Welcome to Delicate template
Header
Just another WordPress site
Header

Wracając do źródeł – Izrael i Jordania

Kwiecień 12th, 2014 | Posted by Michał Piec in Inne


Koniec lutego i początek marca spędzam w Izraelu i Jordanii. Wraz z Kamilą i Sonią w sumie dziesięć dni włóczymy się po Ziemi Świętej i okolicach.
Nim jednak kupiliśmy bilety, konieczne było upewnienie się, czy aby na pewno uda nam się wjechać do Izraela. A dokładnie Sonii. Tata Sonii jest Syryjczykiem, jej nazwisko to w Syrii odpowiednik naszego ‘Kowalskiego’. Co więcej Sonia w paszporcie wbite ma siedem pieczątek z kraju, który od Izraela dzielą Wzgórza Golan. Fakt, że państwo izraelskie jest w stanie wojny z Syrią sprawia, że nie mieliśmy pewności czy uda się wjechać. W związku z tym, Sonia musiała zadzwonić do ambasady Izraela, skąd po ponad tygodniu dostała pozytywną odpowiedź – You are welcome!


Jednak słowa pracownika ambasady swoje, a rzeczywistość swoje. Tzn. wszędzie nas wpuścili, ale zazwyczaj byliśmy dokładnie przetrzepani, a przekraczanie granic zajmowało nam dużo więcej czasu niż innym pasażerom. Tak było szczególnie na granicy lądowej między Jordanią a Izraelem (King Hussain Bridge), oraz na lotnisku Ben Gurion w Tel Awiwie.
Ben Gurion to najbardziej strzeżone lotnisko świata. Kontrole są tam ultradokładne. Najpierw każdy przechodzi indywidualną rozmowę, podczas której musi odpowiedzieć na szereg pytań. Mi tych pytań po angielsku jedno za drugim pan zadał chyba z czterdzieści. Jesteś sam czy z kimś? Kim dla ciebie są ci ludzie? Po co byłeś w Izraelu? Jak długo byłeś w Izraelu? Gdzie byłeś w Izraelu? Gdzie tam nocowałeś? Gdzie byłeś później? Gdzie tam spałeś? Z kim się tam spotykałeś? Czy ci coś dał? Po co pojechałeś do Jordanii? Czy tam kogoś spotkałeś? Coś stamtąd przywiozłeś? Następnie kartkując paszport: co robiłeś w Maroku? Kiedy tam byłeś? Po co byłeś w Kazachstanie? Kiedy byłeś w Kambodży? Po co? Po rozstrzelaniu seriami takich przeróżnych pytań pan przykleja do paszportu karteczkę z kodem kreskowym i szeregiem cyfr. Pierwsza cyfra w tym szeregu oznacza poziom zagrożenia dla Państwa Izrael w opinii pana sprawdzającego. Ten numer determinuje poziom dalszych kontroli. My dostaliśmy 5-tki z gwiazdkami, czyli prawie najwyższe zagrożenie. Po przejściu przez bramkę i przejechaniu bagażu standardowym skanerem, musimy powyciągać wszystkie rzeczy z plecaków, które później analizatorem sprawdza kolejny kontroler. To na wypadek obecności materiałów wybuchowych. Dziewczyny ponadto trafiły jeszcze na kontrolę osobista oraz musiały wejść do specjalnego rentgena wysyłającego jakieś promienie X, gdzie zostały dokładnie prześwietlone. Trwało to długo, ale ostatecznie się udało. Oczywiście inni pasażerowie nie mieli takich schodów jak my – podejrzane typy.


Praktycznie wszystko zjeździliśmy autostopem. W sumie grubo ponad tysiąc kilometrów. Nasza podróż po Izraelu rozpoczęła się od wylądowania w Tel Awiwie. Stamtąd udaliśmy się do Jerozolimy. Następnie wjechaliśmy do Autonomii Palestyńskiej. Odwiedziliśmy tu Betlejem, byliśmy na pustyni judzkiej pod klasztorem w Wadi El Qelt. Nawiedziliśmy Jerycho, byliśmy pod Masadą. Przejechaliśmy wzdłuż Morza Martwego aż do Ejlatu nad Morzem Czerwonym, gdzie przekroczyliśmy granicę z Jordanią. Tam najpierw byliśmy w Aquabie a później w Wadi Rum i Petrze. Wracając zahaczyliśmy o Amman. Wróciliśmy do Izraela, Jerozolimy (Ain Karem i br. Ananiasz!), i na lotnisko pod stolicą Izraela.



Przez cały nasz pobyt działo się wiele, oj wiele! m.in. unosiliśmy się na tafli Martwego Morza, robiliśmy spa w jego błocie. Nurkowaliśmy na koralowych rafach, zbieraliśmy na pustyni kwiatki. Nocowaliśmy w pachnącym grejpfrutowym sadzie, na kutrze, plaży i u Beduina. Zdeptywaliśmy wąskie uliczki Jerozolimy i bezdroża piaszczystego Wadi Rum. Śpiewaliśmy na pustej szosie, piliśmy wino w semickiej kawiarence i wypaliliśmy papierosa z czarnoskórym kierowcą ciężarówki. Jechaliśmy autostopem na pace z jordańskimi żołnierzami i z ortodoksyjnymi żydami. Zgubiliśmy się w wąwozach Petry i mieliśmy rozprawę w sądzie. Poniżej kilka historii w retrospekcjach.


Córa Syjonu

Jest takie jedno wyjątkowe miejsce na ziemi. Święte miejsce trzech religii. Bóg, gdy zaczął kreślić sklepienie tutaj wbił swój cyrkiel. Jerozolima. Niepoliczalna ilość śladów historii na tak niewielkim obszarze. Cała historia judaizmu oparta przede wszystkim o to Święte Miasto. Ze Świątyni Jerozolimskiej, gdzie znajdowała się Arka Przymierza ostała się tylko zachodnia ściana, nazywana Ścianą Płaczu. To tutaj przede wszystkim modlą się żydzi oczekując przyjścia Mesjasza. Również chrześcijanie, czyli ci, którzy rozpoznali Mesjasza, gdy przyszedł mają w Jerozolimie szereg świętych miejsc. Miejsce ukrzyżowania i zmartwychwstania. Miejsce wniebowstąpienia, wniebowzięcia i zesłania Ducha Świętego. Wieczernik, góra oliwna, droga krzyżowa. Karty Pisma Świętego urzeczywistniają się tutaj na każdym kroku. Gdyby tego było mało, swoje święte miejsca mają tutaj również muzułmanie. Meczet Al-Aksa i Kopuła na Skale, gdzie skąd prorok Mahomet miał wniebowstąpić.




Ponieważ mamy dużo czasu, możemy niespieszny powłóczyć się po Jerozolimie. Nawiedzić to, co według przewodników warte jest nawiedzenia, i to, co jest niewarte, a przez to warte.





Przemierzamy kolejne stacje Via Dolorosy. Siadamy i wpatrujemy się w kopułę Bazyliki Grobu Pańskiego. Wchodzimy na Syjon i schodzimy do wieczernika. Podpatrujemy modlitwy koptyjskich mnichów. Spacerujemy wzdłuż miejskich murów i doliną Gehenny. Gubimy się w ciasnych, wydeptanych uliczkach starego miasta.


Arabscy sklepikarze sprzedają tu wszystko. Jarmułki i różańce, tashiby i menory, Matki Boskie i hidżaby. Hajs się musi zgadzać. Można kupić świeżo wyprutą baraninę, która działa na zmysł powonienia tak, że dziewczyny muszą biec pięćdziesiąt metrów dalej. A tam już stoiska z roztaczającymi swą przyjemną woń olejkami nardowymi i innymi eterycznymi afrodyzjakami. Idąc dalej sprzedawca specjalnie dla polaków obniża cenę na szale ze stuprocentowego jedwabiu, które rzucają uzasadnione przesłanki, co do swojego chińskiego pochodzenia. Są tu kramy ze wymyślnymi słodyczami, oraz budki z pięknie wypolerowanymi pomarańczami i grejpfrutami. Bestprajsi zachęcają do zakupu swoich koszulek z badziewnymi nadrukami, a inni nic nie mówiąc kuszą wonią mnóstwa przypraw, w postaci symetrycznych kolorowych kopczyków imbiru, cynamonu czy kurkumy.



Przed Bramą Damasceńską swoje szekle przekuwamy na falafele, czyli smażone kulki z ciecierzycy nadziewane cebulą i dobrze przyprawione. Wszędzie sporo ludzi. Przechadzają się tutaj Arabowie i ortodoksyjni żydzi. Jest mnóstwo turystów ze wszelkich stron świata, a także młode żydówki, które podczas służby wojskowej nie rozstają się ze swoimi M4A1.

Chociaż to mój drugi raz w Jerozolimie, to ciągle mam niedosyt. Córze Syjonu w przeciwieństwie do cór koryntu, czas nie wyrządza krzywdy. Ma to coś. Jest zjawiskowa.

Z twarzy jak z książki

Zajeżdżamy do Jerycha, miasta leżącego na terenie Autonomii Palestyńskiej niedaleko Morza Martwego w trzystumetrowej depresji. Nam do depresji jest daleko, wszak każdy dzień niesie nowe przygody. Jednym z miejsc, które obowiązkowo trzeba nawiedzić będąc w Jerychu jest sykomora, na którą wspiął się Zacheusz, chcąc wśród tłumu dojrzeć Jezusa (Łk 19,1-10). My również stanęliśmy pod tamtejszą sykomorą, abstrahując od tego, na ile ona ma wartość historyczną, a na ile symboliczną. Również wtedy pod ogromne drzewo podjechał autokar z turystami. Nie trzeba mieć czujnego oka jak inspektor Columbo, żeby wyczytać z ich twarzy skąd są. Polaków odwiedzających Ziemię Świętą jest naprawdę sporo. Widząc pośród grupy mężczyznę w franciszkańskim habicie wyglądającego na opiekuna grupy, zagaduję go – pytając standardowo – skąd są i gdzie dalej jadą – wszak może udałoby się zabrać na stopa gdzieś dalej. Niestety z sensownej podwózki nici, bo grupa wraca już do Jerozolimy. Duchowny z kolei pyta mnie:
-A ty skąd? Kleryk?
-Kleryk?! Nie! Normalny – świecki! Dlaczego ojciec tak myśli?
-A, bo taka brewiarzowa morda!

Głębia życia

Gdyby spojrzeć na mapę, to Izrael wbija się klinem ku południowi sięgając Morza Czerwonego. Na dole tego klina jest Ejlat. Właśnie Ejlat obraliśmy jako jeden z celów naszego autostopowania. Cel ten wybraliśmy ze względu na morze, a dokładnie na rafy koralowe.

Najpierw na stopa łapiemy Anuara, który w bagażniku wiezie dwa barany przeznaczone na obiad.


Podczas partyjki w tavlę wypalamy shishę o smaku lukrecji. Ciekawy patent to umieszczenie melasy w lekko wykastrowanej połówce pomarańczy, która nadaje unikalny posmak każdemu buchowi. Nie zostajemy też wypuszczeni głodni[…]


Śpiących na plaży Martwego Morza, bardziej niż promienie wschodzącego słońca budzą nas wszechobecne mrówki. Szybko się zwijamy i zjadamy, co nam zostało. Po sprawnej porannej toalecie w jednym z hoteli, stajemy na poboczu głównej szosy i wyciągamy kciuki w kierunku Ejlatu.



Popołudniu, gdy dojeżdżamy do miasta termometry wskazują 33 stopnie. Kto by pomyślał, że w lutym będziemy wygrzewać się przy takiej temperaturze. Chillujemy się trochę na tutejszej plaży. Nim zapada zmierzch załatwiamy sprawy bieżące: zasięgamy internetowych informacji w otwartej sieci wi-fi miejscowego Mc-Donald’sa, wymieniamy walutę, robimy zakupy i znajdujemy miejsce na nocleg. Tym razem na miejsce nocowania obieramy statek – kuter rybacki, który stoi na wzgórzu i jest pamiątką czegoś tam.

Rankiem nie tracąc czasu idziemy na południe w kierunku granicy z Egiptem, gdzie znajduje się rafa. Na miejscu wypożyczamy maski i rurki i zanurzamy się w chłodną toń.
To, co widzę przerasta nasze najśmielsze oczekiwania. Momentalnie zapominamy o tym, że woda nie jest zbyt ciepła. Spodziewałem się szczątków podniszczonej mocno rafy. Tymczasem nurkujemy wśród setek wielokolorowych ryb i jeszcze bardziej barwnych fantazyjnych formacji rafy. Ogromne ławice malutkich rybek elastycznie przesuwają się jak jeden spójny organizm, gdy tylko w nie wpływamy. Nurkując, dosłownie na wyciągnięcie ręki trzydzieści centymetrów pod nami ciągnie się rozbudowany system rafy. Ukwiały, gąbki, różnokolorowe koralowce, pośród których skrywają się coraz wymyślniejsze pływające stworzenia. Na powierzchni tylko suchy piach i oset, a pod wodą taka głębia życia. Kto by pomyślał.

Mój jest ten kawałek pustyni

Z Aquaby stopujemy na północ. Najpierw z sympatycznym Samirem, który co chwilę częstuje nas papierosami. Kolejny stop z jordańskimi żołnierzami. Jedziemy na pace ich pick-upa, mając przed sobą stanowisko ogniowe bez karabinu, a we włosach wiatr.

Trzeba przyznać, że autostop tutaj łapie się sam. To pewnie kwestia tutejszej kultury, ale przede wszystkim fakt, że jadę z dwoma dziewczynami. Czasem nawet robiąc sobie przerwę gdzieś na uboczu szosy, musimy odmawiać kierowcom, którzy niełapani i tak się zatrzymują i chcą nas podwieźć. Z żołnierzami docieramy prawie pod Wadi Rum, choć ostatni złapany stop jest jeszcze szczęśliwszy. Zabiera nas Beduin, który ma na pustyni swoje namioty. Normalnie organizuje wycieczki dla turystów, ale nas traktuje jako swoich gości i zaprasza do siebie.
Dawno zapadł zmierzch, a my starym jeepem tniemy na oślep gdzieś po bezdrożach pustyni. Jest niesamowicie. Szkoda tylko, że niebo gęsto pochmurne, bo bardzo liczyłem na miriady gwiazd. Jedziemy przed siebie aż do czasu. Salem zatrzymuje samochód pośród niczego i wyciąga laptopa. Twierdzi, że to jedyne miejsce w promieniu kilkunastu kilometrów, gdzie jest zasięg. Po krótkiej przerwie i pomocy związanej z korespondencją z jego turystami klientami – jedziemy dalej. Skaczemy na wybojach piachu, widoczność na dziesięć metrów, ale Salem zna drogę aż za dobrze. Po kwadransie docieramy pod jedną z większych skał gdzie znajduje się szereg namiotów.

Kolorowy namiot oprócz Salema i nas ma jeszcze jednego lokatora. Żużu. Biały kocur w czarne plamy uwielbia się łasić i mruczy, ciągle mruczy. Właściwie to trwa w jednym nieustającym pomruku.
Zbieramy z Salemem chrust i siadamy przy ognisku rozpalonym w specjalnie ku temu stworzonym palenisku pośrodku namiotu. Jest czas na tradycyjną herbatę i długie rozmowy, podczas gdy na zewnątrz coraz śmielej pada deszcz.
Gdy z trudem przychodzi nam już podnoszenie powiek kładziemy się do snu. Tylko Żużu nie daje spokoju, wpychając się do śpiwora.



Rankiem niespiesznie zwijamy się z powrotem. Tym razem już pieszo udajemy się w kierunku wioski. Dopiero teraz, gdy jest jasno możemy docenić urok tego miejsca. Przepiękne ogromne rdzawe skały dumnie wystają na horyzoncie bladorudego piasku. Wiatr z ogromnym animuszem hula po tych otwartych przestrzeniach. Pośród piachu dostrzegamy trochę zieleni, a nawet mnogość malutkich kwiatuszków. To niesamowite, jak deszcz, który spadł w nocy szybko ożywił to suche miejsce.


Słoma z sandałów, Cebula is strong

Jest w Jordanii takie miejsce, do którego przybywa każdy, kto się doń udaje. Miejsce najsłynniejsze, nade okazałe. Kiedyś biegał tu Indiana Jones, dziś biegają tu wszelkiej maści turyście, a w ślad za nimi przewodnicy, taksówkarze i handlarze, mający dla każdego zawsze najlepszą cenę. Petra, bo o niej mowa – to nie tylko czeska tenisistka, ale również ruiny miasta wykutego w skale, uznawane za jeden z współczesnych cudów świata. Grobowce królewskie, świątynie, obeliski rozsiane na niewielkim obszarze Wadi Musa nie bez powodu przyciągają rzecze odwiedzających. Przyciągnęły również nas. Niestety w tym szaleństwie jest jeden kruczek. Jordańczycy mając świadomość tego, że ludzie przyjeżdżają do ich kraju specjalnie po to, aby oglądać historyczne przybytki ustanowili nieprzeciętną cenę za bilet. Około 230zł za osobę. Nie mamy tyle mamony, ale Internety mówią, że można udać się na trekking wokół doliny i zabłądzić.

Wstając wcześnie rano obchodzimy dolinę, aż wreszcie niepewnie schodzimy w dół doliny. Droga jest bardzo trudna, bo właściwie to jest offroad. Po jakimś czasie zaczyna się krystalizować wąwóz, którym zmierzamy dalej. Co jakiś czas muszę robić zwiad wychodząc sto, dwieście metrów do przodu, aby upewnić się czy jest tam przejście, bo może nie być już odwrotu. Przeprawiamy się w kierunku dna doliny pokonując coraz trudniejsze fragmenty kanionu. Jako, że dzień wcześniej padało niektóre zagłębienia wypełnione są wodą. Najgorsze jest to, że nie wiadomo jak są głębokie. Jeden z takim uskoków nad lejem z wodą pokonuję zapierając się nogami ścian po dwóch stronach kanionu. Nie jest to proste, ale ostatecznie udaje się pokonanie w ten sposób dwóch-trzech metrów. Przerzucamy plecaki i stojąc w wodzie zanurzony po pół uda przenoszę dziewczyny na barana suchą stopą na drugą stronę. Uff, to był jedno z trudniejszych miejsc, ale udało się. Całe ta droga trwa chyba z półtorej godziny, nim udaje nam się przebić do dna doliny.


Już wiemy, że choćbyśmy nic więcej mieli nie zobaczyć to i tak było warto, bo droga była niesamowita. Jej uroków nigdy nie doświadczą turyści chodzący w sposób standardowy. Cieszymy się, robimy zdjęcia aż do czasu.



Do naszej trójki podchodzi strażnik i prosi o okazanie biletów. Cóż, nie mamy. Jedziemy więc na policję. Na komisariacie składamy zeznania. Funkcjonariusz twierdzi, że najprościej byłoby gdybyśmy teraz kupili te bilety i mieli problem z głowy. Jednak sęk tkwi w tym, że naprawdę nie mamy tych pieniędzy. Wobec tego sporządzamy zeznanie po angielsku, które policjant w trzech egzemplarzach ręcznie tłumaczy na arabski. Pod jego bazgrołami podpisujemy się trochę, a może nawet całkowicie w ciemno. Radiowozem zostajemy odwiezieni na drugi komisariat, gdzie czekamy na dalszy rozwój wydarzeń. Chociaż sytuacja jest nade poważna, wszak za dwa dni mamy samolot powrotny z Tel Avivu, a jesteśmy w środku Jordanii na komisariacie – z Sonią ledwo powstrzymujemy się od śmiechu.
Mija ponad godzina bezczynności i oczekiwania, nim zaczyna się coś dziać, choć nie do końca to, czego byśmy oczekiwali – z funkcjonariuszami policji jedziemy do sądu. W ich asyście czekamy na rozprawę. Spoglądam przez zakratowaną okiennicę, a w głowie analizuję różne warianty. Po kolejnej półgodzinie zostajemy zaproszeni do pokoju rozpraw. Za biurkiem siedzi sędzia. Elegancki mężczyzna przed czterdziestką w typie tych, co to jednorazówki do golenia używają jednorazowo. Po jego prawej stronie protokolantka w czadorze. Zostajemy poproszeni o stanięcie we wskazanym miejscu – dwa metry przed sędzią, twarzą do niego. Po drugiej stronie staje policjant, który jednocześnie będzie tłumaczem w naszej sprawie. Zostajemy najpierw poproszeni o przedstawienie się, następnie pada pytanie czy to prawda, że weszliśmy na teren Petry bezprawnie. Każdy z nas na to samo powtórzone pytanie odpowiada Yes. Kolejne pytanie brzmi: Are You feel guilty or not guilty?’(Czy czujesz się winny czy nie winny?) Przed oczami mam ławę przysięgłych z filmu „Dwunastu gniewnych ludzi”. Not guilty, it was mistake. (Niewinny, to była pomyłka) – odpowiadam. To samo pytanie pada najpierw w stronę Sonii, a później Kamili. Jesteśmy zgodni w odpowiedziach. Sędzia i policjant mówią sobie coś po arabsku lekko się przy tym podśmiechując, poczym ten drugi przekazuje nam decyzję sędziego: wyrok będzie za tydzień. To brzmi jak wyrok. Oh wait! Ogarnia mnie mocne zaniepokojenie. Wszak pojutrze mamy samolot, będzie trzeba bookować kolejny? Gdzie nas w tym czasie będą trzymać? W areszcie? Po chwili, kiedy już chcę dzwonić do ambasady, moje wątpliwości zostają rozwiane przez policjanta. Wyrok, co prawda za tydzień, ale teraz jesteśmy wolni. Jeśli zostaniemy uznani winnymi to przy kolejnym wjeździe do Jordanii będziemy musieli uiścić grzywnę. Uff.

Podsumowanie

Wyjazd uznaję za bardzo udany. Głupia przygoda w Petrze nie przysłoniła nam radości, która towarzyszyła nam podczas tej ogromnej przygody, jaką było spontaniczne autostopowanie po Izraelu i Jordanii. Ponadto cieszę się, że mogłem odwiedzić miejsca i ludzi, którzy żyli w mojej pamięci od czasu wyprawy rowerowej do Ziemi Świętej sprzed prawie pięciu lat.

You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 You can leave a response, or trackback.

11 komentarzy



Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *