Welcome to Delicate template
Header
Just another WordPress site
Header

Sardynia

Marzec 20th, 2012 | Posted by Michał Piec in Inne

W dniach 24-28luty wyskoczyłem niskobudżetowo na Sardynię. Za całość – cztery loty Ryanir’em KRK-DUS-AHO-DUS-WRO zapłaciłem 62,50 (słownie: sześćdziesiąt dwa złote i pięćdziesiąt groszy)
W pięć osób (Ania, Gosia, Grzesiu, Dominik i ja) busikiem dotarliśmy wpierw do Krakowa, z którego wyskoczyliśmy na bramkach kończących płatny odcinek autostrady i przemaszerowaliśmy na lotnisko w Balicach. Jako, że mój plecak ważył trochę ponad 10kg przepakowaliśmy się, aby bez problemów wejść na pokład. Sprasowane po kieszeniach trzydzieści bułek oraz niewiele mniej zupek chińskich, których objętość zmniejszyliśmy przy pomocy szpilki musiało wyglądać dziwnie. Do tego mnóstwo czekolad i innego prowiantu, tak aby jak najmniej wydać na miejscu. Bez problemu dolecieliśmy do Weeze – lowcost’owego lotniska Dusseldorfu. Jako, że kolejny lot dopiero następnego dnia – idziemy na spacer do.. Holandii. Wszak do granicy raptem dwa kilometry.
Po powrocie bierzemy prysznic w przestrzennej toalecie dla niepełnosprawnych. Ciepła woda i możliwość zamknięcia drzwi są tutaj niebywałym luksusem. Zasypiamy na rozłożonych na pierwszym piętrze matach.


Dnia kolejnego z samego rana lecimy do Alghero. Z lotniska dzielimy się i łapiemy stopa do centrum. W porcie w Alghero spotykamy kolejną bandę naszych znajomych, którzy dzień wcześniej przylecieli z Katowic przez Frankfurt Hahn. W sumie jest nas na Sardynii 20 osób, ale dwie ekipy błąkają się nie wiadomo gdzie. Po małych zakupach w Eurospinie i krótkiej toalecie w McDonaldzie dzielimy się na dwójki by dotrzeć na północne wybrzeże Sardynii do miejscowości Porto Torres. Jadę razem z Wojtkiem. Trzema stopami docieramy do portu gdzie spotykamy część naszych ziomków a na resztę czekamy. Docierają ledwo przed zmierzchem łapiąc stopa w cztery osoby. Nie mamy zbyt wiele czasu więc niewiele zobaczywszy wracamy do Alghero i kierujemy się w stronę opuszczonego domu, gdzie pierwszą noc spędziła część ekipy. Pod opustoszałym budynkiem rozpalamy ognisko konsumując chińskie zupki i wino (nie ja – byłem na antybiotyku;( ) Po wesołym wieczorze część z nas rozkłada się wewnątrz budynku,a druga grupa koczuje przy ognisku próbując wyczekać poranka. Noc jest naprawdę chłodna. Na moje oko w granicach 2stopni Celsjusza. W każdym razie bez większego uszczerbku na zdrowiu doczekujemy poranka, który rozpoczynamy kolejny raz grzejąc się przy ognisku. W opuszczonym budynku znajdujemy sporo papierów sprzed i z okresu II WŚ. Gdy już zwinęliśmy manele i doszliśmy do siebie idziemy na miasto – tradycyjnie robiąc zakupy i toaletę w McDonaldzie. Niestety Wi-Fi nie działa. Kolejny raz dzielimy się na dwójki i jedziemy na przylądek Copa Caccia. Chociaż kawałek trasy wraz z Anią przechodzimy pieszo, to najdłuższy jej fragment od Ferilia aż pod latarnię na Capo Caccia przejeżdżamy stopem z Polką, która mieszka tu już wiele lat. Na miejscu spotykamy część naszej ekipy, kolejna grupy dojeżdżają po chwili. Z pięknym widokiem z jednej strony na klify zatopione w morzu a z drugiej na bazę wojskową konsumujemy obiad. Na bogato. Czekolady, kabanosy, bułki. Spacerujemy wzdłuż półwyspu, a następnie oddajemy się morskiej kąpieli. Ściślej rzecz biorąc, moczymy stopy w zimnej wodzie. Jeszcze ściślej – Grzesiu odważył się wskoczyć do lodowatej toni. Kolejny raz dzielimy się na pary i docieramy na lotnisko, przeżywając po drodze mniejsze lub większe przygody.  Na lotnisko dociera też Maks ze swoimi przyjaciółmi. Niestety terminal jest na noc zamykany. Wobec czego przed północą część z nas rozkłada się przed wejściem do hali odlotów, a druga grupa postanawia ‘przechodzić’ noc i o czwartej wrócić do już otwartego terminalu. Rano na lotnisko dociera Doncia i Madziorka oraz jej chłopak. Robimy pamiątkowe foto i wymieniamy się wrażeniami. Znów zostaje nas tylko piątka, bo reszta odlatuje do Frankfurtu. My zmykamy stopem do centrum na niedzielną Mszę Świętą. Spacerujemy po ulicach starego miasta Alghero. Przy plaży znajdujemy miejsce noclegowe, ale nim się tam rozłożymy tradycyjnie spędzamy czas w McDonaldzie. Pogoda jest kiepska, przelotne opady. O zmierzchu idziemy do naszego lokum, po drodze zbierając gazety, którymi będziemy dodatkowo izolować się od podłoża. Okazuje się, że dach naszego ‘hotelu’ przecieka. Za izolator od ziemi służą nam blaty plastikowych stołów i deski do pływania. Wszystko do przkrywamy starannie gazetami pełnymi reklam nieruchomości. Z nostalgicznymi pieśniami na ustach zasypiamy przed 21! Komfort spania zostaje zaburzony około 4 rano gdy na zewnątrz zaczyna szaleć burza. Butelki i miski już nie wystarczają bo z dachu zaczyna cieknąć coraz mocniej. Około 6 już nie wytrzymuję i zbieram się i maszeruję na lotnisko. W zdumienie wprawia mnie fakt, że ulice są pełne gradu! Zresztą nie tylko mnie bo i kierowcę, który podwozi nas na stopa na lotnisko. Bez problemu dolatujemy do Weeze, gdzie ku naszej uciesze możemy wymyć się w ciepłej wodzie. Trzygodzinny stopover i lecimy do Wrocławia. Jeszcze autobusem nie różniącym się komfortem od samolotu docieramy na dworzec. Ania zmywa się do Zielonej Góry, a my do Katowic i do domu.
Wyjazd uznaję za udany. Mimo sporych obaw związanych z dużą ilością uczestników udało się nam przetrwać i dobrze się bawić. Cytując Grzesia mogę powiedzieć, że ‚niy żałuja ani zotówki’.

You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 You can leave a response, or trackback.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *