Welcome to Delicate template
Header
Just another WordPress site
Header

Syndrom sztokholmski

Listopad 24th, 2012 | Posted by Michał Piec in Inne


Bilety do Szwecji upolowane za 12zł. To niewiele, zwłaszcza, że wylot z Katowic. Chociaż, co z tego, że niewiele, skoro sam kraj jest bardzo drogi. Lecimy na cztery dni. Chociaż takie wyjazdy przelicza się bardziej na noce. Tak więc, lecimy na trzy noce. Lecimy do portu lotniczego figurującego na mapie Wizzair’a jako Sztokholm Skavsta. Sztokholm w opisie tego lotniska jest trochę na wyrost, bo Skavsta jest oddalona od stolicy Szwecji o jakieś sto kilometrów.
Jest misja, żeby na miejscu nie wydać ani korony. Ba, w ogóle nie rozmieniać kasy. Jeszcze w Polsce obkupujemy się w piekarni i markecie. Dziesiątki kanapek, głównie z pasztetem i chińskich zupek, plus kilka tabliczek czekolady na osłodzenie tego mało wykwintnego menu. Ubijamy wszystko do małego bagażu podręcznego, który i tak jest trochę przerośnięty. Resztę upychamy, ubrani na cebulkę po kieszeniach kurtek. Sporo miejsca mamy jeszcze w reklamówce Baltony, którą bez problemu można wnieść na pokład samolotu poza bagażem podręcznym.
Niespodzianka. Piotrek, z którym lecę – załatwił pierwszy nocleg z Couchsurfingu w Sztokholmie. Trochę marudzę w pogoni za niezależnością, ale nie potrzebnie – bo Luise, u której nocujemy okazuje się bardzo sympatyczną kobietą.
Autostop w tym rejonie w dwóch facetów funkcjonuje średnio. Jednak jakoś docieramy do stolicy. Pogoda słaba – spore zachmurzenie; silny, przenikający do szpiku kości wiatr. Sztokholm charakteryzuje duży architektoniczny porządek, ciekawa zabudowa. Duży porządek dostrzegamy też na ulicach poszukując butelki, do której moglibyśmy nabrać wody. Wieczorem smażony łosoś i nocleg u Lusise.
Nie wdając się w szczegóły: pół kolejnego dnia spędziliśmy w Sztokholmie a pozostały czas, w tym dwa noclegi w rejonie na południowy zachód od stolicy.


O zmierzchu w lodowisko w Sztokholmie ciągle jest mocno oblegane i stanowi nie lada atrakcję dla mieszkańców. Miejsce przyłapane na chwilowej przerwie od ślizgania, w związku z odświeżaniem nawierzchni.

Widok na miasto nocą. Kopuła jednej z hal sprawia wrażenie zachodu Marsa, czy też zakrwawionego księżyca.


Piotrek na pokładzie promu pozuje do zdjęcia. Broniąc się wobec zarzutów o burżujstwo proszę: niech nie umknie nikomu fakt, że akurat ten prom to darmowy środek transportu między wyspami w centrum.


W Sztokholmie poza tym, że końcem listopada robi się bardzo wcześnie ciemno – to robi się również wcześnie chłodno. Czasem koksownik może dać wiele radości.


Stół szwedzki. Za miejsce na kolację służy nam asfaltowa przestrzeń wśród blokowisk, skutecznie ochroniona przez wiatrem. Na kostkach esbita przemyconych w samolocie ugotowaliśmy zupki chińskie.


Tak wygląda Hummer 2 od środka. Choć stopa łapaliśmy ponad godzinę, to w końcu złapaliśmy. I to grubą rybę.


W Sodertajle dopada nas ciemność i szukamy noclegu. U progu lasu wpada nam w oko pół-grota ze sceną, obok budynku, wyglądającego na dom kultury. Planujemy zostawić tu plecaki i pospacerować jeszcze po okolicy w celu znalezienia lepszego lokum. Ostatecznie bierzemy dobytek ze sobą zostawiać jedynie karton, przy pomocy którego łapaliśmy stopa.
Gdy nasze poszukiwania nie przynoszą rezultatu wracamy na poprzednie miejsce. Lekkim niepokojem napawa nas fakt, że karton, który tutaj zostawiliśmy został misternie podarty na małe kawałki. Jakie szczęście, że nie zdecydowaliśmy się na pozostawienie w tym miejscu plecaków! Zastanawiamy się, czy nie porzucić miejscówki na rzecz jakiejś innej, ale chodziliśmy prawie dwie godzin nic specjalnego nie znalazłszy, więc decydujemy się na pozostanie w tym dziwnym – rodem z Blair Witch Project, miejscu.


Tak wygląda człowiek, który ze spokojem i uśmiechem na ustach niesie przez pół miasta kartony. Przecież i tak nikt nie pomyśli, że chcemy na tym spać!


Na obrzeżach Nykoping trafiamy na opuszczony dom.


Miejsce jest bardzo przyjemne i czyste, nocleg uprzykrzają nam jedynie harcujące myszy.


Jak sobie pościelisz – tak się wyśpisz. Co ważne, trzeba pamiętać i o tym, żeby miejsce w którym się spało zostawić w takim stanie w jakim się je zastało. Albo i w lepszym!


Spacerem w kierunku lotniska kończyny naszą, krótką – ale za długą, nieporywającą eskapadę.


Rany łosia! Faktycznie nie wydaliśmy na miejscu ani korony! Jednak chyba dopada nas coś, co określamy mianem syndromu sztokholmskiego. Miejsca, która obiektywnie są atrakcyjne – już nas tak nie cieszą jak kiedyś, nie robią takiego wrażenia. Opisując ten wyjazd i sam Sztokholm aż chce się zacytować klasyka: „To jest takie, o.”

Na miejscu niedaleko lotniska skryliśmy znalezione wcześniej dwa pojemniki campinggazu. Gdyby ktoś wybierał się outdoorowo w tamte strony, to służę zdjęciami i współrzędnymi geograficznymi miejsca ukrycia tego sprzętu, jak również współrzędnymi miejscówek do spania.

You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 You can leave a response, or trackback.

One Response



Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *