Welcome to Delicate template
Header
Just another WordPress site
Header

Rowerem i nie tylko po Wietnamie, Kambodży i Laosie

Październik 10th, 2012 | Posted by Michał Piec in Inne | Rowerem


We wrześniu 2012 wraz z piątką znajomych wybrałem się z rowerami do Wietnamu, Kambodży i Laosu. Team stanowiły Sonia i Ula oraz Dominik, Michał, Wojtek i ja. Cała podróż trwała 26 dni. Z Warszawy polecieliśmy do Hanoi, a dalej do Sajgonu, czyli Ho Chi Minh. Tutaj więcej o transporcie lotniczym. Stamtąd rozpoczęliśmy rowerowy odcinek podróży, który biegł do stolicy Kambodży – Phnom Penh, gdzie wraz z rowerami zapakowaliśmy się w busa i pojechaliśmy do Siem Reap i Angkor Wat. Z tego miejsca rozpoczęliśmy niepewną przeprawę w kierunku laotańskiej granicy. Udało nam się ją zrealizować tylko połowicznie, bo dojechaliśmy do Tbeng Meanchey, a dalej ze względu na dalszą nieprzejezdność drogę do Stung Treng objechaliśmy busem przez Kampong Cham. Odtąd już rowerami dojechaliśmy do 4000 jezior, przekraczając wcześniej granicę z Laosem. Po Laosie transportem kombinowanym tzn trochę rowerem, trochę płatnym autostopem, a po części zwykłymi busami przez Pakse i Attapu wróciliśmy do Wietnamu. Tu zwiedzanie rozpoczęliśmy od Hoi An przez My Son po Hue, z którego busem wróciliśmy do Hanoi, gdzie zostawiliśmy rowery aby na spokojnie zobaczyć zatokę Ha Long. Na sam koniec przyszedł czas na penetrację samej stolicy Wietnamu, skąd 30 września nastąpił powrót do Warszawy (nocleg u kolegi Mhrok’a), a dzień później autostop do domu. Trasa

Około 25 dni to zdecydowanie za mało aby w pełni zobaczyć Wietnam, Kambodżę i Laos. Ogromne odległości i ograniczony czas nie sprzyjały przemieszczaniu się rowerami, na których zrobiliśmy niecałe 1000km.


Od początku nastawiliśmy się na eksperymenty kulinarne. Jednak nie zawsze były one trafione. Właściwie to zdecydowanie mniej było tych szczęśliwych niż odwrotnie. Próbowaliśmy różnej maści cukierków, czasem o przeraźliwych smakach łącznie z durianem. W Phnom Phem zjedliśmy pająka, który smażony na głębokim tłuszczu smakował jak chipsy. Również w Kambodży obgryzaliśmy małe kosteczki pisklaczych szkieletów. W Wietnamie najpopularniejszym przysmakiem jest zupa pho. Wśród nas zdanie co do apetyczności tej zupy jest podzielone. Jednak zupa zupie nierówna. Wszystko zależy od jakości mięsa, na którym zostanie ona ugotowana. W zasadzie każde danie bazowało na ryżu, czasem nieporadnie wsuwaliśmy pałeczkami- jednak zazwyczaj szybko prosiliśmy o łyżkę. Do posiłku zawsze za darmo dostawało się wywar z liści herbaty, który według części z nas smakował jak woda z petami. Mało kto wie, że Wietnam jest drugim co do wielkości eksporterem kawy na świecie. Rzeczywiście mają tutaj świetną kawę, którą ze względu na wysoką temperaturę serwują zazwyczaj z lodem. Najwykwintniejszym gatunkiem kawy są tutaj odmiany kopi luwak, jednak nie mieliśmy okazji ich spróbować.



Brak akcyzy na alkohol sprzyjał częstej dezynfekcji naszych organizmów. Powszechnie pijaliśmy „Mekong Whiskey” w cenie 1$ za 0,7l. Whiskey smakowała tak samo jak kosztowała i jak wyglądała. W Hoi An i Hanoi przydrożne bary kuszą turystów „Fresh Beer’em” za 60-80gr około 300ml szklanka. Piwo to jest bardzo słabe, jednak niska cena sprzyja zwiększonej konsumpcji. Jeszcze bardziej zwiększonej konsumpcji sprzyjał „Happy hour” w hostelu, w którym spaliśmy w Hanoi, podczas którego do wypicia była nielimitowana ilość piwa. Jednak jak się okazało – szóstka Polaków udowodniła, że ilość piwa podczas tej godziny jest jednak ograniczona. Mimo to, najbardziej spektakularnym doświadczeniem z alkoholem był jednak zakup wina wężowego i skorpionowego, które zabraliśmy do Polski.

Co do noclegów, to przez całe moje życie nie wydałem na noclegi podczas podróży tyle, ile podczas tego wyjazdu. Naprawdę! Poza pierwszym i ostatnim noclegiem wszystkie noce spędziliśmy w hotelach, hostelach i guest house’ach. Z jednej strony nie było drogo bo płaciliśmy za noclegi od 1,5 do 5$. Jednak po zsumowaniu ponad 20 takich nocy wychodzi już niemała kwota. Jednak to co najbardziej smuci w tym, to nie fakt straconych pieniędzy, a brak nawiązanych relacji z ludźmi owocującymi miejscem do spania, jak również brak bardziej hardkorowych noclegów na dziko realizujących logistykę bezdomności.


Niezbyt wiele mieliśmy niekomercyjnych doświadczeń z kulturą w południowo-wschodniej Azji. Zazwyczaj przebywaliśmy w mocno turystycznych lokacjach, a kontakty ze zwykłymi ludźmi ograniczone były do minimum. Z pozytywnych wrażeń wyszczególnić muszę na pewno wesele, na które załapaliśmy się w jednej z kambodżańskich wiosek. Zostaliśmy poczęstowani słodkim ryżem zapiekanym w liściach bananowca. Jednak ze względu na to, że impreza dopiero się rozkręcała (nikt nie jadł, wszyscy czekali na państwo młodych) a nie chcieliśmy być główną atrakcją tego dnia pożegnaliśmy się szybko tradycyjnie ofiarując nowożeńcom obrazek Matki Boskiej Piekarskiej.

W ogóle Kambodża pod kątem otwartości i relacji z ludźmi była najlepsza. To w niej wykręciliśmy rowerami stosunkowo najwięcej kilometrów i spotykaliśmy ludzi, którzy zaskoczeni byli widokiem białych. Przede wszystkim na wioskach, gdzie nagie dzieciaki biegały za nami i machały w naszym kierunku wykrzykując pozdrowienia. Wzdłuż głównej trasy między Sajgonem a Phnom Phem dominowało ‚Hallo!’, które padało jak serie z karabinów. Po jakimś czasie wypracowaliśmy półgodzinne dyżury – kiedy określona osoba w imieniu całej naszej grupy odkrzykiwała pozdrowienie w kierunku tubylców.




Nigdzie nie było problemów tego typu, że nie da się czegoś kupić. Jeśli już były problemy to w drugą stronę w związku z ilością bestprice’ów. Nie było ich co prawda tylu ile np. w Marrakechu, ale mimo to byli czasem uciążliwi.



Jeśli chodzi o warunki dla rowerzystów w tamtych krajach to na problem trzeba spojrzeć wielopłaszczyznowo. Z jednej strony główne drogi mają świetną nawierzchnię i nie ma się do czego przyczepić. Z drugiej jednak strony jeśli wyjedzie się trochę poza główne szlaki to od razu kończy się asfalt i zaczyna szuter bądź glina. Trzeba to mieć na uwadze szczególnie pod kątem pory deszczowej, kiedy woda z nieba może pojawić się niespodziewanie i całkowicie spacyfikować delikwenta z rowerem. Główne drogi dysponują szerokimi poboczami.




Jednak największym problemem na drogach Wietnamu, Kambodży i Laosu jest kultura na drogach, a dokładnie jej brak. Niezliczona rzesza skuterów, włączanie się do ruchu bez patrzenia, wymuszanie trąbieniem, praktycznie nie hamowanie nigdy – to przyczyny dla których, jazda ruchliwymi ulicami w tamtych stronach nie należy ani do przyjemnych ani do bezpiecznych. Jadąc przez Kambodżę widzieliśmy skutki najprawdopodobniej śmiertelnego wypadku dla dwóch osób na skuterach. Mam wrażenie, że śmierć i cierpienie nie są tutaj ludziom obce. W drodze do Siem Reap widzieliśmy topielca wyłowionego z rzeki, a przy Angkor Wat orkiestrę inwalidów, którzy potracili różne kończyny przy wybuchach min. Często też po ulicach spacerowali czy to niewidomi czy kulawi próbujący sprzedać nam losy na loterię.




W Hoi An wraz z Michałem wypożyczyliśmy sobie na dzień skuter za 5$. Przejechaliśmy nim z 2 stówki i było sporo frajdy. Nie wiem czy z przepisów prawa czy z rozsądku, ale we wszystkich trzech krajach nie ma ludzi na skuterach, którzy jeździliby bez kasku. Jedynie osoby na rowerach poruszające się w obrębie miasta czy wioski raczej nie miały kasków. My staraliśmy się w nich jeździć, bo drogi naprawdę często nie były bezpieczne. Ja podczas tego wyjazdu miałem dwa wypadki na bicyklu.

Pierwszy wypadek miał miejsce w Wietnamie kiedy kobieta na rowerze, którą w kolumnie mijaliśmy lewą stroną nagle bez patrzenia skręciła. Pierwszy poleciał Dominik, za nim ja i na końcu dobił Wojtek. Kobieta wystraszona z rozwalonym rowerem ulotniła się w strachu szybko. Z nas najgorszą sytuację miałem ja. Poza rozwalonym kolanem i innymi krwawymi otarciami pokrzywiłem całe tylne koło. Dominik, jako fachowiec – współwłaściciel sklepu rowerowego orzekł, że koło jest tak krzywe, że nic z tym nie zrobimy. Trzeba wracać do Sajgonu i szukać sensownego sklepu rowerowego aby spróbować kupić nowe. Jednak dla wietnamskiego mechanika z wiejskiego warsztatu nie ma nic niemożliwego. Wziął w ręce obcęgi i młot. Postukał, ponaginał, aż wyprostował! Gdy obserwowałem jego poczynania krzywiłem się na dźwięk każdego uderzenia młotem w felgę. Jednak po półgodzinie rower był gotowy do użytku. Wietnamska złota rączka wycenił swoją pracę na 20 000 dongów, czyli dolara.

Drugi wypadek miał miejsce na wiosce w Kambodży, gdy po ciemku dojeżdżaliśmy do miejsca, gdzie mieliśmy nocować. Zaskoczony naszą obecnością pies szczekając jak oszalały wybiegł naszemu taborowi na przeciw. Wojtek, Ula i Sonia zdołali go ominąć. Ja już nie dałem rady i pies wpadł mi pod koła. Przekoziołkowałem przez kierownicę w efekcie czego znów się pokiereszowałem i połamałem kask.


Próbowaliśmy swoich sił łapiąc stopa. Udało nam się to kilka razy, ale ma on zdecydowanie płatny charakter. Miejscowi nie znają idei autostopu. Tak więc jeździliśmy z przypadkowymi ludźmi, ale również z zawodowymi przewoźnikami. Tu zawsze dochodziła dodatkowa opłata za rower. Czasami podwajało to praktycznie koszty transportu. Pojazdy w południowo-wschodniej Azji są niezwykle ładowne. Za każdym razem byliśmy pod wrażeniem ile do tych busów się zmieści. Jednak rekord pobił odcinek spod laotańskiej granicy do Da Nang, który pokonaliśmy białym busikiem załadowanym w 25 osób. Jakby tego było mało oprócz klasycznych bagaży zmieściło się również 6 rowerów i skuter. Dla Wietnamczyków nie ma rzeczy niemożliwych.


Korzystając z transportu busami dwukrotnie zdarzyło się, że pojazd złapał gumę. Zawsze w pogotowiu było zapasowe koło.

Nastraszeni internetowymi informacjami i pod presją rodziny obkupiliśmy się w Malarone. Problem jednak był zdecydowanie przejaskrawiony. Żeby zachorować w tej okolicy na malarię trzeba mieć poważnego pecha. Przez cały nasz pobyt może trzy razy spotkaliśmy się z komarami. Malarone brałem kilka dni po czym z niego zrezygnowałem i podobnie jak inni backpackersi w tym rejonie miałem go przygotowany tylko, jako dawkę uderzeniową na wypadek, gdybym coś złapał.


Jako, że nasz pobyt w Wietnamie przypadał na porę deszczową – przed wylotem sprawdzaliśmy prognozy pogody. Mówiły one o nieustających opadach. Co więcej, miesięczna suma opadów we wrześniu w Wietnamie równa jest sumie opadów w Polsce przez cały rok. Przed oczami miałem scenę z Forresta Gumpa, kiedy to w wietnamskiej dżungli lunął deszcz i przestał dopiero po trzech tygodniach. Jednak diabeł nie był taki straszny. Chyba wynikało to z naszego szczęścia. Bo niby padało, ale nie tyle co się spodziewaliśmy. Raptem kilka razy dziennie i dość krótko. Ciężko mi też ocenić czy Mekong taki szeroki jest zawsze, czy wyjątkowo wezbrał teraz przez porę deszczową.

Druga kwestia związana z warunkami atmosferycznymi to wilgotność powietrza. Pamiętam jak w drodze do Jerozolimy złapała nas taka wilgotność, że każdy oddech był cierpieniem, bolało mnie serce, a skroplona woda ciurkiem spływała z dachów. Tutaj owszem, było czuć tę duchotę, ale nie była ona tak przerażająca jak tego się spodziewałem. W zasadzie przypominaliśmy sobie o niej tylko wychodząc z klimatyzowanego hotelu na zewnątrz.

Na zewnątrz też, charakterystyczne dla dużych miast były kilometry kabli. Chyba każdy ma swój własny. Istna dżungla.


Z rzeczy, które mnie irytowały muszę wymienić opasłe bachusy, które mdliły mnie na każdym kroku. Szczególnie przy perfumowej pagodzie. To samo odczucie miałem przy nadgryzionych jabłkach, które w każdym mieście były praktycznie wszędzie począwszy od świecących neonów sklepowych wystaw, przez ubrania po przeciwsłoneczne okulary, które próbował mi sprzedać jednonogi młodzieniec. Uśmiech mój budził również wszechobecny w Wietnamie rzadkobrody, który podnosi niemowlę do policzka.


Bym zapomniał o tym, że stałem się hejterem Lonely Planet’a. Kilka razy podczas tego tripu przekonałem się, że ta turystyczna biblia to istny mindfuck, szablon, który zamiast pomagać ogranicza do utartych ścieżek, które wydeptują gęsiego niezależni backpackersi.


Azja południowo-wschodnia na kolana mnie nie powaliła. Było wiele pięknych miejsc, ciekawych doświadczeń, ale w moim odczuciu brakowało „tego czegoś”. Zdaję sobie sprawę, że ze względu na charakter wyjazdu miałem niewiele styczności ze swojskością i moje odczucia nie są ani miarodajne, ani obiektywne, a w konsekwencji mogą być krzywdzące dla tego obszaru.Z krajów odwiedzonych najlepsze wrażenie zrobiła na mnie Kambodża.



Oczywiście podczas pobytu w Kambodży nie mogliśmy ominąć Angkor Wat. Kompleks świątyń Angkoru rzeczywiście robi duże wrażenie.




W Wietnamie punktem obowiązkowym jest zatoka Ha Long. Tak też było w naszym przypadku. Jednak nacięliśmy się na organizatorze wycieczki (pozdrawiam firmę Joy Travel) i rozczarowanie wieloma niedociągnięciami przysłoniło trochę piękno samej zatoki.







Relacja jest dość chaotyczna, czasem przesycona, a czasem zbyt uboga. Dlatego chętnie odpowiem na pojawiające się pytania.

Autorem części zdjęć jest Michał Kopyczok http://e-chev.pl/

You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 You can leave a response, or trackback.

22 komentarze

  • Sam mam marzenia by tak podróżować. Ale jak to często bywa zawsze znajdzie się jakieś „bo”. Bo znajomi nie chcą. Bo mało czasu. Bo nie wiem gdzie i ile to kosztuje. A wszystko to są głupie wymówki do spełniania własnych marzeń :)

    • Michał Piec says:

      Thor Heyerdahl powiedział kiedyś: „Borders I have never seen one. But I have heard they exist in the minds of some people.” Można to spokojnie odnieść do podróży. Ja osobiście jestem w stanie to odnieść do prozaicznych rzeczy dnia codziennego. No i do pracy magisterskiej, którą męczę już zdecydowanie za długo.

  • nbc says:

    wybieramy sie za dwa tygodnie na podobna trase tylko calkowicie lokalnymi busami, i mam pytanie odnosnie przejscia granicznego Kambodza-Laos, jak to wyglada z wiza? czy istnieje VOD czy trzeba miec wyrobiona na miejscu – Saigon, Hanoi czy jakiekolwiek inne miasto z przedstawicielstwem laotanskim? czy wymagane sa jakies specjalne dokumenty?

    • Michał Piec says:

      Cześć:) Żeby przekroczyć to przejście graniczne musisz spełnić jeden ważny warunek. Mieć dolary. Nie było problemów z otrzymaniem wizy na miejscu. Kilka papierków do wypisania, nie masz żadnych chorób itp. miejsce gdzie będziesz spał, no i zdjęcie paszportowe, albo dwa. Część z nas dała je, część nie – więc nie wiem czy to wymóg – ale mogą chcieć więcej łapówki wtedy. Wszystko rozbijało się o opłatę za wizę. Dla Polaków o ile dobrze pamiętam wynosiła ona 25 dolarów. Dodatkowo na tej granicy chcieli łapówki za pieczątki. Dwa dolary na wyjeździe z Kambodży (nie zapłaciliśmy – powiedzieliśmy, że nie potrzebujemy i graliśmy na czas) i 2$ na wlocie do Laosu (tu nie chciał nam oddać paszportów, prośba o paragon nic nie dała więc pod naciskiem części grupy zapłaciliśmy).
      Jeszcze sprawniej wyglądało przekroczenie granicy z Wietnamu do Kambodży. 20$ wiza na granicy i wio.
      Pozdrawiam i udanego wyjazdu życzę:)

  • Michal says:

    Angkor Wat to jedna swiatynia, kompleks swiatyn to Angkor.

  • grzegorz says:

    cześć Michał, mam kilka pytań – wylot mam zaplanowany na 27 grudnia -tez aero, lądowanie w Hanoi – tylko powrót mam chyba 18 stycznia z BNG.

    powiedz mi jak wygląda koczowanie na lotnisku w Moskwie – czy dalej jest tam tak strasznie czy coś się zmieniło?

    tak się składa, ze sylwestra bedzimy swietowac w Hanoi – czy to jest dobry pomysł? Bo słyszalem, ze to miasto bez klimatu?

    jak z cenami w jetstar i dostepnościa lotów? rezerwowałes w necie czy na miesjcu?

    jaki miałes budżet na wyjazd?
    Mam wstepny plan podrózy – jak sądzisz co wywalić a co dodać?

    ) 28 lądowanie w Hanoi
    2) 28-29 pobyt i nocleg w Hanoi
    3) 29 wyjazd do Halong
    4) 29/30/31 pobyt w Halong
    5) powrot do Hanoi
    6) sylwester w Hanoi, odpoczynek
    7) 1 -2 wycieczka autobusem do Luang Prabang
    8) 2-3 pobyt w Luang Prabang
    9) 4-5 przejazd do Vang Vien i pobyt
    10) 5-6 Vientiane
    11) 7/8 przejazd i pobyt w Siem Reap ( angkor etc)
    12) 8/9 przejazd do Pnom Penh
    13) 9/10 splyw łódką do Ho Chi Minh City
    12) 10/11/12pobyt w Ho Chi Minh
    13) 12 przelot do Bangkok
    14) 12/13 przejazd na jakąś wyspę tajską
    14) 13- 16 pobyt na wyspie
    15) 16-18 bangkok – tzw dobicie
    16) 19 powrót

    pozdro!!

    • Hej Grzesiu!
      Co do Moskwy to najbardziej uciążliwe było przechodzenie pieszo z jednego końca terminalu na drugi. Zarówno w pierwszą, jak i druga stronę gate’y były po przeciwnych stronach lotniska – na moje oko 1-1,5km z buta. Nie koczowaliśmy też na SVO jakoś strasznie długo (w pierwszą stronę może 4h, a w drugą 30minut). Są też miejsca, gdzie można złapać darmowe wi-fi (nie ma ich dużo).
      Hanoi, jak to się mówi – dupy nie urywa. Choć ponoć ze stolic tego regionu ma najładniejszą architekturę. Widziałem tylko Phnom Phem – tu zdecydowanie Hanoi jest lepsze. Z miast-miasteczek, które odwiedziliśmy w Wietnamie zdecydowanie najlepsze wrażenie zrobiło na nas Hoi An. Z tym, że byliśmy tam poza sezonem, co okazało się największym plusem. Sylwester ma to do siebie, że wszędzie będzie mnóstwo ludzi. Myślę, że i w Hanoi może zdarzyć się jakaś ciekawa celebracja tego Nowego Roku. Tu coś o tym piszą: http://www.adoptvietnam.org/vietnamese/tet-hanoi.htm.
      Bilety w JetStar rezerwowaliśmy przez Internet jakieś dziesięć dni przed wylotem. Nie było żadnych problemów. Normalnie zrobilibyśmy to dużo wcześniej, ale nasz plan ewoluował do ostatniego dnia przed wylotem, a także przez wszystkie praktycznie dni na miejscu ;-)
      Zabrałem ze sobą ok 450$ i było to zdecydowanie za mało. Ja do rozrzutnych nie należę, a każdy podróżuje w inny sposób więc jest to pewnie kwestia bardzo mocno indywidualna. Musze jednak dodać, że praktycznie za każdy bus płaciliśmy podwójnie pakując do niego rower.
      Co do Twojego planu – wygląda ładnie, tylko jest małe ale. Jest bardzo napięty. Nie wiem czy już w przeszłości podczas podobny wyjazdów robiłeś takie plany i czy udawało Ci się je w pełni zrealizować. My mieliśmy dwa razy więcej czasu niż Ty, a z tych kluczowych miejsc zobaczyliśmy mniej niż masz w planie. Nie wiem jak z resztą punktów, ale widzę, że ten pobyt w Siem Reap wyszedł Ci bardzo krótki, a tam pełny dzień zwiedzania to minimum. Którędy będziesz jechał z Vientiane do Siem Reap? Jeśli bezpośrednio przez granicę laotańsko-kambodżańską to polecam zatrzymać się na 4 tyś wysp, dokładnie na wyspie Don Khong. Bardzo klimatycznie, chilloutowo. Można by zrezygnować z Vientiane, o którym słyszałem niepochlebne opinie. Dobra, to chyba tyle.
      Pozdrawiam serdecznie :)
      Aha, Ha Long bookuj w Hanoi. Ceny wyjazdów z jednym noclegiem na łódce zaczynają się od 40$.

    • Grzegorz says:

      Dzieki wielkie. Za wszytskie inf. To nie pierwsza eskapada. Ale widze,ze musze zweryfikowac plany :). Jakby co pozwole sobie jeszcze napisac. Pozdro! G.

  • mapaku says:

    witam
    pytanko odnosnie noclegow, szukaliscie wszystko w necie wczesniej czy na miejscu??

  • Arnista says:

    Hej,

    Bardzo fajnie opisana historia. Wspolczuje ze musieliscie caly czas pedałować ale chyba taki zamysł był z waszej wycieczki. Fajne zdjecia i co najlepsze ze czytam juz 2-3 historie z wietnamu i w kazdej sa jakies inne wskazowki.

    1000 km na rowerze robi wrazenie.

    Kiedys – jak zbiore moc też wybiore sie na takie podrozowanie. Fakt faktem dla odważnych :-)

    pozdrawiam
    good job!

  • Darex says:

    Z ciekawości się zapytam, jakim aparatem robicie zdjęcia ?

  • Wojtek says:

    Michał, a jakie braliście obuwie na wyprawę? Jak z wytrzymałością butów w takich warunkach?

  • Tomaszsz says:

    Pytanie troche z innej beczki, moglbys polecic jakies fora lub stronki podrozniczne itp, z ktorych korzystasz?

  • tula says:

    mam takie trochę osobiste pytanie, ale skoro pytają Cię o sandały, to ja chcę zapytać o staniki twoich współtowarzyszek? jakie były, czy sie sprawdziły?

    • Akurat w Wietnamie dziewczyny w 90% czasu spędzonego na rowerze używały góry od stroju kąpielowego:) A w 10% normalny stanik, taki co na codzien się używa:) Chociaż są specjalne sportowe staniki, ale one takich nie miały.
      Za to inne rowerowa koleżanka podpowiada mi, że sportowe topy brubeck, berkner dają radę:)

  • BlueBird says:

    Cześć, w grudniu wyjeżdżam na 3 tygodnie do Wietnamu, ląduję w Sajgonie, do przejechania 2000 km na północ.
    Jeszcze nie podjąłem decyzji czy zabieram swój rower, czy wypożyczę / kupię na miejscu. I tu moje pytanie: czy znasz miejsca / adresy w Sajgonie gdzie można tego dokonać?
    Lot powrotny mam również z Sajgonu i tu drugie pytanie: jeśli zakończę swoją przygodę w Hanoi to czy jest jakiś inny niż samolot środek transportu, którym przewiozę rower na południe?
    Z góry dziękuję za pomoc.
    Pozdrawiam.



Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *