Zrobiłem sobie z tego taką symboliczną, niespecjalną smakiem kanapkę poczym ją skonsumowałem. Od tego momentu był tylko jeden problem, a mianowicie problem z konwersacją. Akurat tak się zdarzyło, że pod sklep zaciekawione widokiem tak sporej grupy rowerzystów podeszły dwie urocze dziewczyny i zaczęły po angielsku wypytywać nas, a dokładnie mnie o standardowe rzeczy jak: skąd, dokąd itp. Podjąłem się tej rozmowy. Po dwóch minutach jedna z nich poczęstowała mnie gumą do żucia. Taki ze mnie Polak-Cebulak.

Grając na boso na takim boisku-klatce w Astanie, ograliśmy w nogę Kazachów 10:9. Z kolei na wiosce w Tatarstanie u jednej z rodzin oglądaliśmy finał Ligi Mistrzów. Od ludzi nasłuchaliśmy się dużo, jak to było haraszo za Sawieckiego Sajuza, a teraz roboty nietu. Na grobie rosyjskich żołnierzy dało się zobaczyć kieliszek i kromkę chleba. Po drodze przejeżdżaliśmy przez wiele kołchozów o tak dumnych nazwach jak np.: im. Marksa czy Lenina, sierpa i młota. Naoglądaliśmy się wielu czerwonych gwiazd i pomników towarisza Lenina.

Gdy wracaliśmy już autokarem do Ojczyzny, zatrzymaliśmy się na kilka godzin w Moskwie. Było bardzo późno. Część z grupy przeznaczyła te kilka nocnych godzin na drzemkę, inni – w tym ja, pojechaliśmy pochodzić po mieście. Ostatnim nocnym metrem udało nam się dotrzeć do centrum. Mimo siąpiącego deszczu zawadziliśmy o Plac Czerwony i jego okolice, po czym spacerkiem wróciliśmy pod miejsce noclegu. Piotrek, Kuba i ja postanowiliśmy jeszcze wydać ostatnie ruble na coś do jedzenie w pobliskiej Billi. Pech chciał, że była akurat 2 w nocy i trwała godzinna przerwa techniczna. Przypomniało mi się, jak będąc dwa lata wcześniej w Moskwie, na jednym z osiedli widziałem kilka pań grzebiących w kontenerze na śmieci i wyciągających z nich chleby i inne produkty spożywcze o delikatnie spóźnionym terminie ważności. Poszliśmy więc w trójkę na zaplecze Billi w celu szukania doczesnych szczątków produktów spożywczych. Stały dwa piękne duże pojemniki na śmieci. Subtelnie zaczęliśmy się rozglądać, wokół, aby nikt nas nie przyuważył przy tym niezwykle prestiżowym zajęciu. No i bęc! Nasze dziwne zachowanie przy śmietniku w środku nocy zwróciło uwagę… policjantów, którzy włączyli koguta i podjechali do nas. Zostaliśmy całkowicie przetrzepani, a ja również wylegitymowany. Dobrze, że nie kontynuowali tego legitymowania, bo Piotrek nie miał przy sobie paszportu. W międzyczasie policjanci zaczęli latarką szukać jakichś igieł przy śmietniku i wypytywać nas czy mamy jakieś prochy. Wszak, gdy pytali nas, co tutaj robimy, jakoś ciężko było odpowiedzieć: ‘szukamy jedzenia w śmietniku’. Ostatecznie zostaliśmy puszczeni i udało się zdążyć na autokar, który wyjeżdżał o 4 godzinie w drogę ku domu.

Skolka eto?

Koszty bieżące wyniosły mnie ok. 1600zł. Czyli wydatki na jedzenie i różne poboczne mniejsze czy większe rzeczy związane z drogą, jak np. krem z filtrem, dętki, maść i tabletki na kolana itp, itd. Do tej kwoty dochodzą jeszcze wydatki na wizy: białoruską, rosyjską dwukrotną i kazachską oraz na powrót autokarem (wracaliśmy 10dni!). Jednak dzięki sponsorom te koszta mieliśmy w większości dofinansowane.

Przepraszam za wstawki rosyjskie, ale nie sposób od nich uciec. Przepraszam tych, którzy nie znają rosyjskiego i czasem nie potrafią zrozumieć, co dane słowo znaczy. Jednak jeszcze bardziej przepraszam tych, którzy rosyjski znają i widzą błędy, które bez wątpienia się tutaj u mnie pojawiły.

Spasiba Wam! Daswidania!


Drogi Czytelniku, jeśli masz niedosyt to zobacz jeden z filmików (1,2,3), zajrzyj również na stronę Niniwy, gdzie znajduje się obszerna relacja dzień po dniu wraz z dużą ilością dodatkowych informacji. Co więcej swoje postrzeganie drogi spisywał teżMichał Kandefer oraz Piotr Waksmundzki i Anna Baran.

Na podstawie relacji, która ukazywała się na stronie Niniwa Team’u ukazała się książka: „Wyprawa 2013. Polska – Syberia”. Można ją nabyć pod tym linkiem.

You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 You can leave a response, or trackback.

23 Responses



Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *