Welcome to Delicate template
Header
Just another WordPress site
Header

Szkocka rzeczywistość

Październik 17th, 2013 | Posted by Michał Piec in Inne

Drogi czytelniku, włącz http://www.rainymood.com/ w tle, rozsiądź się wygodnie i posłuchaj, co mam Ci do opowiedzenia.

Jedziemy, bo życie stygnie

Na pierwsze 8 dni października wybyłem do Szkocji. Piękne krajobrazy i architektura tego kraju kusiły mnie już od dłuższego czasu. Udało mi się zmówić z Hanią na wspólny wyjazd. Za około 150zł kupiliśmy loty Wizzairem z Okęcia do Prestwick. Niestety Wizz przeniósł się na Modlin, a my razem z nim, co trochę utrudniło dotarcie na lotnisko i powrót.

Podczas ośmiu dni spędzonych w Szkocji wydaliśmy 7,5 funta na głowę. Największy wydatek stanowiły bilety autobusowe by przedostać się przez Glasgow. Reszta to nasze różne fanaberie. Trzeba było pozbyć się bilonu, który został w postaci jednofuntówek jeszcze z ostatniej podróży po Anglii. Tak na dobrą sprawę to byliśmy przygotowani na to, aby na miejscu nie wydać nic. Zabraliśmy ze sobą mnóstwo żarcia: tosty, chleby, kabanosy, pasztety, musli, słodycze w tym dziesięć czekolad, zupki i inne dania typu instant, herbatę i menażkę oraz kostki paliwa stałego oraz statyw do gotowania.

Nie muszę chyba wspominać, że wszystkie noce były na dziko. Przeróżne lokacje uskuteczniające logistykę bezdomności. Pogoda sprzyjała długiemu wysypianiu się.


Heavy rain forecast

Nie było dnia bez deszczu. Na zmianę mżyło i padało, siąpiło i lało, kropiło, zacinało i dżdżyło. Czasem po prostu było pochmurnie, a raz na szkocki rok gdzieś przez pościel z chmur przebił się promyk słońca. Rzadko. Za rzadko. Strasznie irytujący opad codziennie próbował zabić w nas radość wyjazdu.

W zasadzie pod kątem warunków atmosferycznych Szkocja jest bardzo podobna do Islandii. Nawet funkcjonuje tutaj to samo powiedzenie: Nie podoba ci się pogoda – za pięć minut będzie inna. Albo inne powiedzenie: Spójrz, w Szkocji masz cztery rodzaje pogody: jedna na wschodzie, druga na zachodzie, trzecia na północy a czwarta na południu.

Punkt wspólny Szkocji i Islandii to również relacje interpersonalne. Mijając się z kimś zupełnie obcym podczas spaceru ścieżką gdzieś w prowincjonalnym miasteczku czy łapiąc stopa w zatoczce autobusowej na wiosce ludzie się do siebie uśmiechają. Pozdrawiają się wzajemnie, mimo, że się nie znają. To takie proste a zarazem piękne. Od razu pozytywnie nastraja człowieka. W Polsce chyba taką otwartość na drugich zabił komunizm. Zrodził brak zaufania do drugiego człowieka.


Jednak ilość życzliwych uśmiechów w Szkocji niestety nie była wprost proporcjonalna do zabierania na stopa. Chociaż w sumie zjeździliśmy to, co chcieliśmy, to czasem musieliśmy nastać się kilkadziesiąt minut mimo całkiem sporego ruchu. Dotarliśmy na wyspę Skye, którą objechaliśmy. Byliśmy nad Lochness, widzieliśmy Ben Navis i Glencoe. Przeszliśmy główne arterie Glasgow, widzieliśmy sporo zamków i kościołów. Szwendaliśmy się również po wielu miejscach, o których przewodniki nie wspominają, więc nie damy rady ich nazwać.

Bravehearts

Niewątpliwie ciekawym tematem jest niepodległość Szkocji. Na dziś dzień, stanowi ona cześć Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii. Jednak wkrótce może się to zmienić. We wrześniu 2014 r. odbędzie się referendum niepodległościowe. Będzie to miało miejsce w 700-rocznicę legendarnego zwycięstwa Szkotów nad Anglikami w bitwie pod Bannockburn. Prowadząc rozmowy z osobami miejscowymi słyszałem wiele zarówno pozytywnych jak i negatywnych opinii na temat idei niepodległości Szkocji. Na dziś dzień według sondaży, liczba osób chcących niezależności od UK to ok. 40%. Jednak do referendum ciągle pozostaje jeszcze sporo czasu, więc rozstrzygnięcie pozostaje otwarte.


Żeby nie zanudzać, przytoczę tylko kilka ciekawszych momentów w postaci cool story.

How I met David’s mother?

Był zwykły deszczowy poranek. Dokładnie tak samo deszczowy, jak każdy z ośmiu poranków, które spędziliśmy w Szkocji. Leniwie wygramoliliśmy się ze śpiworów w jednym z najstarszych ośrodków golfowych w ojczyźnie tego sportu. Royal Troon Golf Club dysponuje przestronnymi wiatami chroniącymi przed niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi. Chociaż wiatr szastał koronami drzew i z rozmachem smagał rozsiane gdzieniegdzie po polu żółte chorągiewki, to my osłonięci drewnianą konstrukcją mogliśmy bezstresowo najpierw się wyspać, a później spakować śpiwory i wypompować maty. Z tymi matami samopompującymi to jest tak, że one się same pompują, gdy chce się je wypompować. Nigdy odwrotnie.

Ogromne połacie perfekcyjnie przystrzyżonej trawy znów zzieleniały. Ta zielona toń spoglądała na nas i prosiła się wręcz, aby się w niej wyturlać. Dopiąwszy z trudem ostatnie paski opinające przeładowane plecaki ruszyliśmy zgodnie ze wskazówkami nawigacyjnego gadżetu w kierunku drogi biegnącej na północ. Na kartonie, który wcześniej znaleźliśmy wiadomo gdzie, wykaligrafowaliśmy nazwę miejscowości: Irvine.

Zaczęliśmy łapać stopa na parkingu przy drodze szybkiego ruchu. Walcząc z kartonem falującym na wietrze, i intensywnym deszczem przez dziesięć minut byliśmy wymijanie przez niewzruszonych kierowców. Aż do momentu, w którym zatrzymał się David.

Szpakowaty facet pod pięćdziesiątkę. Z optymizmem w oczach i płynnym angielskim. Co ja mówię, z takim szkockim akcentem, że musiałem się naprawdę dobrze wsłuchać, a niejednokrotnie prosić o powtórzenie, żeby cokolwiek zrozumieć. David zawiózł nas nie tylko do Irvine, ale dalej aż do Ardrossan. Tutaj zaproponował nam podrzucenie na wylotówkę z miasta, ale wpierw musiał zabrać swoje dzieci od babci i odstawić je do szkoły. Zatrzymanie pod domem mamy Davida wymknęło się spod kontroli. Nie pozwoliła nam ona wsiąść do samochodu, tylko nie pozostawiając pola do dyskusji zaprosiła do saloniku na herbatę. Mimo podeszłego wieku kobieta sprawiała wrażenie nade aktywnej. Krzątając się po kuchni nie przerywała wypytywania nas o szczegóły naszej podróży. Sama również nie szczędziła nam różnych opowieści na temat swojej rodziny. Do herbaty oprócz maślanych ciasteczek zostaliśmy poczęstowani rodzinnymi albumami ze zdjęciami. Uroczo było nie tyle przeglądać same fotografie, co słyszeć ekscytację w głosie i emocje wyrysowane na twarzy starszej kobiety, która wyczerpująco wyjaśniała nam koligacje rodzinne i opowiadała historie ze swojego życia.

Gdy David wrócił po kwadransie, wyszperał w najwyższym regale mapę Szkocji i podarował nam ją, abyśmy mogli łatwiej zwiedzić kraj. Zgodnie ze wcześniejszym zobowiązaniem zawiózł nas też na wylotówkę w kierunku północnym. W drodze na miejsce łapania stopa David zatrzymał się jeszcze na chwilę w okolicy centrum, aby porozmawiać ze swoim przyjacielem. My z Hanią kilka minut czekaliśmy w samochodzie. Po tym czasie wrócił David z niespodzianką. Okazało się, że historia o odwiedzaniu przyjaciela to była bajka, a tak naprawdę w tym czasie był na dworcu, gdzie kupił nam bilety na pociąg do Dumbarton, miejscowości już za Glasgow.

Witness of who?

Deszcz obryzgiwał nam twarze kolejny raz, gdy staliśmy przy drodze machając kciukiem i szukając kontaktu wzrokowego z kierowcami. Co jakiś czas trzeba było odskoczyć, aby chlust z kałuży nie zmoczył nas na dobre. Po kilkunastu minutach zatrzymał się jakiś czarny SUV. Chwilę po uzgodnieniu kierunku, nasze przybrudzone plecaki wylądowały w bagażniku i pocisnęliśmy hen, gdzieś dalej z dwójką młodych mężczyzn. Dyskusja jak to zwykle na stopa bywa. Skąd, dokąd, co robicie, jaka pogoda itp. itd. Wreszcie w gąszczu początkowych pytań padło jedno, które nie jest specjalnie standardowe: Czy jesteśmy religijni? Hmm. Zacząłem podejrzewać, o co chodzi, ale nim na dobre przyjąłem strategię dalszego prowadzenia rozmowy: otrzymaliśmy kilka ulotek ‘do przemyślenia’. Szkoda, że bariera językowa nie pozwalała na głębsze poruszanie się po temacie.

Jako odpowiedź na wyciągnięty kciuk pomocną dłoń wyciągają nie tylko Świadkowie Jehowy. Po Mszy Świętej w prowincjonalnym kościółku w Invergarry kilkanaście kilometrów na stopa zabrał nas ksiądz, który właśnie jechał z jednego miejsca pracy do drugiego.

Toilet granny

W miasteczku Kyle of Lochalsh usytuowanym tuż przed mostem łączącym Mainland z Isle of Skye trafiliśmy na zadbane toalety publiczne wyposażone w pomieszczenia z prysznicami. Bezpłatny, gorący prysznic to strategicznie istotny punkt dla tułaczy bez domu. W owych sanitarnych przybytkach zatrzymaliśmy się jadąc zarówno na Wyspę Skye, jak również z niej wracając. Za drugim razem zorientowałem się, że uprzednio biorąc prysznic zostawiłem w shower room’ie moją taukę. Byłem z nią sentymentalnie związany. Wykonana z masy perłowej stanowiła prezent, który otrzymałem w Betlejem. Teraz wisiała za szybką pomieszczenia gospodarczego. Jednak nikogo w nim nie było. Jako, że toalety zamykali dopiero o osiemnastej, a nie minęła nawet piętnasta – skoczyliśmy stopem zobaczyć zamek Eilean Donan. Położony na małej wysepce połączonej wąskim kamiennym mostem z lądem. Warownia zasłynęła m.in. z tego, że kręcono tutaj sceny do filmu Nieśmiertelny. Po szybkim rzuceniu okiem tu i ówdzie – wróciliśmy do WC. Trochę nam się oczekiwanie dłużyło. Dopiero kwadrans po osiemnastej ktoś się zjawił. W kierunku toalet zmierzała kobieta, z wagonem papieru toaletowego w ręce. Przywitałem się jeszcze z daleka, zapytałem niezwłocznie czy to ona tutaj pracuje, bo wisiorek zostawiłem. Uśmiechnęła się i powiedziała, że nie, po czym zrobiła jeszcze kilka kroków; wsiadła do nowego mercedesa zaparkowanego tuż przy WC i odjechała. Facepalm i minuta ciszy. Morał z tego taki, że nie każda kobieta, która niesie w ręce papier toaletowy jest babcią klozetową.

Klozetowym okazał się dziadek. Taukę odzyskałem.



To sum up

Niefortunna pogoda, czyli codzienny deszcz sprawił, że w zasadzie nie zobaczyliśmy zupełnie nic z piękna szkockich krajobrazów i odczuwamy ogromny niedosyt. Mimo to udało się odwiedzić trochę ciekawych miejsc, poznać nowych ludzi, przeżyć kilka przygód. Na pewno będę chciał jeszcze raz polecieć do Szkocji i mieć więcej szczęścia, co do warunków atmosferycznych.

You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 You can leave a response, or trackback.

2 komentarze

  • strumien says:

    Cześć kryv, bardzo inspirujący opis wyprawy, aż chce się ruszyć sprzed monitora. :)

    Chciałem Cię poinformować, że ekipa ze strimsa siedzi obecnie na strimoid.pl i chętnie poczytalibyśmy o twoich nadchodzących wyprawach oraz o innych inicjatywach teraźniejszych bądź przyszłych. Odwiedź nas, gdybyś znalazł chwilę czasu.

    pozdrawiam

  • Marcin says:

    Nie udało się zobaczyć krajobrazów? Zrobiliście naprawdę niezłe zdjęcia!



Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *